Śledź mnie na:

To nie będzie pełna relacja z Poznańskich Targów Piwnych. W tym roku wpadłem tam dosłownie na dwie godziny w czwartek, gdy jeszcze połowa wystawców przysypiała lekko, a blogiery dopiero co wychodziły ze swoich jaskiń.

Nie wiem czy to już demencja starcza czy zwykłe zaniedbanie, ale byłem święcie przekonany, że mam gdzieś na blogu degustacje zwykłego Geezera... Szukam więc, aby sobie porównać go z wersją imperialną, a tu pustka. Piłem go na pewno... wersję turbo też...

No nic, możliwe, że było to na jakimś festiwalu. Możliwe też, że byłem zwyczajnie w świecie leniwy i nie chciało mi się posta pisać. Z imperialnym tak nie będzie, poziom sztosowości tego piwa w internetach jest poza skalą dlatego nie mogłem sobie go odpuścić.



Świnia na etykiecie dość dziwnie wygląda w blond zaroście... średnio mi się to podoba jeżeli mam być szczery. Papier też słabo przyklejony, pomarszczył się cały podczas podróży. Piwo czarne, nieprzejrzyste, z gęstą brunatną pianą na wysokość palca. Po chwili zaczyna pękać, ale tylko do pewnego poziomu. Żywot ma całkiem długi, pozostawia nawet ładny lacing na ściance. 


Ale zapach... w dodatku ewoluuje! Z początku czuć wyraźną kawę pod postacią wyśmienitego espresso. Jest coś jednak innego w tym czarnym złocie, wyróżnia się mocno spośród wypitych przeze mnie hektolitrów kawy. Może to przez jej leżakowanie w beczce po whisky? Przy każdym kolejnym niuchu dochodzą jeszcze inne zapaszki. I tak: najpierw czekolada, taka nie za słodka. Potem wanilia, dobrze wyważona, nie przykrywa reszty. Do tego trochę drewna i delikatny alkohol. No miodzio.

O paaanieee, jakie to gęste i aksamitne zarazem. Na początku ma człowiek wrażenie jakby spijał piankę z espresso. Tylko, że taką zimną i lekko nagazowaną. Albo nie! Tą taką dziwną miękką bezę, która w sumie nie jest bezą. Nie wiem jak to się nazywa, dali mi kiedyś w jakiejś restauracji w wielkim mieście. Na pierwszym planie kawa, to ona robi show. Znowu ma taki niespotykany smak, ale tym razem bardzo dobrze łączy się ona z delikatnym alkoholem. Ten jak jakaś orientalna przyprawa wznosi Geezera na kolejny poziom beczkowego bimbru, takiego minimum 12-letniego. Jest czekolada, gorzka, taka powiedzmy 75%. Jest wanilia, wypełnia przyjemnie luki pomiędzy innymi składnikami. Goryczka średnia, palona, w punkt można rzec. Na finiszu znowu dominacja kawy. Trochę espresso, trochę zielonych ziaren i odrobina orzechów gdzieś w tle. Ot taki nietypowy, ale cholernie przyjemny miks. Słodycz też jest (bardziej na początku), ale wcale nie leży jej na sercu walka o dominację. Przypomina trochę jakąś nieokreśloną mieszankę ciemnych owoców i/lub słodycz bourbońską. Ja pierniczę jakie to dobre... Nie wiem czemu, ale przy każdym łyku chodziło mi po głowie "Slayer ku#@$!". A przecież to idealne piwo do powolnego sączenia przy kominku.

----------

Styl: Imperial Espresso Stout
Alk: 9,1% Obj.
Ekstrakt: 24,5°
IBU: b/d
Skład: Słód (Pale Ale, Whisky Light, Chocolat, Arome, Abbey, Cara Blond, Black, pszeniczny jasny, żytni), palony jęczmień, chmiel (Cascade, Mosaic, Simcoe), kawa barrel-aged, laktoza, wanilia burbońska, cukier kandyzowany ciemny, drożdże Fermentis Safale S-04.
Do spożycia: 01.24.2018


Kurde, jak ja dawno nie grałem w jakąś planszóweczkę. Dlatego właśnie usiedliśmy pewnego wieczoru z kumplami i "odpaliliśmy" Magię i Miecz. Z kazylionem dodatków, co by za wcześnie nie skończyć. Oczywiście jak tradycja nakazuje musiałem zabrać coś do zdegustowania i dodatkowo wkurzyć tym wszystkich dookoła. 

Padło na barrel age z browaru Komitet. Beczki (i ogólnie piwa ciężkie) idealnie nadają się do powolnego sączenia pomiędzy kolejnymi rzutami kością. Co innego gdy piwo tak cię zaciekawi, że zapominasz o tych rzutach... No, ale o czym my mieliśmy... Ah, no tak. Szkocki "Aniołek".


Fajne etykiety ma Komitet, to im muszę przyznać. Kreskówkowe (i lekko prześmiewcze) postacie fajnie się prezentują na tym gładkim, białym papierze. Piwo ma kolor lekko przyciemnionej miedzi i moooże jest delikatnie zamglone. Akurat syf całkiem dobrze trzymał się spodu butelki. Nalało się praktycznie bez piany. Widoczna poniżej obrączka to wszystko na co tego aniołka było stać.


Aromat jest... ciekawy. Można napisać, że intrygujący nawet. Intensywnością nie grzeszy, ale rzadko się w piwie zdarza taki miks. Na pierwszym planie mieszanka słodkich tropików i torfu... Pisałem, że będzie dziwnie nie? Sam torf kojarzy mi się z smołą/asfaltem, ale te tropiki wybijają kompletnie człowieka z rytmu. Po lekkim ogrzaniu wychodzą suszone morele, a całość robi się jeszcze słodsza.

Oho, dawno już nie piłem tak gęstego piwa poniżej 20° Plato. I jak to się lepi do podniebienia... jak likier jakiś albo nalewka domowa. Dziwy Panie, dziwy. Ciałko samo w sobie nie jest jednak aż takie "grube". Całość bowiem nie wydaje się ciężka czy też muląca za bardzo. Średnie wysycenie trochę w tym odczuciu pomaga. Torf pozostał na swoim miejscu, ale sama mieszanka trochę się zmieniła. Tym razem smole towarzyszą suszone owoce pod postacią moreli i fig z odrobiną skórki pomarańczy. Słodycz delikatnie wygrywa w tym starciu. Gdzieś w tle ciągle pojawia się też taka nuta mokrego drewna, a podstawą tego wszystkiego jest tzw. ciasto słodowe. Całość przykrywa lekko gryzący alkohol, ale z przymrużeniem oka można go podpiąć pod likier domowy. Goryczki praktycznie nie ma, bo tych podrygów żywicy gdzieś hen za górami i lasami bym jej mianem nie nazwał. Na finiszu uwydatnia się torf i dodatkowo pojawia się sól. Bardzo słaba, ale zawsze. Powiem tak... bardzo specyficzne piwo i nawet mi zasmakowało jeżeli mam być szczery. Momentami miałem wrażenie jakbym pił torfowy miód pitny, a jestem pewien że coś takiego nie istnieje. 

----------

Styl: Peated Salted Whisky BA Strong Scotch Ale
Alk: 7,4% Obj.
Ekstrakt: 19°
IBU: 36
Skład: słód (pale ale, special B, carapils, melanoidowy, biscuit, whiskey), chmiel (CTZ, Citra), sól niejodowana, drożdże Danstar Nothingham.
Do spożycia: 03.05.2018




Uwielbiam czytać książki... na moim ebooku. W tym momencie wielu z Was zapali pochodnie i chwyci za widły, ale jakoś mnie to zbytnio nie przeraża. Nie rozumiem jednak tego całego hejtu. Owszem czytanie na kompie czy tablecie mija się z celem, ale np. na takim Kindlu to kompletnie inna bajka.

Wymiana alkoholowa to rzecz, którą warto sobie przyswoić. Wysłałem ostatnio Kacprowi z Piwnej Zwrotnicy piwa z browaru Świebodzin, a on przysłał mi to cudo, które widzicie na zdjęciach. Jakoś tak dziwnie się składa, że większość moich przygód z Redenem zaczyna się właśnie od Kacpra...

Nie widzieć czemu jakoś nie spodziewałem się po tym browarze takiego piwa. Milkshake IPA to coś w rodzaju tegorocznego trendu letniego. Hip, trendy i w ogóle na fali jak to mówi młodzież (czy już tak nie mówią?). Reden nie kojarzył mi się nigdy z takimi eksperymentami. Tym bardziej ciekawy byłem tego jak im wyszło.


Nazwa jak i grafika wyciągnięta wprost z Pulp Fiction. Kolorystyka trochę nie ta, ale ogólnie źle to nie wygląda. Trochę mi nie pasuje tekst... taki wielki i rozciągnięty jakiś jest. Piwo ma kolor, hmm, naciąganej wiśni właśnie. Taki lekko wchodzący w pomarańcz. Zmętnione jak porządny vermont, ale nie dziwota przy tym składzie. Piana wysoka, ale średniopęcherzykowa i dziurawa miejscami. Znika w średnim tempie pozostawiając "brud" na ściankach.


Holly sweet Mother of Jesus... jak to pachnie. Pierwsze i jedynie prawilne skojarzenie to ciasto drożdżowe z wiśniami. Jeszcze cieplutkie. Daje po nosie ostro praktycznie do ostatniego łyku. Jest słodka, drożdżowa kruszonka (ta, za którą dostawało się łyżka drewnianą po łapach) i świeża soczysta wiśnia. Gdzieś w oddali pojawiają się też delikatne cytrusy. Naturalne, bez sztuczności. Mógłbym to wąchać godzinami.

W ustach konsystencja vermont IPA, czuć gładkość i ciałko, ale na takim nieinwazyjnym poziomie. Nagazowanie dość wysokie, ale o dziwo jakoś tak nie przeszkadza zbytnio. Smakowo już nie jest takie drożdżowe, co jakby nie patrzeć jest dużym plusem. Mamy fajną pszeniczno-słodową podstawę na której ktoś postanowił położyć tonę wiśni. Te dodają nie tylko fajnej owocowej słodyczy (która dodatkowo wzbogacona jest laktozą), ale też lekkiej kwaskowatości, która nie pozwala się człowiekowi zamulić. Samą laktozę też czuć, oj tak. W połączeniu z płatkami owsianymi hula sobie gdzieś w tle pod postacią śniadaniowych corn-flakesów. Goryczka średnia, do wysokiej momentami. Fajnie wgryza się w ciało z takim lekko grapefruitowym zacięciem. Finisz zadziwiająco, hmm, kwaśny, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Tak jakby same wiśnie z cytrusami połączyły siły, aby pokonać zamulającego mlecznego potwora. Na końcu pozostaje takie lekko zalegające albedo grapefruitowe. Mi się ono podoba, ale znajdą się tacy co będą wybrzydzać. Wypiłem już parę piw w tym stylu i ten jest chyba najbardziej zbliżony konsystencją i po części smakiem do prawdziwego shake'a. 

----------

Styl: Cherry Milkshake IPA
Alk: 4,5%
Ekstrakt: 14°
IBU: "średnie"
Skład: słód (pale ale, pszeniczny, monachijski, karmelowy), płatki owsiane, chmiel (Warrior, Centennial, Mosaic, Chinook), laktoza, wanilia, owoce wiśni nadwiślanki, drożdże Safale US-05.
Do spożycia: 14 dni od zakupu :)


Ciężko się pisze takie teksty. Przecież jakiś czas temu browar Kormoran był jednym z moich ulubionych jeżeli chodzi o nasze piwne podwórko krajowe. Coś się jednak popsuło ostatnio. Podróże Kormorana zostały zwyczajnie w świecie olane, a jakość piw z tej serii poszła mocno w dół.

Światełkiem w tunelu był ostatni Czeski Pils, ale zamiast iść za ciosem browar ponownie zapadł w hibernacje. Czy wypuszczenie na rynek porteru z wiśnią można nazwać pobudką? Mam taką nadzieję, bo na papierze wygląda to fajnie. Leżakowany pół roku + kolejne miesiące po dodaniu soku z wiśni. Baza jest dobra, kormoranowy porter był zawsze smaczny z tego co pamiętam.



Etykieta w znajomym stylu Kormorana. Fajna grafika na białym tle (pewnie przypadła mi do gustu, bo obejrzałem ostatnio całą Watahę). Kapsel firmowy z wilkiem też na propsie. Lepiej by wyglądał bez napisu, ale dam temu spokój. Piwo wygląda na czarne, ale da się wymusić rubinowe refleksy pod światło. Piania niestety niska, od samego początku bardziej kożuch przypomina. Po paru łykach zanika kompletnie.


Aromat nie jest jakoś szczególnie intensywny, ale da się go wyczuć nawet w kuchni, gdzie zupa cebulowa zaczyna właśnie bulgotać w garze. Pojawiają się typowo porterowe zapaszki (praliny, słodka czekolada, delikatna paloność), ale niestety są one zdominowane przez wiśnie. Czuć też, że nie są to soczyste owoce, a zwykły sok. I to w dodatku ze średniej półki. Po mocnym ogrzaniu zaczyna zalatywać też tanim winem/siarką.

Aha, niestety stało się to czego się spodziewałem po trochu, ale od początku. Konsystencja i odczucie w ustach naprawdę spoko. Piwo jest gęste i aksamitne zarazem, jest też nisko wysycone. Problem pojawia się w smaku. Owszem są szeroko pojęte praliny, czekolada deserowa, delikatna paloność i trochę ciemnych owoców (suszonych bodajże), ale... całość tonie w tanim soku z wiśni. Efekt jest jeszcze gorszy niż w aromacie. Ja nie wiem jak można tak zabić (dosłownie) styl, który sam w sobie uchodzi za wyraźny i nie do zdarcia. Miałem nadzieję, że sok podkreśli po prostu owocową stronę tego porteru, ale stało się coś kompletnie innego. Na finiszu to szczególnie czuć. Kwaskowatość jest minimalna (tak jak można się tego spodziewać po tanim soku), a słodycz za wysoka. O jakiejkolwiek goryczce też zapomnijcie. Po mocnym ogrzaniu robi się z tego takie trochę tanie wino, bo alkohol zaczyna się wybijać pod cholernie nieprzyjemną postacią. Nie ma co owijać w bawełnę, spieprzyli całkiem przyjemne piwo i wątpię, aby leżak coś tu pomógł.

----------

Styl: Porter
Alk: 8,5% Obj.
Ekstrakt: 23,5% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny jasny, karmelowy, palony), ekstrakt słodowy, naturalny sok wiśniowy (5,2%), chmiel, drożdże.
Do spożycia: 07.07.2018


Mielone nie pytają, mielone rozumieją.

Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com