Śledź mnie na:

 


Z browarami restauracyjnymi/regionalnymi to jest różnie zazwyczaj. Starzy wyjadacze wiedzą jaka kiedyś była wojenka z niektórymi. Po trochu same sobie były winne te browary, bo warzyły bardzo słabe piwa, mające robić tylko za dodatek do kuchni. To się zmieniło i jednym z najlepszych przykładów jest Brofaktura.


Pomijam fakt, że boją się social mediów (na FB coś tam klepią), bo piwa w butelkach mają naprawdę dobre (łącznie z klasykami). Dzisiaj sprawdzimy sobie ich grubego milk stouta po beczce. Trochę już u mnie leżał w piwnicy muszę przyznać...




Klasyczna butelka, która w Polsce kojarzy się z tym lepszym segmentem piw i prosta etykieta. Zalakowany kapsel tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że nienawidzę tego rozwiązania... Piwo czarne, nieprzejrzyste. Piana niska i bardzo mizerna. Przy piwach leżakowanych (i z większą ilością alko) nie ma co się czepiać jednak.



Nie kłamali w opisie, to im muszę przyznać. Na pierwszym planie w aromacie tona wanilii, mlecznej słodyczy, czekolady i dopełniającej kawy zbożowej. Żona stwierdziła, że praktycznie sama kawa (no i piwsko, jak to ona zazwyczaj mówi).


Mmm, gładziutkie, oblepiające. Wręcz idealne po zmarznięciu leśno-rowerowym. Wysycenie niskie. Trochę się smaczki pozamieniały kolejnością, bo na przedzie mamy kawę z cukrem, potem dopiero laktoza i wanilia. Nawet się cieszę, że paloność wygrała to starcie, ale trochę za dużo tej ogólnej słodyczy jak dla mnie. Nie zrozumcie mnie źle, jak na styl jest całkiem przyzwoicie. Ulepek to to nie jest, a to najważniejsze. Po prostu lubię, jak nawet w mlecznym stoucie coś mocnego się w kontrze pojawi. Goryczka średnia, palona. Na finiszu mniej słodyczy, a więcej palonych ziaren kawy (i co za tym idzie kwaskowatości). Jak na tę pogodę jak znalazł, ale przy cieplejszym wieczorze byłoby ciężko.


----------


Styl: Imperial Vanilla Coffee Milk Stout BA

Alk: 8,2%

Ekstrakt: 26°

IBU: b/d 

Skład: słód jęczmienny, płatki owsiane, laktoza, kawa mexico shg ep ucipa el trunfo, wanilia, drożdże.

Do spożycia: 30.03.2021


Facebook Browaru

 

Pintowy konkurs dla piwowarów domowych zna już chyba każdy, kto interesuje się chociaż trochę polskim krafcikiem. A już na pewno wszyscy, którzy warzą piwo w domu. Kto by nie chciał, aby jego piwo pojawiło się w Lidlu?


Niedługo rusza druga edycja, a my sprawdzimy sobie dzisiaj ostatnie piwo z pierwszej serii, jakże bliskie moim osobistym upodobaniom craftowym. Stoutową jesieniarą może zostać każdy, a pogoda jak najbardziej temu sprzyja.




Etykieta konkursowa jest prosta, ale nawiązuje do samego konkursu fermentorem na grafice. Piwo ma ciemnobrązowy kolor i widocznie mętne (jak na milk stout przystało). Niestety piana ledwo co się tworzy i szybko pęka.



Aromat tak trochę średnio zwiastuje milk stouta. Na przedzie mamy bowiem zbożową kawusię, czekoladę i moooże trochę laktozy. Mi to pasi bardzo, uwielbiam takie klimaty. Całość utrzymuje się też zaskakująco długo.


Fajne to. Lekkie na swój sposób, ale też nie wodniste. Płatki owsiane zdziałały cuda. Protip: dajcie mu się ogrzać. Takie od razu z lodówki traci naprawdę dużo. Wysycenie średnie do wysokiego momentami. Na pierwszym planie znowu mamy kawę zbożową, taką naprawdę przyjemną i zwiewną. Zaraz po mleczna czekolada, która wywyższa się czasami przypominając, że to przecież ona powinna być głównym bohaterem. Mi akurat nie przeszkadza, że jest na drugim miejscu, ale pewnie się puryści kraftowi przyczepią (możecie ich lamenty olać, ja to zrobiłem). W tle trochę palonych, ale nader wyraźnych słodów. Goryczka średnia, lekko palona. Na finiszu kwaskowata kawa. Proste, ale za to jakie przyjemne piwo.


----------


Styl: Milk Stout

Alk: 4,5% Obj.

Ekstrakt: 14 BLG

IBU: b/d

Skład: słód (pilzneński, monachijski jasny, czekoladowy, karmelowy ciemny, pale chocolate), płatki owsiane; laktoza, chmiel Marynka, drożdże SafAle S-04.

Do spożycia: 27.05.2022


www.browarpinta.pl

 


Drugi raz w życiu (a już parę wiosen mam za sobą) nie udało mi się leżakowanie piwa. Wiadomo, że trzyma się tylko grubsze kalibry i takim właśnie był Car BA z Profesji. Niestety po otwarciu (nawet nie rok po terminie) moim zmysłom ukazał się zapach zgrzybiałej apteki. No cóż.


Moja wina, jak z resztą każdego birgiczka, który igra z czasem. Obok Cara stał samotny Potion. Bez daty ważności. Dlaczego miałbym nie spróbować? W końcu wieczorami robi się już dość chłodno. Swoją drogą teraz dopiero zauważyłem, że chłopaki z Brokreacji nie mają opisanej tej serii na stronie... dziwne.




Prosta, czarna etykieta z zabawnym tekstem to już standard Potionów. Niech się tego trzymają i nie zmieniają przypadkiem, bo dodaje to tej serii prestiżu. Piwo zdaje się być ciemne, ale wystarczy się lekko przechylić, aby zobaczyć rubinowo-brązowe refleksy. Piania niska, szybko zanikająca.



Specyficznie to pachnie... Z początku myślałem, że przeważa karmel z chlebkiem i owoce ciemne. Po chwili jednak wpadły skojarzenia z wanilią, przefermentowanym bananem (na plus) i jakimiś daktylami nawet. Całość przykryta różami - nie spodziewałem się że to kiedyś napiszę o piwie szczerze mówiąc.


Fajne ciałko, do pociumkania. Wysycenie niskie. Ogólnie gładkie i klejące jak na Potiona przystało. Po pierwszym łyku wyszło, że te drugie skojarzenia zapachowe były bliższe prawdy. Tajfun (bo inaczej tego nie można nazwać) daktylowo-różany (kojarzycie powidła różane, co u babci się dodawało do herbaty?) z początku przytłacza, ale po paru mniejszych łykach człowiek się dostraja do tego piwa i zaczyna być cholernie przyjemnie. Do tego nuta wanilii, ogólnej beczki i słodkiego alkoholu. Goryczka stanowcza, co mnie mocno zdziwiło. Trochę taka skórka orzecha, niedojrzała. Na finiszu mniej słodyczy, a więcej drewna i... krówek, czy tam toffi jak kto woli. Kolejny Potion spełnia oczekiwania, miało być grubo i dziwnie... i było.


----------


Styl: Rose Date Syrup Barley Wine Bourbon BA

Alk: 11,4% Obj.

Ekstrakt: 25°

IBU: b/d

Skład: słód (pale ale, karamell mahagoni, aromatyczny), jęczmień palony, cukier, płatki róży, syrop daktylowy, chmiel Tomahawk, drożdże US-05.

Data produkcji: 02.06.2020


www.brokreacja.pl


W polskim krafciku ciężko wyczuć, czy jakiś browar ma szansę na wybicie się czy nie. Wiadomo, że np. takie stare dziadki jak AleBrowar, Artezan czy też Pinta z automatu są w topie sprzedażowym. Głównie z racji bycia w crafcie od samego początku. Można się kłócić o to, czy ich podejście jest słuszne (a mają zgoła inne jak tak się człowiek przyjrzy chociażby socialom), ale sprzedaż to sprzedaż.


Są też tacy, którzy pojawili się później, ale wybijają się dzięki dobrej strategii. Marketingowej jak i warzeniowej. Brokreacja, bo o nich mowa, umieją w sociale, a i warzą praktycznie dla każdego. Od Janusza wchodzącego dopiero w craft, po takich zwyrodnialców geekowych jak my. Chłopaki są mistrzami w wypuszczaniu serii, które się ciągną... i ciągną. Dziś przyjrzymy się ich przygodom z beczkami, ale takimi dość nietypowymi. Wina, whisky itp. są dość popularne u nas, ale takie po wódce żytniej? No właśnie.




Etykieta udając drewno może i jest dobrym pomysłem, ale mi się zawsze takie zabiegi graficzne kojarzyły tylko i wyłącznie z tandetą. W tym przypadku jest podobnie. Może gdyby użyli innego papieru byłoby lepiej? Samo piwo ciemne, z delikatnymi przebłyskami rubinowymi. Piana nikła, ale sam kożuch pozostaje na długo za to.



Z takimi piwami jest tak, że człowiek nie wie czego się ma spodziewać. Niby beczkowe piwa już piłem, ale takie po wódce to chyba jeszcze nigdy. W tym przypadku mamy dębinę, słody z miodem, odrobinę czekolady i melanoidynowych nut. Po ogrzaniu wychodzi też czysty, szlachetny alkohol.


Pierwszą rzeczą jaka mnie cholernie zdziwiła to ciałko. Niby 25 ekstraktu, ale całość się uszlachetniła... nie, źle to określiłem. Zbiła? Ułożyła? To już bardziej. Wysycenie na niskim poziomie. W smaku czekolada, delikatnie gorzka. Potem palone zacięcie słodowe. Następna jest nalewka miodowa i nuty beczki. Tu już alkohol wyraźniejszy, ale tak na granicy przyjemnego rozgrzewania. Może mi się wydaje, ale czuję też bardzo nikłą skórkę niedojrzałego orzecha włoskiego. Fajna kombinacja, szczególnie w powiązaniu z takim pobudzeniem przy każdym łyku, kojarzonym tylko i wyłącznie z dobrym destylatem. Wiecie, to zing! przy wypitym kieliszku okowity, czy też innej rzemieślniczej wódki wypitej z przyjemnością bez popity. Goryczka przebija się nawet na chwilę. Potem to już tylko przyjemnie gorzka czekolada z nadzieniem alkoholowym, w dodatku polana kapką miodu. Fajne to jest, do naprawdę powolnego sączenia. Dobry przykład na to, jak wyraźny alkohol może też być przyjemny w piwie. Tak na marginesie: rozbawiło mnie to, że laktozy (na szczęście) w ogóle nie czuć.


----------


Styl: Imperial Brown Porter Barrel Aged

Alk: 11,2% Obj.

Ekstrakt: 25°

IBU: b/d

Skład: słód (Pale Ale, Caraaroma, Brown, Special B, Carafa III, słód pszeniczny Chocolate), laktoza, chmiel Simcoe, drożdże.

Data produkcji: 29.06.2021


www.brokreacja.pl

 


Nie wiem jak Wy, ale mi zawsze bardziej podchodziły wersje black/white IPA. Przynajmniej mogłem sobie je dobrać do własnych widzimisię. Był czas, gdy takowe praktycznie znikły z rynku (pewnie jakieś modne akurat w tym czasie style je wyparły), ale na szczęście powoli zaczęły wracać.


Dziś chwyciłem Wytrych z Harpagana, którego dostałem za kupon na ostatnich Targach Piwnych w Poznaniu. Szybki przegląd UT i lekkie zdziwienie, ludziska piszą coś o kokosie. Że niby skąd, jak, gdzie? Czuję się zaintrygowany.




Etykieta kontynuuje serię postaci harpaganowych. Chłopaki, jako nieliczni, trzymają się swojego image i szczerze mówiąc nie dziwię im się. Od początku trafili dobrze z grafikami i pomysłem. Piwo złote, wchodzące w lekki pomarańcz. Mętne, i to bardzo. Piana wysoka, ale dziurawa. Mimo tego trzyma się ścianek szkła.



Naprawdę przyjemnie to pachnie, a przede wszystkim rześko. Skórka cytryny na przedzie, potem trochę ogólnych cytrusów (jakiś grapefruit się przebija z chyba limonką) i pszenica (pewnie jej płatki pszenne pomogły). Na szarym końcu nuta kminku.


Gdyby wszystkie około-16tki (no nie otwierajcie tak oczu ze zdumienia, chodzi o ekstrakt) były tak rześkie i pijalne, to byśmy nie mieli o czym memów robić w naszym polskim krafciku. Ciałko trzymane na wodzy, wysycenie średnie do wysokiego. W smaku mega cytrusowo. Na czele zest z cytryny, potem delikatna limonka, grapefruit i trochę liczi na osłodę. Jakby się uprzeć, to pomarańczka się nawet znajdzie. Wszystko na zwiewnej podbudowie pszenicznej. Goryczka średnia, lekko albedowa. No... mogła być ciut wyższa. Na finiszu biała skórka się wybija bardziej, do tego nuty kminku jeszcze. Fajne to, naprawdę. Nie jest przesadzone, całkiem dobrze ułożone i zwiewne jak na te parametry. Czasami z takimi piwami jest problem (chodzi o dodanie jakiegokolwiek zestu), bo np. taka skórka cytryny potrafi się szybko zepsuć. W tym przypadku widać, że świeżynkę dodali.


----------


Styl: White IPA

Alk: 6,5% Obj.

Ekstrakt: 16,5% Wag.

IBU: 3/5

Skład: słód (pilzneński, pszeniczny), płatki owsiane, granulaty chmielowe, drożdże piwowarskie, skórka cytryny, kminek.

Do spożycia: 26.07.2022


Facebook Browaru

 

Czy to już można? Czy sezon festiwalowy rozpoczął się na dobre? Jeśli nagle nie przyjdzie kolejna "fala", to chyba tak... Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem foliarzem i wiem, że Koronka jest prawdziwa. Śmieszy mnie jednak okłamywanie (i to nie tylko u nas) ludzi statystykiami, które sobie każdy rządzący może ułożyć pod siebie.

 


Leżakowanie piw w lodówce, i to jeszcze takich bez potrzebnych procentów? Ależ owszem, czemu nie. I wcale to nie jest tak, że wrzuciłem butelki na najniższą półkę lodówki piwnicznej... Jeżeli dobrze pamiętam, to nawet Marcin z Fortuny pisał mi coś o leżakowaniu tego. Tylko za cholerę nie pamiętam o którego Fortunatusa chodziło...


No nic. Ważne, że miałem go wtedy, kiedy go najbardziej potrzebowałem. A było to wczoraj, po zrobionej setce na rowerze szosowym. Dawno tego nie robiłem, głównie przez moje lenistwo. Postanowiłem się jednak wziąć ponownie za, he he, regularne jeżdżenie. Skoro się udało to trzeba było wypić coś szczególnego, a seria Fortunatusów na pewno się do tego zalicza.




Etykieta jest na swój sposób bardzo minimalistyczna. Trochę przypomina te z butelek wina, oczywiście tych lokalnych, a nie sklepowych. Piwo piękne, rubinowe, delikatne zamglone. Już dawno nie widziałem tak dobrze prezentującego się trunku (szczególnie w tym szkle). Możecie się przyczepić do praktycznie zerowej piany, ale... ludzie, nie dość, że jest beczkowane to jeszcze dzikie. Czego się spodziewaliście?



Niebiańsko to pachnie, naprawdę. Mówi to osoba, która ogólnie gardzi winem wszelakim. Mieszanka wiśni z czereśniami, jakby świeżo zerwanych i zgniecionych na sok. Wtóruje im wyraźny aromat winny, na szczęście nie przygniatający. Dzikie nuty też wyraźne. Lekko końską derkę przypominają. No i ta beczka, dębina czy coś. Piję je bardzo powoli, a zapach intensywny do samego końca.


Marcinie, dlaczego wlaliście to do małych butelek?! Odpowiedź jest dość oczywista (było ich tylko 6880), ale muszę się przez to cholernie pilnować, aby całości na raz nie wypić... tak dobre i zwiewne na swój sposób to jest. Wysycenie średnie, tak w pytkę można rzec. Smakowo wybuch z aromatu. Wytrawne, winne, beczkowe, wiśniowe i lekko dzikie. W tej dokładnie kolejności. Funky kwasowość przerzuca nas w finisz (no chyba nie spodziewaliście się typowej goryczki?) gdzie dodatkowo pojawiają się czereśnie. Boże jak to jest fajnie ułożone, sprawy sobie nie zdajecie. Aż mnie ciekawi jakie było przy okazji premiery. 


----------


Styl: Sour Cherry Wild Ale BA

Alk: 6,5% Obj.

Ekstrakt: 12,6% Wag.

IBU: b/d

Skład: sok z wiśni (48%), słód (pilzneński, pszeniczny), pszenica, drożdże (Yeast Bay Lochristi Brettanomyces Blend, Safale WB-06).

Beczka: czerwone wino Chateau Kirwan, z przewagą szczepu Cabernet Sauvignon.

Do spożycia: 31.06.2022


Facebook Browaru


 


Wiecie co? Mam już trochę po dziurki w nosie tych wszystkich ipa-sripa, które już po pierwszym łyku zapychają człowieka do granic niemożliwości. Jak to jest, że jak ktoś uwarzy relatywnie nowy na rynku styl, to większość robi go potem na jedno kopyto? Przecież patrząc nawet na tabelki i opisy można łatwo wywnioskować, że jest pole do popisu i puszczenia wodzy fantazji.


Ale nie, lepiej robić zapychające w większości hazy IPA, które są tak naprawdę przykrywką dla DIPA ze średniej półki. Wzięło mnie na takie przemyślenia po tym, jak zobaczyłem metryczkę najnowszego piwa z Browaru Zamkowego w Cieszynie. Zamysł dobry, limonka z herbatą ma przypominać mrożoną herbatę. Idealne na lato myślę sobie. Patrzę na ekstrakt, ooo nie...




Etykieta po rebrandingu jaka jest każdy widzi. Mi osobiście średnio się podobają. Za dużo się dzieje, napaćkane jedno na drugim. Kapsel za to fajny, bez zbędnych napisów jak u większości. Piwo ma ładną, pomarańczową barwę i jest delikatnie zamglone. Piana bardzo wysoka o konsystencji takiej trochę bitej śmietany. Trzyma się też całkiem dobrze ścianki szkła. 



Co tu dużo mówić, pachnie to typową, mrożoną herbatą Liptona. No może trochę bardziej naturalną. Jest herbata (a raczej susz herbaciany) i tona limonki. Ta ostatnia nabiera jeszcze większej intensywności z ogrzewaniem się piwa. Tak to chyba wygląda, jak ktoś używa świeżego soku. Całość świetnie gra ze sobą. W tle dodatkowo delikatna pszenica. 


Cholera... gdzie te 16° Plato? Aż dziw mnie bierze, że przy aktualnej tendencji rynku (czyli hazy, które się pije jak RiSy, bo są takie ciężkie) browarowi udało się wypuścić tak zwiewną IPkę, i o takich parametrach. Wysycenie średnie, w sumie mogliby się pokusić o ciut wyższe. Dawno nie miałem też czegoś takiego, że piwo stawało się bardziej cytrusowe i... gdy robiło się cieplejsze. Smakowo więcej IPA niż w aromacie, co cieszy, bo mogło być jednowymiarowe. Jest limonka. Kwaskowata, ale nie tak natarczywie jak przy cytrynie czy też grapefruicie. Potem robi się słodowo i delikatnie słodkawo. To pewnie ten cały ksylitol, czyli cukier brzozowy. Fajnie to kontruje kwaskowatość limonki muszę przyznać. Podstawa bardziej angielska, nie wyczuwam żadnych nowofalowych chmieli. Mocno, ale to mocno w tle delikatna ziemistość. Goryczka stonowana, "nienachalna" jak to sami napisali na etykiecie. Wyższa mogłaby za bardzo konkurować z limonką według mnie. Na finiszu herbaciane taniny i limonka, dość umiarkowane. Alkohol niewyczuwalny. Dopiero pod koniec butelki czuć go w głowie. Bardzo fajnie wyważone piwo. Co najważniejsze, to to, że limonka nie zdominowała całości. No i ta zwiewność przy tych parametrach... myliłem się. Nie należy oceniać książki po okładce.


----------


Styl: Ice Tea IPA

Alk: 7,2%

Ekstrakt: 16° Plato

IBU: 50

Skład: słód (pilzneński, pale ale), płatki owsiane, sok NFC z limonki, ksylitol, herbata Earl Grey, chmiel, drożdże.

Do spożycia: 21.03.2022


Facebook Browaru

 


Tego się nie spodziewałem, a widziałem już parę dziwnych (i nie zawsze pozytywnych) rzeczy w światku piwnym. Marketing piwny w naszym kraju to istna loteria, od Ediego, po na przykład taką Pintę. Dlaczego ja o tym? A bo... dostałem ostatnio dość specyficzny pakunek. Relację video macie tutaj (Instastories).


Chyba trzeba się już będzie przyzwyczajać powoli do braku wiosny/jesieni w naszym regionie. No bo jak inaczej mamy sobie wytłumaczyć to, że od razu wali w nas lato i 35'C upały (minimum)? No nie da się. Dlatego pozostaje się nawadniać, no bo co innego.

Ostatnimi czasy wrzucam Wam sety na Facebooka, czyli krótkie relacje z jazdy rowerowej połączone z piwem (głównie już w domu, bo szosa). Po tym całym ukropie na asfalcie chodziło za mną coś zimnego i czarnego. Dobrze, że jakiś czas temu Brofaktura wysłała mi paczkę, bo wśród smrodu po rozlanym piwie (to ją tak ładnie DHL potraktował) znalazł się dzisiejszy stout.



Średnio mi się podoba ta etykieta. Jest taka... tandetna. Wielka nazwa piwa otoczona kazylionem słów i metryczką. Logo browaru też wygląda na wciśnięte na siłę. Piwo bardziej okazałe za to. Czarne z delikatnymi przebłyskami brązowymi. Piana niska, szybko redukująca się do widocznego poniżej kożuszka.


Pachnie dość prosto, ale przyjemnie. Kawa zbożowa z bardzo, ale to bardzo delikatnym kakao gdzieś w tle. Wyraźne, utrzymujące się praktycznie do ostatniego łyka. Przy dry stoucie nie jest to na pewno wada.

Już po pierwszym łyku wiedziałem, że będę musiał się pilnować (szczególnie po dzisiejszym rowerze). Pragnienie nie mogło wygrać z chęcią wypicia tego piwa z chociażby częściową przyjemnością. Dlaczego? Bo jest to dry stout pełną gębą. Lekki, specyficznie orzeźwiający (szczególnie schłodzony) i cholernie przyjemny w odbiorze. Wysycenie średnie do wysokiego, wpasowane idealnie. Kij z IPkami, APAmi i innymi papamparami. Jest kawa zbożowa wymieszana ze zwykłą, potem palone słody i czekolada, ta bardziej gorzka. Kakao w tle, wychodzi przy ogrzewaniu się piwa. Zabawne, bo dawno nie miałem do czynienia z tak trafnym opisem na etykiecie. Wytrawność, czy też jak kto woli paloność nie jest jakoś mega inwazyjna, w końcu to nie jest RIS, ani żadne inne "grubaśne" piwo. Goryczka średnia do niskiej, paloność za nią nadrabia. Finisz kawowy, a nawet delikatnie popiołowy. Boże jak mi było tego trzeba. Coś innego, nie amerykańskiego czy też nowofalowego i co najważniejsze... dobrze uwarzonego.

----------

Styl: Dry Stout
Alk: 4,5% Obj.
Ekstrakt: 12°
IBU: 2,5/5
Skład: słód (pale ale, czekoladowe), palona pszenica, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 28.07.2021

 


Browar Bury jest jednym z tych browarów, które utrzymują się jeszcze jakoś w czasach pandemii. Dlaczego tak zacząłem? A bo jakoś mi się smutno zrobiło jak ostatnio wypiłem leżakowanego Alcatraz z Faktorii... Bury na szczęście jeszcze warzy, i to dość dobrze.


Robią nawet stout z tonką, którą uwielbiam, a z której większość craftu się śmieje nie wiadomo dlaczego... Dzisiaj jednak sprawdzimy sobie coś klasycznego. Porter średnich lotów i nie chodzi tutaj o jego jakość. 22% ekstraktu może się większości z Was wydawać na trochę mało, ale starzy, craftowi wyjadacze cieszą się po cichu.




Czysta etykieta pasuje tutaj idealnie. Usunąłbym jeszcze tekst na żółtym tle, bo jakoś tak się kłóci z całością. Piwo czarne, z delikatnymi refleksami brązowymi. Piana niska, dziurawa i szybko redukująca się.



Aromat jest... interesujący. Przypieczona skórka od chleba, ciemny karmel i przeważająca momentami paloność. Po lekkim ogrzaniu wychodzi czekolada, delikatnie gorzkawa. Fajne to i wyraźne. Jakby jakaś śliweczka lub/i rodzynki weszły, to by był majstersztyk.


Na początku myślałem, że jakieś to średnio sycące, ale po chwili przypomniałem sobie, że to przecież "tylko" 22° ekstraktu. Wysycenie średnie, znośne jak na porter. Przyjemne w ustach, bardziej po tej gorzkiej stronie. Fajne palone słody, czekolada, suche kakao i słodkie zacięcie karmelowe. Te ostatnie na wzór karmelków (tych ciągutek). Goryczka niska, lekko palona. Finisz to zaskakująca kawa, wyraźna, ale też delikatna na swój sposób. W tle kakao, przyjemnie zalegające krótko. Alkoholu nie czuć. No chyba, że weźmiecie pod uwagę wewnętrzne ogrzanie.  Podsumowując: cholernie smaczny porter, nie ma co.


----------


Styl: Porter Bałtycki

Alk: 9,5% 

Ekstrakt: 22%

IBU: 2/5

Skład: słód (wiedeński, pilzneński, monachijski jasny, monachijski ciemny, wędzony, czekoladowy, owsiany), chmiel Kazbek, drożdże W-34/70.

Do spożycia: b/d


www.browarbury.pl

 


Życie bywa zabawne czasami. Zamówiłem sobie to piwo ze sklepu internetowego. Za własne, jakże ciężko zarobione złotówki. Minął dzień i pod moimi drzwiami pojawiła się paczka od Piwojada z wersją leżakowaną w beczkach. Zostawimy sobie ją na później.


Dzisiaj obczaimy potrójną podstawkę. Oryginał macie tutaj, nie będę ukrywał, że zachwycił mnie te parę lat temu. Nawet napisałem wtedy, że wersja imperialna wyrwałaby z butów... czy tak będzie? Sprawdźmy.



Etykieta cholernie specyficzna i zarazem wybitna. Tekstura papieru, grafika, minimalizm. No lepiej tego nie mogli zrobić. Trzeba też nadmienić, że dedykowane szkło jest przecudne (jak zwykle u nich). Tak się robi szklany marketing drogie browary, a nie chlaś plaś logo na dildo glass i po robocie. Piwo jest czorne jak wyngiel i wygląda na dość gęste. Piany mało. Znika też w zastraszającym tempie. Przy takim wolumenie można, a nawet trzeba jej wybaczyć.



I już na wstępie zaczynają się problemy. Aromat prosty, ale przyjemny. Ot takie zwyczajne-niezwyczajne połączenie kakao i kawy z delikatnym alkoholem w tle. Niestety jest go tyle, co kot napłakał. Człowiek patrzy na te parametry i spodziewa się czegoś mocniejszego jednak...


Jebs! Prosto w mordę za herezje dostałem. Aż mną wstrzęsło. Tak gęstego piwa nie piłem już... parę niedziel co najmniej. Zostawia nawet widoczny ślad na szkle, tak grubaśne jest. Wysycenie niskie, dobrze wpasowane w ciałko. Nie no nie mogę przestać się dziwić temu, jak to się przykleja do wszystkiego, łącznie z przełykiem. Smakowo bardziej po tej wytrawnej stronie, ale słodyczy też momentami nie brakuje. Jest kakao, potem kawa i mus czekoladowy. Dalej słodycz, raczej od laktozy i alkohol, na szczęście przyjemny i rozgrzewający. Dziwne, bo ma takie trochę waniliowe zacięcie, jakby z jakiejś beczki był czy cuś (a to przecież jest zwykła wersja tego piwa). Goryczka? Proszę Was. Coś tam jest gdzieś hen daleko, ale nie o nią w tym piwie chodzi. Finisz palony z kawą zbożową i delikatnymi orzechowymi nutami. I znowu alkohol jakże przyjemnie rozgrzewający. Dobre, nawet bardzo. Przez ilość procentów jednak skojarzenia z muffinkami zanikają niestety. W sumie z ciekawości wrzuciłbym na leżak, aby zobaczyć co się stanie. Tylko muszę gdzieś dorwać kolejną butelkę...


----------


Styl: Imperial Stout

Alk: 10,8% Obj.

Ekstrakt: 30° Plato

IBU: b/d

Skład: słód (jęczmienny, żytni, palony), płatki owsiane, laktoza, prażone ziarna kakaowca, chmiel, drożdże.

Do spożycia: 08.03.2024


Facebook Browaru

 


Nigdy nie spodziewałem się, że będę miał w okolicy proper single na rower. Jak widać da się jednak zrobić takowe nawet u nas w lubuskim. Ludziom się zachciało i wykopali spoko trasę niedaleko jeziora pobliskiego. Sam byłem tam raz do pomocy, dlatego nie będę sobie nic przypisywał.

 


Nie lubię ukrywać swoich wpadek, dlatego często się z Wami nimi dzielę. Na przykład byłem pewny, na kazylion procent, że "Witam." było już do kupienia w Lidlu. Otóż nie... pierwsza warka, tzw. lidlowska, trafi na półki w ten czwartek. Pewnie mam dziury po trawie, jak to mawiała moja matematyczka ze szkoły średniej. Tylko... ja nie palę przecież.


Nie ogarnąłem tego, bo to browar wysłał mi tę butelkę i chyba za mało skupiłem się na liście, który dołączyli do paczki. Mało to ważne jest jednak. Jeśli butelki w sklepie będą trzymać taką formę... to kupujcie kartonami, ale o tym za chwilę.




Odnowiona etykieta, nawiązująca do zmory korporacyjnych maili bardziej przypadła mi do gustu niż ta stara. Sama kolorystyka lepiej pasuje do złocisto-pomarańczowego piwa, swoją drogą równiuteńko zmętnionego trzeba zaznaczyć. Piana zbita, dość wysoka jak na IPA, ale nietrwała. Pozostawia za to przyjemny dla oka kożuch.



Buchnięcie z butelki jest, i to spore. W szkle podobnie, aczkolwiek umyka wyraźnie po chwili. Multum cytrusów, grapefruita, limonki i zestu. Dodatkowo wyczuwalny jest arbuz i delikatna pestkowość. Naprawdę przyjemnie się to wącha i co najlepsze nie ma człowiek skojarzeń z soczkiem. 


Jak flagowiec to z pompą. Session pełną gębą, jak dla mnie murowany kandydat na całą kratę piwa na grilla. Orzeźwiające, aksamitne nawet trochę. Wysycone raczej wysoko i do tego znika ze szkła jak szatan. Nie jest słodkie, co mi się ostatnio dość często przytrafia przy hazy IPAch niestety. Mocno cytrusowe. Nawet bym powiedział, że lekko muska granice przesadyzmu. Grapefruit, limonka, zest cytryny i trochę, ale to odrobina brzoskwini dla takiej niby-hehe równowagi. Goryczka wyraźna, ale krótka. Bardzo dobrze wpasowała się w styl. Ma taki lekko żywiczny profil. Finisz krótki (znowu w punkt jak dla mnie) i głównie grapefruitowy, z przewagą albedo. Przepysznie szybkie piwo, że tak się wyrażę. 


----------


Styl: Session Hazy IPA

Alk: 4,5% Obj.

Ekstrakt: b/d

IBU: b/d

Skład: słód jęczmienny, płatki owsiane, chmiel (Citra, El Dorado), drożdże WLP066 London Fog.

Do spożycia: 27.08.2021


Facebook Browaru

 


Starość nie radość, a młodość nie wieczność. Już nie pamiętam od kiedy mam tę puszkę kooperacji browaru Birbant, Szpunt i Flov. Zapewne leżała tam dość długo, bom już trochę przesycony wszelakimi hazy IPAmi, czy też new englandami...


Nadszedł jednak i na nią czas, za co zapewne na wiadomojakichgrupach ukrzyżowaliby mnie. Przecież takie piwa powinno się pić świeże! Mam dziwne wrażenie, że nic mu się nie stało. A że piję piwo według własnego widzimisię... to akurat mi podpasowało po rowerze.



Jak Flov robi etykietę, to wiadomo że będzie grubo. Nie dość, że mieni się na wszystkie strony to jeszcze mamy typową grafikę/sylwetkę z dawnych serii birbantowych. Nikt nie przejdzie obok tego obojętnie. Piwo jest zmętnione, takie mleczne wręcz, jak jakieś proper hazy. Kolor pomarańczy, lekko wybielony. Piana na prawie 2 palce, szybko się redukuje do słabego kożucha. Dobrze się jednak trzyma ścianki szkła.



Zadziwiające jest to, że im człowiek robi się starszy, tym dłużej czeka na aromat w piwie... i to też w IPAch. Po ogrzaniu Hypnohopusa wyłaniają się iście soczkowate zapaszki. Pełnia owoców tropikalnych, jakieś grapefruity, dużo mango, brzoskwini i chyba papai. W tle nuty pomelo i o dziwo nafty, chyba, że to mój nos szwankuje po rowerze akurat. Nie zmienia to faktu, że trzeba na ten aromat poczekać, bo o dziwo z puszki to tak średnio z nim było.


O proszę, dobre zdziwko na początek. Mimo dość wysokiego ekstraktu całość jest rzeczywiście "juicy". Ciałko owszem jest, ale nie zapycha jak przy niektórych NEIPAch. Fajnie kremowe, ze średnim wysyceniem. Pierwszy łyk to rzeczywiście... soczek. Taki mandarynkowy, z nutą mango i brzoskwini. Dopiero kolejne przypominają bardziej piwo, z delikatną podbudową pszeniczną i większymi skojarzeniami chmielowymi. Goryczka średnia, momentami niska. Mogłaby być wyższa, chociaż rozumiem, że to przecież new england. Finisz mnie zaskoczył, jak zając w lesie dzisiaj na ścieżce rowerowej. Jest... gorzkawy, wytrawny. Chce być owocowy, ale wychodzi mu tylko profil albedowy, taka trochę skórka od pomelo połączona z delikatną pestką. Jak ktoś lubi ten styl to polecam. Kooperacja Szpunta z Birbantem dość dobrze go odzwierciedla. Całość nie jest przesadnie słodka, a po prostu owocowa.


----------


Styl: DDH Double Juicy IPA

Alk: 7,6% Obj.

Ekstrakt: 19,1°

IBU: b/d

Skład: słód (jęczmienny, owsiany), płatki (owsiane, ryżowe), chmiel (Citra, Nelson Sauvin, Vic Secret, Azacca), drożdże WLP067.

Do spożycia: 12.11.2021


Facebook Browaru


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com