Śledź mnie na:

Nowe trendy w piwnym świecie to norma. Czy to beczki, czy też hype na jakiś egzotyczny lub patriotyczny dodatek (śledzik np.). Są też takie bardziej przyziemne wymysły piwowarskie jak na przykład mocno nachmielony... muł, który zyskał dużą popularność za oceanem. Tak bowiem w skrócie można opisać styl Vermont IPA (czy też New England IPA).

Poszukiwania piwa idealnego na zimowe wieczory ciąg dalszy. Głównym kryterium znowu okazał się być kokos, tym razem w duecie ze stoutem. Artezanowi zazwyczaj udaje się trafić w moje gusta więc mam spore nadzieje. Jakoś też dziwnie się w tym roku złożyło, że w moje ręce nie trafiło ani jedno piwo piernikowe...

Jeżeli dobrze pamiętam pierniki w płynie były zazwyczaj domeną browarów regionalnych. Jak się dobrze nad tym zastanowić to można wyciągnąć prosty wniosek: ich dystrybucja albo zmalała, albo browary regionalne przestraszyły się Witnicy i wyniosły się z moich okolic. Lubuskie naprawdę zaczyna być istnym zadupiem piwnym... No, ale wróćmy do piwa. No bo w końcu koko obchodzi stan craftu w moim województwie?



Etykieta standardowa jeżeli chodzi o Artezana. Nie ma się co rozpisywać. Kapsel firmowy, jeden z nielicznych, przy którym nie przeszkadza mi zbytnio napis. Co do samego piwa... dziwna sprawa, pierwszy raz spotykam się z tak widocznym tłuszczem w piwie. Wiórki kokosowe dały czadu i na powierzchni zamiast piany (której nie ma praktycznie) utrzymują się małe, oleiste oka. Piwo wydaje się być czarne, ale momentami da się wychwycić brązowe refleksy.


Nie mam ostatnio szczęścia do aromatów w piwie. Tak jak w poprzednich degustacjach i tutaj zapach nie chce wyjść ze szkła i trzeba się ostro napocić aby coś wyczuć. Trochę pomaga mocne ogrzanie, ale fajerwerków i tak nie ma. Co czuć? Czekoladę, to na pewno. W tle ciemne słody, trochę chmielu i niestety absolutny brak kokosa. To już kolejne fiasko jeżeli chodzi o ten dodatek po Saint No More 2016.

W smaku też dzieją się jakieś dziwne rzeczy. No bo tak: piwo jest wystarczająco gęste i treściwe, stout owsiany z najwyższej półki można rzec. Problem w tym, że nagazowanie jest jakieś z kosmosu jeżeli chodzi o ten styl. Kompletnie psuje to odbiór całości. Na szczęście artezanowe Koko nadrabia smakowo. Jest czekolada, która z każdym łykiem robi się coraz bardziej gorzka. Zaraz za nią spaceruje odrobina kawy zbożowej i upragniony kokos. Ta mieszanka nie przypomina zbytnio dobrze wiecie jakiego batona, ale mi to akurat nie przeszkadza. Wyobraźcie sobie wytrawne Bounty... jeżeli jesteście w stanie oczywiście. Ja nie byłem, dopóki nie spróbowałem tego piwa. Goryczka umiarkowana, wystarczająca. Lekko palona nawet. Na finiszu dominuje kawa zbożowa wspomagana nutą kakao. Kokos niestety zanika kompletnie pod koniec. Podsumowując... całkiem dobry z tego stout owsiany. Niestety kokosowej powtórki z Rokokoko nie macie się co spodziewać.

----------

Styl: Oatmeal Stout
Alk: 5,5% Obj.
Ekstrakt: 14,5%
IBU: mało
Skład: słód jęczmienny, płatki owsiane, płatki kokosowe, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 18.03.2017


Kontynuujemy degustacje piw z Antybrowaru. Tym razem mamy coś mega eksperymentalnego, leżakowane z płatkami dębowymi kwaśne piwo. O dziwo zamysł jest taki, że ma to być lekki trunek... rzadko się spotyka takie połączenie z czymś leżakowanym w beczkach czy też z płatkami drewnianymi. 

Wiem, że nie powinno się przeglądać ocen innych, bo można sobie zasugerować pewne rzeczy, ale blogerowi ciężko jest uniknąć opinii kolegów po fachu (a nawet i normalnych craftopijców). Szczególnie gdy masz konto na Untappd. Dlatego właśnie podszedłem do tego piwa z mieszanymi uczuciami. Ludziom nie bardzo zasmakowało... No, ale każdy ma inne gusta i już nie raz okazało się, że mam dziwne podejście do różnorakich smaków.


Na etykiecie, która trzyma się szablonu antybrowarowego, mamy maski wprost z teatru. Chyba już nic bardziej oczywistego nie dało się wymyślić. Im dłużej patrze na ich etykiety tym mniej mi się podobają szczerze mówiąc. Mogliby coś wymyślić z hieną w roli głównej. Piwo ma rubinowy kolor i jest lekko zmętnione. Piany praktycznie żadnej. Zamiast niej kożuszek całkiem ładny i trwały.


Rozumiem zamysł lekkiego kwaśnego piwa, ale z aromatem trochę przesadzili. Jest kwaśność na zasadzie kefiru i odrobina karmelowej słodyczy, ale nie pogniewałbym się gdyby całość była trochę... intensywniejsza. Po paru chwilach aromat zanika kompletnie, a i tak był dość słabo wyczuwalny już na początku. 

W smaku jest na szczęście o wiele lepiej chociaż nadal pozostajemy w granicach piwa lekkiego i sesyjnego. Wysokie nagazowanie wydaje się być czymś dziwnym przy piwie "drewnianym", ale szybko się do tego człowiek przyzwyczaja. Na początku uderza w nas kwaśność, która tylko na początku wydaje się być... soczysta. Przy kolejnych łykach uspokaja się co pozwala zaistnieć innym smaczkom. Mowa tutaj o wanilii, uzupełniającym i niezapychającym karmelu i bardzo delikatnej nucie drewnianej (w tej właśnie kolejności). Chmielowa goryczka na średnim do niskiego poziomie. Zaznacza swoją obecność, ale też nie przeszkadza. Finisz za to dość zaskakujący. Znowu mamy mleczną kwaśność, ale tym razem połączoną z palonymi nutami. Jakby nie patrzeć w składzie znajduje się przecież słód palony. Do tego lekko zalegająca wanilia. To piwo to eksperyment, w moim odczuciu udany. ANTYgona jest zaskakująca, lekka (bo takie było założenie), wyważona i do tego smaczna. No, przynajmniej w moim odczuciu. 

----------

Styl: Wood Aged Sour Ale
Alk: 5,1% Obj.
Ekstrakt: 13°
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, karmelowy, palony), chmiel Columbus, drożdże, płatki dębowe francuskie.
Do spożycia: 31.04.2017


Część z Was może pamiętać jak jakiś czas temu tylko wybrane i szanujące się browary wrzucały któreś ze swoich piw na leżak. Minęło trochę czasu i przechowywanie trunków w różniastych beczkach przestało być czymś ekskluzywnym. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że powoli robi się z tego chleb powszedni jeżeli chodzi o polską scenę craftową. Dlaczego tak myślę? Bo już w iście cebulowym stylu słychać narzekania, że niedługo to zaczną nawet lagery leżakować w drewnie po whisky.

Śmieszki na bok, coś w tym jednak jest. Na pewno wielu z Was miało styczność z piwami barrel aged, które ni w kij ni w oko nie zyskały na tym w żadnym stopniu. A przecież miało być tak super, premium, ekskluzywnie i w ogóle palce lizać. Rzeczywistość okazała się jednak inna... Niestety dzisiaj zdegustujemy sobie takiego bubla... i to w dodatku z jednego z moich ulubionych browarów.



Zacznijmy jednak od początku. Tym razem nie zobaczymy na etykiecie mojej ulubionej kingpinowskiej świni. Są za to jej bracia i siostry narysowane w takim dziwnym, ale ciekawym stylu. Coś mi to przypomina, ale za cholerę nie mogę sobie przypomnieć co... Samo piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Piany tyle co kot napłakał niestety. Tyle dobrze, że widoczny poniżej kożuch zostaje do końca.


Kiepsko jest z aromatem, tutaj nie mogę skłamać. Chciałbym nagiąć trochę prawdę, ale się nie da zwyczajnie. Tych delikatnych nut czekoladowych połączonych z beczką (w domyśle bardziej) nie można nazwać aromatem. Już oryginał miał dość spory problem a tutaj to już jest dramat po prostu. No szkoda...

Okej, coś się stało niedobrego po tym leżakowaniu w beczce po rumie. Ja rozumiem, że ekstrakt jest niski jak na polskie przyzwyczajenia porterowe, ale oryginał taki nie był... Teraz przy każdym łyku mam dziwne wrażenie, że ta rumowa wersja Digglera jest zwyczajnie w świecie wodnista. Niskie wysycenie, mimo że poprawne, też nie pomaga. Jest paloność, jest też gorzka czekolada. Niestety wszystko to jakieś płaskie i bez wyrazu. Goryczka nadal niska, ziemista, tutaj nic się nie zmieniło. Finisz chyba najbardziej intensywny się okazał, tak jakby próbował coś nadrobić. Jest czekoladowy z nutą orzechów laskowych i bardzo, ale to bardzo delikatną beczką. Niestety całość nadal jest wodnista i nudna jak flaki z olejem. Matko Bosko co tu się odwaliło najgorszego? Beczka praktycznie nic nie wniosła, a może i nawet to przez nią właśnie całość się tak popsuła.

----------

Styl: Hazelnut Porter / Brown Porter BA
Alk: 5,1% Obj.
Ekstrakt: 13,1°
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, special b, biscuit, czekoladowy, barwiący, żytni), chmiel (Admiral, Columbus, East Kent Goldings, Citra), orzechy laskowe, drożdże S-04.
Do spożycia: 07.10.2017


Miałem ostatnio ochotę na kawowego stouta. W sumie to cały czas mam, dlatego stwierdziłem, że uwarzę sobie takowego. Zamówiłem składniki, kupiłem kawę w ziarnach. Po skonsultowaniu się z internetem postanowiłem, że kawę dodam na dwa sposoby: najpierw pełne ziarna na cichą, potem coldbrew zaraz przed rozlewem do butelek. Jak to mówią... co za dużo, to nie zdrowo.

To co wyszło można określić jednym zdaniem: za dużo kawy, za mało słodów. Piwo wyszło za lekkie jak na mój gust, a ziarna kawy dosłownie zakryły wszystko. Następnym razem pójdzie sam coldbrew. Przez to małe niepowodzenie kupowałem praktycznie same stouty kawowe w ostatnim miesiącu. Jednego z nich zdegustujemy sobie dzisiaj.


Każda etykieta Browaru Zakładowego to pewnego rodzaju majstersztyk jeżeli chodzi o retro design. Ta podoba mi się chyba najbardziej, bo w pewnym sensie rozumiem tego blondasa z wąsem. Codziennie rano tak się czuję pijąc swoją pierwszą kawę w pracy. Samo piwo wydaje się być czarne, nieprzejrzyste. Jeżeli się jednak dobrze człowiek przypatrzy to zobaczy ciemnobrązowe refleksy. Ciemna, beżowa piana nie chce rosnąć i szybko się redukuję, ale pozostawia po sobie bardzo ładny, chaotyczny kożuch, który oblepia na swój sposób ścianki szkła. 


No no, ładnie to pachnie. Szczególnie zaraz po otwarciu butelki, później aromat trochę traci na intensywności. Pierwsze skojarzenie to pewnego rodzaju połączenie brownie i świeżo parzonej kawy w jakimś lokalu z zawyżonymi cenami (czyt. starbuksy czy też inne kostykafe). Oczywiście to drugie dominuje nad resztą. Kawa należy do tych przyjemniejszych i ma takie lekko żytnie zacięcie od słodów. No ładne cacko muszę przyznać.

W smaku skojarzenia z ciastem jeszcze bardziej się nasilają. Czuć wysoki ekstrakt, piwo jest gęste i oblepiające. W dodatku wysycenie okazało się być dość niskie co jest dodatkowym atutem. Nic tylko sączyć wieczorami czytając ulubioną książkę. Na pierwszym miejscu mamy kawę, mocno paloną, wyraźną i z delikatnym ziemistym akcentem. Po chwili dochodzi do niej czekolada, też gorzka. W ogóle całość wydaje się być wytrawna co mnie osobiście zaskoczyło. Czytałem w internetach, że FES zakładowy jest słodkawym piwem. Goryczka może i nie jest jakaś mocarna (nawet jak na stoutowe standardy), ale wystarczająco zaznacza swoją obecność. Oczywiście ma palony profil. To samo ziarnisty finisz, który dodatkowo robi się lekko kwaskowaty z bardzo przyjemnym żytnim zacięciem. Zalega też trochę, ale mi osobiście się to podoba akurat. Alkohol w całości ukryty, nie czuć go nic a nic. Cholernie przyjemny i zarazem prosty kawowy stout.

----------

Styl: Coffee Stout
Alk: 8% Obj.
Ekstrakt: 19% Wag.
IBU: 50
Skład: słód (jęczmienny, żytni), chmiel (Warrior, Marynka), kawa Brazylia Santa Barbara, drożdże S04.
Do spożycia: 06.04.2017


Antybrowar jest w pewnym sensie dla mnie jak ta baśniowa bestia z ludowych opowieści. Gdzieś o nim słyszałem, gdzieś widziałem butelki (zapewne w internetach), ale jakoś nigdy nie spróbowałem ich wyrobów. Z pomocą przyszła hiena antybrowarowa w czapce Mikołaja i podarowała mi zestaw ich ostatnich piw. Ryszard R. może i wylądował w pace, ale dary losu nadal spływają.

Dwa pierwsze wypiłem tak o, wydawały mi się najmniej ciekawe. Okazały się być bardzo poprawnie uwarzonymi belgian AIPA i american pale ale. To drugie było nawet bardzo, ale to bardzo pyszne. Zostawiłem sobie rumiankowego saisona, beczkowanego kwasa i pełne pszeniczne AIPA. Wszystkie pojawią się na blogu, zacznijmy od sezą.


Wszystkie etykiety Antybrowaru są spójne i różnią się tylko poszczególnymi detalami. Nawet nazwy są zazwyczaj podobne, na bazie słownych gierek z wyrazem "anty" w tle. Proste to i nawet ładne trzeba przyznać. Trochę szkoda, że nie mają kapsla firmowego, hiena idealnie by się nadawała. Piwo ma kolor bursztynu i jest lekko opalizujące. Nie wiedzieć czemu spodziewałem się większej mętności. Piana urosła wysoka, ale po krótkiej chwili pojawiły się w niej dość spore bąble niwelując ją do dość sporego kożucha. Ten pozostał praktycznie do końca picia.


Lekki to saison nie będzie, oj nie. Ze szkła dosłownie bucha aromatami. Jest owocowo (suszona brzoskwinia pierwsza przychodzi na myśl), są zioła i przyprawy (w tej roli rumianek i pieprz) i jest też alkohol. Ten ostatni na szczęście bardziej w dopełnieniu i z tych przyjemniejszych. Całość tworzy dość ciężki, ale przyjemny zapaszek. 

Oj nie spodoba się to wielu ludziom, tego jestem pewien. Antybiotyk jest jednym z najbardziej cielistych saisonów jakie piłem. Czuć jego moc i ciało przy każdym łyku, w dodatku wysycenie jest na średnim do niskiego poziomie. Jest słodowość, ale całość pozostaje bardziej po tej wytrawnej stronie. Na początku wydaje się człowiekowi, że czuję brzoskwinkę (wraz z lekkimi cytrusami), ale bardzo szybko do ataku przechodzą przyprawy. Wyobraźcie sobie rumianek i kolendrę na sterydach, takie duże i bez szyi praktycznie. O wiem, takie dwa Marcinki z nowego Pitbulla. Goryczka średnia, jeżeli mam być szczery to ciężko jest się jej przebić przez te przyprawy i alkohol. A właśnie, ten ostatni dość mocno wyczuwalny, szczególnie na finiszu. Tyle dobrze, że nie jest jakiś gryzący czy też rozpuszczalnikowy. Mogli go jednak lepiej ukryć. Dodatkowo na końcu pojawia się też o wiele mocniejszy rumianek. Bardzo dziwne piwo. Nie powiedziałbym, że złe czy też wadliwe... po prostu specyficzne.

----------

 Styl: Saison
Alk: 7,3% Obj.
Ekstrakt: 14°
IBU: b/d
Skład: słód (pilzneński, monachijski, żytni jasny), chmiel, drożdże, kolendra, suszona skórka pomarańczy, rumianek.
Do spożycia: 12.03.2017


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com