Śledź mnie na:

Pojechałem ostatnio do sklepu specjalistycznego, bo jak wiecie z wpisu na fejsie moja piwnica zrobiła się trochę... pusta. Byłem lekko zawiedziony na miejscu, bo nie dość, że w Lubuskim nie ma za dużego wyboru to jeszcze o ostatnich premierach mogłem tylko pomarzyć. Ja nie wiem, czy to jest olewanie samego sklepu, czy też hurtownie mają to kompletnie w dupie.

Zakupiłem więc parę średniaków (a przynajmniej tak mi się zdawało). Najlepszą rzeczą, jaką przywiozłem z tej wyprawy było szkło, które widzicie na zdjęciu poniżej. Zawiedziony wyborem, postanowiłem sprawdzić pewien nowy sklep internetowy, który obszedł jakoś prawo (a co najważniejsze wyroki sądowe) i pozwala na wysyłanie piw przy zamówieniach internetowych. Właśnie tam kupiłem naszego dzisiejszego gościa. Zobaczmy zatem jak zadebiutuje na blogu Browar Za Miastem.



Browar Za Miastem ma dość specyficzne etykiety, takie też minimalistyczne w dodatku. Fajnie to wygląda, tekst jest dobrze umiejscowiony i nie przeszkadza w odbiorze. Grafiki zwierząt też są spoko, jakby rysowanie ręcznie ołówkiem. Kapsel firmowy ładny, nawet mi tekst nie przeszkadza tym razem. Piwo ma piękny (jak zawsze przy żytnim) miedziany kolor i jest bardzo ładnie zmętnione. Piana troszkę uboga. Nie dość, że niska to jeszcze szybko ucieka ze szkła.


Ładny i nienachalny aromat zaczął się wydobywać prawie, że od samego początku. Lekko kwaskowate żyto z takim przyprawowym (goździkowo-pieprzowym) zacięciem. Jak zlałem resztkę z butelki (trochę osadu wleciało) to nawet delikatne banany się pojawiły. Jak dla mnie książkowe, niemieckie żytnie piwo.

O jejciu, jaka fajna, kremowa tekstura. Ciałko też niczego sobie, ale dzięki teksturze wydaje się być lżejsze na swój sposób. Wysycenie nie jest też tak duże jak w zwyczajnej pszenicy. W smaku fajne, nieinwazyjne żyto, lekko kwaskowate oczywiście. Przyprawowość bardzo umiarkowana gdzieś w tle. To samo banan i goździk. Na samiutkim początku można wyczuć też delikatny karmel, ale całość bardziej po tej wytrawnej, żytniej stronie. Goryczka niska, wystarczająco wyczuwalna. Na finiszu wzmocnione żyto (wraz z kwaskiem) i jedyna rzecz, która mi w tym piwie nie podeszła: taki dziwny kredowy posmak. Na szczęście jest szczątkowy i szybko się o nim zapomina. Jak dla mnie idealne piwo na niedzielne popołudnie. Z początku myślałem, że miałem ochotę na coś grubszego, ale te na swój sposób lekkie żytnie piwo zweryfikowało moje chęci.

----------

Styl: Żytnie Bawarskie / Roggenbier
Alk: 5,8% Obj.
Ekstrakt: 14,1% Wag.
IBU: 27
Skład: słód (pilzneński, karmelowy, żytni), chmiel, drożdże WB-06.
Do spożycia: 06.12.2019


Drugie picie (leżak): Jakby mi ktoś powiedział jakiś czas temu, że wrócę do serii powrotów na blogu, to bym się chyba popukał po czole. Kiedyś to człowiek miał czas i chęci wracać do piw, aby sprawdzić ich jakość lub zestarzenie się. A dzisiaj... no sami wiecie. Na szczęście nadarzyła się okazja w postaci ankiety na fejsie. Akurat nie miałem nic nowego, a Wy nie chcieliście sprawdzić jak się ma Argus z puszki po terminie. No to co? Lecim!

No popatrzcie, jednak znalazłem w piwnicy (czekając na wyniki ankiety na fejsie) coś, co nie jest po terminie. Nadal jest to ciemne piwo, ale nie mam co wybrzydzać. Już nawet nie pamiętam kiedy i gdzie je kupiłem szczerze mówiąc...

Najśmieszniejsze jest jednak to, że kompletnie nie wiedziałem co kupuję. Inaczej, byłem w błędzie po prostu. Myślałem, że będzie to stout typowo amerykański, z cytrusami itp. Na szczęście się myliłem, oj bardzo się myliłem. Kolaboracja z browarem Weird Beard okazała się bowiem dość... iglasta.



Najpierw jednak trochę o etykiecie, która jest przekozacka zwyczajnie rzecz ujmując. Grafika jak z dawnych gier ery pixela i dobrze zaadoptowane miejsce na tekst. Wszystko tutaj gra, od kolorków po sylwetkę stwora i specyficzne wycięcie etykiety. Kapsel firmowy, bardziej pasowałby czarny (i oczywiście bez napisów, z samym logo). Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Beżowa piana, wysoka na jeden palec i zbita dość mocno. Klasyczny wygląd ciemnego, grubego piwa trzeba przyznać.


Gdyby spanie w lesie miało mi dać takie zapaszki to uwierzcie mi, już bym dawno się spakował i wyruszył, na przykład w Bieszczady. Nawet sobie nie zdawałem sprawy z tego, jak bardzo brakowało mi takich stoutowych nut. Przepiękny aromat czystej kawy, jak przy dobrze wyleżakowanym coldbrew. Iglaki bardziej w tle, ale nadal spokojnie wyczuwalne. Do tego odrobina żywicy.

Pierwszy łyk potwierdził tylko moje przypuszczenia. Trzeba mu się dać chwilkę ogrzać jednak. Ciałko w miarę spoko, ale nie pogardziłbym trochę wyższym balingiem. Mimo tego czuć taką swoistą aksamitność, szczególnie dzięki niewysokiemu nagazowaniu. Smakowo na pierwszym planie znowu kawa (coldbrew z Etno mi najszybciej przyszedł na myśl), ale tym razem wspiera ją odrobina gorzkiej czekolady. Oczywiście nie zapominajmy o paloności, która po części wywodzi się z kawy, a po części z jęczmienia. Momentami zdaje się dominować ta zbożowa. Iglaki znowu robią za wyraźne tło. Goryczka średnia, oczywiście palona. Finisz to dziwaczne połączenie kawy i żywicy (a jednak jest akcent american). Długi i szeroki (zalegający), jak stąd do w... no wiecie.  Całość wytrawna, ostra, lekko sado-maso nawet. Lubię to, mocno. Chyba właśnie tego mi było trzeba dzisiaj. Alkohol ukryty w 100%.

----------

Styl: American Forest Stout
Alk: 7% Obj.
Ekstrakt: 18°
IBU: 2,5/6
Skład: słód jęczmienny, jęczmień prażony, gałązki świerku, chmiel, kawa, drożdże.
Do spożycia: 01.03.2020


Tak się kiedyś zastanawiałem... jak to Kopyr robi, że degustacje piw z ankiety wrzuca zaraz po jej zakończeniu. Olśniło mnie niedługo potem, bo przecież odpowiedź na to pytanie jest prosta: blogowanie to jego praca. Nie musi chodzić jeszcze do korpo jak większość z nas. Dzisiaj jednak postanowiłem być (po części) Tomkiem na jeden dzień...

Wymagało to pewnego pośpiechu, ale jakoś się udało. Inna sprawa, że musiałem zaryzykować i odgadnąć wynik ankiety wczorajszej (no gdzie w środku tygodnia mieć czas na wypicie obu piw, o opisaniu ich już nawet nie wspomnę). W takich momentach jest też pewne ryzyko, że dany trunek może... łagodnie pisząc nie spełnić oczekiwań. Wtedy to dopiero wtopa, bo browar sam mi je wysłał i by się sam wkopał.


Etykieta ładna, z pomysłem. Niestety wszystko poszło jak krew w piach, bo browar postanowił wkleić na nie swoje logo tak jakoś o 3/4 wielkości za duże. Kompletnie to ni pasuje do grafiki/portretu Beethovena. Samo piwo wygląda całkiem spoko. Lekko zmętnione (trochę je poturbowałem niosąc) o takim ciemnym, pomarańczowym kolorze, przechodzącym w malinowy nawet. Piana znikoma, ale po kwasach nie ma co się spodziewać cudów w tym aspekcie.


Bardzo ładny aromat, przypominający trochę kompot letnio-jesienny. Porzeczki wiodą prym z dość wyraźną pomocą jeżyn (zdarzało mi się wyjadać kilogramy tych czarnych pyszności kumplowi na działce). Dopiero po przeczytaniu składu stwierdziłem, że może być to bardziej aronia. Czuć też kwaskowatość jogurtową. Ładnie, zwiewnie i owocowo. W dodatku intensywnie przez prawie cały czas.

O proszę jak to fajnie i szybko wchodzi. Ciałko lekkie i przyjemnie, wysycenie średnie. Nooo, jak soczek musujący. Tyle, że z procentami. Smakowo mamy powtórkę z rozrywki, czyli: porzeczki, aronia/jeżyny (dalej będę się upierał na to drugie) i ta cholernie przyjemna kwaskowatość. Na moje kubki smakowe jest delikatnie mleczna, ale nie widzę info o bakteriach na etykiecie. Na pewno miesza się z kwaskowatością owocową. Fajnie to wyszło, bo jak na ten styl przystało nie jest przekwaszone do granic możliwości. Brakuję mi trochę nut zbożowych, ale jakoś ujdzie. Goryczka znikoma, nie ma tu dla niej miejsca. Finisz, tak jak reszta, mocno owocowy i już zdecydowanie porzeczkowy tylko. Szkoda, że nie miałem go wcześniej w lodówce, bo na te upalne dni byłoby idealne.

----------

Styl: Fruit Berliner Weisse
Alk: 4,5%
Ekstrakt: 11%
IBU: b/d
Skład: słód (pilzneński, pszeniczny), płatki owsiane, aronia, czarna porzeczka, chmiel Marynka, drożdże.
Do spożycia: 01.06.2020


"Nie dajmy się zwariować" - tak mówią ludzie, którzy widzą zazwyczaj innych dążących do bycia lepszym. Czy to w sporcie czy innej dziedzinie życia. Dlaczego ja o tym? Dowiecie się z kolejnych akapitów. A teraz, mapka, jak zwykle.


Znowu zapomniałem o tej degustacji. Mangove wypiłem jeszcze przed urlopem, a co za tym idzie przed przerwą rowerową po zrobieniu tatuażu. W menu Bloggera łatwo jest zgubić wersje robocze wpisów, uwierzcie mi.


W każdym z nas jest trochę ze złodzieja. W crafcie widać to szczególnie: "No weź dał łyczka" po czym wypija jedną trzecią pokala i mówi "no, smaczne". Ja miałem podobnie ostatnio we Wrocławiu. Kumpel miał w lodówce zapas gose ze Stu Mostów i już po pierwszym łyku stwierdziłem, że muszę je mieć. Akurat miał ostatnią butelkę, która magicznie wylądowała dzień później w moim plecaku.

Kurde, dawno nie byłem w samym browarze... Fajne miejsce, dobrzy ludzie i spoko atmosfera. Będę musiał ich znowu odwiedzić przy najbliższej okazji, bo co jestem we Wrocku to mi nie po drodze do nich. Jeżeli natomiast nie piliście tego owocowego gose... rozumiem Wasze obawy. Wiadomo jak to u nas jest z owocami w piwie. Bardzo często potrafią przykryć wszystko, łącznie z podstawowymi aspektami danego stylu.



Etykieta, jak każda przy cyklu Salamander, wyróżnia się głównie nazwą piwa. Nic szczególnego, mogliby pomyśleć o małej zmianie grafik na swoich piwach (ale z utrzymaniem dotychczasowej stylistyki). Kapsel firmowy, napisy do wywalenia i będzie git. Piwo ma hipnotyzujący kolor, taka soczysta czerwień malinowa. Oczywiście jest też zmętnione. Piana mooożeee na dwa palce z dość krótkim żywotem niestety.


O tak, pachnie identycznie jak we Wrocku. Bucha to aromatami aż miło. Malinka jedna z lepszych jakie wąchałem w piwie, wyraźna i intensywna. Czy czuć w tym brzoskwinie? Ciężko powiedzieć... jest jakaś owocowa słodycz dodatkowa gdzieś w tle i tyle. Dodatkowo lekka pszenica. Całość zapowiada się cholernie orzeźwiająco...

... no i tak jest. Typowe gose: lekkie, rześkie, orzeźwiające. Duże wysycenie, ale jeszcze nie w granicach np. takiego grodziskiego. Na pierwszym planie kwaśne malinki, ale tak przefajnie wkomponowane w lekką pszenice. Tutaj też brzoskwinie się pojawiają i nikt nie powinien mieć problemu z ich identyfikacją, ewidentnie czuć ich słodycz w tle. Nie próbują jednak przykryć kwasku, dzięki Bogu. Goryczka minimalna. W sumie to bardziej czuć tylko takie lekkie smyranie po kubkach. Finisz okazał się być dodatkowo delikatnie pestkowy i... słony. Zdziwiłem się trochę, bo u nas zazwyczaj zapominają o tej jakże ważnej rzeczy w tym stylu. W sumie... to browarowi udało się odwalić naprawdę kawał dobrej roboty. Dodając owoce do tak lekkiego piwa nie przykryli nimi podstawowych smaczków (ahhh te solone nuty). Całość jest cholernie dobrze zbalansowana.

----------

Styl: Raspberyy and Peach Gose
Alk: 3,5% Obj.
Ekstrakt: 12,5%
IBU: 10
Skład: słód (pilzneński, pszeniczny), płatki pszeniczne, chmiel Taurus, sok NFC malinowy, przecier brzoskwiniowy, drożdże Burlington.
Do spożycia: 06.06.2020


Pamiętam otwarcie lokalu Pinty we Wrocławiu jakby to było wczoraj... No dobra, może nie pamiętam osobiście, bo mnie tam nie było, ale przeczytało się parę żali w internetach wtedy. Głównie chodziło o wystrój i miejsca siedzące. Już na wstępie Wam mogę napisać, że od jakiegoś czasu nie są one aktualne.

Wyobrażacie sobie, że nigdy (w moim ponad 30 letnim życiu) nie byłem na Śnieżce? Ba, do poprzedniego tygodnia myślałem, że to schronisko/restauracja na szczycie nadal funkcjonuje. Ot taki ze mnie miłośnik gór. O dziwo w Karpaczu bywałem wcześniej, ale jakoś nigdy nie udało mi się dojść na samą górę.

Miałem kiedyś takie postanowienie, że nie będę opisywał słabych piw. Po chyba 2 latach stwierdziłem jednak, że jest to pewnego rodzaju zakłamywanie rzeczywistości. Polski rynek craftowy nie jest doskonały, szczególnie jeśli chodzi o utrzymywanie jakości kolejnych warek. Niektórym się wydaje, że problem znikł kompletnie... oj nie, na pewno tak nie jest.

Dzisiejszy przykład trochę boli, bo lubię Browar Zakładowy. Chłopakom udawało się trzymać jakość w ryzach zazwyczaj. Niestety piwo, które zabrałem do Karpacza (i które miało mnie ratować przed zakupem eurolagerów tam) mocno mnie zawiodło. Browar uwarzył je z okazji 300 warki już jakiś czas temu. Ta konkretna butelka to już 6 warka tego piwa według etykiety. Z tego co wyczytałem w internetach ludzie zachwycali się nim. Lubię pomarańcze, też chciałem się nim zachwycić...



Zacznijmy jednak, jak zawsze, od etykiety. Te są w czołówce polskiej i nie znam osoby, która by temu zaprzeczyła. Stretch ala Van Damme na skrzynkach z piwem? I to jeszcze w koncepcji grafik sprzed okrągłego stołu? Dla mnie bomba. Kapselek firmowy też bardzo fajny i jeden z niewielu, na którym tekst mi przypadł do gustu. Piwo wyraźnie zmętnione o ciemno-pomarańczowym kolorze. Piana za to nie chciała się za cholerę utworzyć, co mnie trochę zaniepokoiło...


Aromat jest bardzo słaby. Może to i dobrze, bo niestety nie jest też jakoś szczególnie przyjemny. Na czele karmel i nuta nieprzyjemnego alkoholu. Potem jakieś owoce, które zwyczajnie w świecie nie mają siły przebić się przez mdłość karmelową. Jak się mocno wczujesz to da się odczuć pomarańcze i odrobinę skórki, ale goddamn... jak ten karmel przeszkadza.

Ciałko jest, nie ma to tamto. Jak przy takiej typowej podwójnej IPA. Niestety brakuje dość wyraźnie wysycenia. Jest cholernie niskie przez co znowu zaczynam mieć mdłe koszmary. W smaku... brak orzeźwienia cytrusowego. Coś chyba nie pykło przy tej warce (szóstej bodajże), bo wątpię, aby chłopakom z browaru chodziło o taką dominującą, karmelkową słodycz. Całe piwo smakuje jak te landrynki owocowe, którymi napychały nas nasze babcie. Daleko w tyle pojawiają się oznaki skórek owoców cytrusowych, ale bliskie one są granicy autosugestii. Goryczka nieprzyjemna, pestkowo-kredowa i zalegająca. Finisz to już jest jakieś apogeum wykrzywiania mordy. Ciągle zalegająca, nieprzyjemna gorycz i oznaki alkoholu, który momentami przypominał rozpuszczalnik.

----------

Styl: Podwójne Pomarańczowe IPA
Alk: 8,4% Obj.
Ekstrakt: 19% Wag.
IBU: 56
Skład: słód jęczmienny, płatki owsiane, pomarańcze, świeżo starte skórki owoców cytrusowych, chmiel Simcoe, drożdże US05.
Do spożycia: 08.10.2019


Dam Wam tipa wakacyjnego: jak wybieracie się gdzieś, gdzie nie jesteście pewni czy Duch Craftu już tam dotarł, to weźcie ze sobą jakieś piwka. Mnie to uratowało w Karpaczu. Oprócz golemowego Double Dybuka JD BA (którego degustacja wraz z opisem wejścia na Śnieżkę już niedługo) zabrałem jeszcze Potionka z Brokreacji i 300% Normy z Browaru Zakładowego.

Jedno z nich mi podpadło, tak mocno mocno. Musicie przeczytać tego posta do końca, aby się dowiedzieć które. Sama seria Potionów to według wielu strzał w dziesiątkę (też tak uważam). Moim najulubieńszym jest czwóreczka, czy szóstka zdetronizuje ją? Przekonajmy się.



Etykieta jak zawsze czarna jak wungiel i ze złotymi napisami. Nie do końca podchodzą mi te teksty pod nazwą, bo psują całą estetykę, ale mogę im to odpuścić po znajomości. Kapsel firmowy, fajny, ale może by tak zrobić wersję ze złotą kreską? Piwo czarne, raczej nieprzejrzyste. Niska piana dość szybko się ulotniła. Można jej to wybaczyć patrząc na nazwę stylu.


W butelce troszku się aromat nie utrzymał chyba. Z kranu to aż nos zatykało zapaszkami, a teraz mam dość duży problem z wywąchaniem czegokolwiek. Na pewno w jakimś stopniu pomaga ogrzanie piwa. Na pierwszym planie czekolada, taka delikatnie mleczna. Potem nuty kokosa i syropu klonowego. Po jakimś czasie wychodzi też delikatna wanilia, a kokos przybiera na sile.

Potiony z Brokreacji są bardzo specyficzne. Na początku się człowiekowi wydaje, że nie są jakoś szczególnie cieliste, ale po chwili uświadamia sobie, że owszem... są. Może to przez tą cholernie gładką teksturę? Jakby było coś takiego jak "studium molekularnej struktury piwa", to Potiony pewnie byłyby dawane za przykład idealnego połączenia atomów... Dobra, bo bredzę już. Wysycenie niskie, tak jak przystało na mocne stouty, barel-ejdżowane w dodatku. Smakowo mamy nieźle ułożony miks, którego podstawą jest półsłodka czekolada, taka przyjemnie gęsta. Kokos wyraźny, tak samo syrop klonowy. Żeby nie było aż za nadto ulepkowo co jakiś czas pojawia się delikatna, ale wyraźna na swój sposób paloność. Co najlepsze komplementuje ona goryczkę, która ma tak samo palony profil. Jest wyczuwalna, ale punktowa (krótka). Orzechy z początku wydawały się być bardziej w domyśle, ale na finiszu wyskoczyły jak Filip z konopi (albo jak Jurek spod lady stanowiska Brokreacji). Nawet tak lekko i przyjemnie zalegały muszę przyznać. Całość bardziej po tej słodkiej stronie (duuuh), ale z wystarczającą kontrą. Mocno deserowe, do ciumkania przy kominku (co może być w lecie dość trudne). Alkohol ukryty jak prawdziwy zabójca, rozgrzewa bez ostrzeżenia.

----------

Styl: Coconut Pecan Maple Imperial Rye Stout Norwegian Aquavit BA
Alk: 11,5%
Ekstrakt: 25° BLG
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, żytni, brown, chocolate, chocolate rye, caraaroma), cukier brązowy, wiórki kokosowe, orzechy pecan, syrop klonowy, chmiel Warrior, drożdże US-05.
Data produkcji: 10.05.2019


Zastanawiałem się ostatnio w sklepie co ta seria "Golem vs..." ma oznaczać, jeżeli w ogóle cokolwiek oznacza oczywiście. Jak się tak dobrze zastanowić, to pod tym względem kuleje mocno u nas informowanie klientów o takich akcjach. No bo tak: wyszukiwanie na mediach społecznościowych to droga przez mękę, a strony browarów... sami wiecie. Niektórzy mają tam aktualności z max 2016 roku. Ja wiem, że się nie chce, ale na tym budujecie drogie browary swoją markę. Nie tylko na fejsiczku.

Interesujące jest to, że jak się zeskanuje kod kreskowy to na Untappd pokazuje inne piwo Golemów, mianowicie Szemesza. Aaanyway, miałem wziąć się za któregoś mocarza (z ostatniej ankiety na FB), ale jakoś tak za gorąco jest...


Nie będę ukrywał, że kupiłem to piwo głównie przez etykietę. Rysunek idealnie wkomponował się w białe tło, na papierze przypominającym ten stary. Wygląda jakby go ktoś namalował ręcznie. Użycie jednego koloru też dobrze zagrało. Szkoda tylko, że całość tak szybko się marszczy od wilgoci. Piwo ma iście pomarańczowy kolor i jest znacząco zmętnione, jak na NEIPA przystało. Piana za to słaba, szybko się zredukowała do widocznego kożucha.


Za każdym razem, gdy widzę tak soczyście złociste piwo spodziewam się czegoś wybuchowego, głównie zapaszków. Tym razem jednak nie dostałem z buta w nos. Aromat był troszku stonowany jak na plastic-fantastik DDH. Są cytrusy (pomarańczka i odrobina grapefruita), jest też mango i dosłownie kropla żywicy. Ogólnie bardzo przyjemne połączenie muszę przyznać.

Tak zachłannie wziąłem pierwszy łyk, że się ździebko zdziwiłem jak mnie nagle treściwość uderzyła. Żebyście mnie źle nie zrozumieli tylko... to piwo nie zapycha ani nic z tych rzeczy. Po prostu przy innych sesyjnych IPkAch itp. ciałko było trochę... chudsze zazwyczaj. Wersja golemowa przypadła mi do gustu, bo piwo okazało się być nadal cholernie orzeźwiające i na swój sposób lekkie. Średnie do wysokiego nagazowanie pasuje tutaj jak ulał. Smakowo trochę bardziej po tej wytrawnej stronie na moje oko. Owszem czuć owoce (tutaj głównie morela, brzoskwinia i grapefruit), ale jest też żywica, która momentami wychodzi przed szereg. Goryczka taka umiarkowana mógłbym rzec, o delikatnym grapefruitowym profilu. Cały czas nie dawał mi spokoju jeszcze jeden smaczek... Na szczęście na finiszu się uwydatnił i mogłem go jakoś rozpoznać. To swoista ziołowość połączona ze świeżo skoszoną trawą. Ogólnie przyjemne, sesyjne piwo. Momentami trochę mu brakuje intensywności (nawet jak na ten styl), ale patrząc na całokształt mógłbym polecić każdemu w te słoneczne dni.

----------

Styl: DDH Session New England IPA
Alk: 4% Obj.
Ekstrakt: 12° BLG
IBU: b/d
Skład: słód jęczmienny, płatki owsiane, płatki pszenne, chmiel (Chinook, Ekuanot, Simcoe), drożdże.
Do spożycia: 13.12.2019


Człowiek powoli wysiada już... Nie chodzi tutaj oczywiście o chęć wypicia "browarka", a o pewną przypadłość, która mi się przytrafia chyba trzeci rok z rzędu. Zaczynam urlop w następnym tygodniu i jak to przystało na prawdziwą pracę w korpo... wszystko co się może spieprzyć właśnie to robi. Ot tak o, żeby człowiek miał co robić przez ten ostatni tydzień.

Tak ja wiem, że zaraz powiecie "trzeba było to wszystko rzucić i się zająć craftem full time jak Kopyr!". Problem w tym, że ja tego nie uznaję za pracę, która ma jakąkolwiek przyszłość. Inżynieria, produkcja, technika, to są rzeczy w których warto się "babrać" i zdobywać doświadczenie (po części też właśnie piwowarstwo, ale to mnie nudzi trochę). Blogowanie to... hobby, i tak powinno zostać. Dzisiejszego wieczoru chciałem się odstresować... dlatego chwyciłem za to, co lubię najbardziej: stoucik, i to niekoniecznie jakiś wymyślny.


Ok, nie przypominam sobie, aby jakikolwiek inny browar w Polsce miał aż tak minimalistyczną etykietę. W sumie to nic tu nie ma oprócz nazwy i logo. Może Wam to się wydawać głupie, ale pomyślcie jak te butelki wyglądają na półce w sklepie. No i? Wyróżniają się cholernie, szczególnie z tym białym tłem. Szkoda, że nie mają kapsla firmowego, bo logo nadaje się idealnie. Piwo ma ciemny, prawie, że czarny kolor. Momentami widać delikatny odcień brązu. Piana wysoka i całkiem ładnie zbita (z pojedynczymi, większymi bąblami). Trzyma się też zaskakująco długo.


Ej, naprawdę przyjemnie to pachnie. Tak trochę swojsko i z pewną nostalgią. Podstawą są przypiekane słody, ale robotę robi bardzo ciekawe połączenie słodu owsianego i prażonego jęczmienia. Aż mi się przypomniała taka ciepła miska z dzieciństwa. Nie wiem jak Wy, ale ja lubiłem owsiankę. W tle fajna kawa zbożowa i nuty słodkiej czekolady. Te ostatnie dopiero po pewnym ogrzaniu.

Po ostatnim stoucie, którego degustowałem, miałem lekkie obawy. Nieuzasadnione jak się dość szybko okazało. Ciałko jest naprawdę spoko: wyczuwalne, ale bez przesadnego zapychania. Tekstura też niczego sobie. Czuć, że płatki owsiane zrobiły swoje. Całość stara się być naprawdę aksamitna. Czasami przeszkadza w tym trochę za mocne wysycenie, ale ujdzie w tłumie. W smaku hierarchia trochę się wymieszała. Wyraźna, palona słodowość jest wszechobecna i o wiele wyraźniejsza niż w aromacie. Do tego palone ziarna kawy i odrobina gorzkiej czekolady. Wszystko intensywne, ale z takim "hamulcem bezpieczeństwa". W takim sensie, że paloność zwyczajnie w świecie nie jest za ostra. Goryczka fajna, wyraźnie palona i na dobrym poziomie. Na finiszu wchodzi kwaskowatość kawowa, delikatna owsianka i prażony jęczmień. No no, naprawdę przyjemny i wytrawny FES. Nie wyczuwam w nim nic z reklamowanej wędzonki (słód wędzony bukiem), ale może to i lepiej? Po ostatniej wpadce miałem ochotę na dobrze zbalansowanego, wytrawnego i w pewnym sensie prostego stouta. Nie wiem też co chmiele wniosły, bo nie czuję cytrusów czy też żywicy.

----------

Styl: Foreign Extra Stout
Alk: 6,3% Obj.
Ekstrakt: 15% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, owsiany, caramunich, carafa, pale chocolate, brown, wędzony), płatki owsiane, prażony jęczmień, chmiel (Chinook, Cascade), drożdże Fermentis Safale S-04.
Do spożycia: 10.01.2020


Wiecie, że ostatni wpis z cyklu Pijanego Rowerzysty pojawił się w maju... rok temu? Aż sam się zdziwiłem. W sumie to się zastanawiam nad zmianą nazwy, bo mnie chyba googlowe i facebookowe algorytmy zjedzą doszczętnie (zasięgi w sensie).

I co? Zadowoleni jesteście? Bo Wam trochę gorąco było i już trzeba było tak narzekać? Teraz macie... 18°C w lipcu. Bóg Was pokarał i przy okazji też mi się dostało rykoszetem. Lubię ciepło... lubię też jazdę na rowerze w jednej warstwie ubrań. Teraz się tego nie da zrobić...

W dodatku kwasy czy też inne sesyjne piwa nie wchodzą już tak dobrze i człowiek musiał skoczyć do piwnicy po coś mocniejszego. Tak się składa, że miałem ukrytą na półce drugą warkę porteru bałtyckiego z Maryensztadtu. Trochę się o tym piwie naczytałem w tamtym roku i nie powiem, ślinka mi pociekła.



Etykieta ma fajną grafikę, ale nie pasuje mi zbytnio wszystko, co na nią wkleili. Rozumiem, że chcieli się pochwalić medalami itd, ale psuje to mocno ogólny odbiór. W dodatku napisy zrobiłbym mniejsze trochę. Kapsel firmowy, ładnie wygląda z białym tłem. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Beżowa piana zrobiła się dość wysoka, nawet przy spokojnym nalewaniu do tak małego szkła. Trochę szybko zaczęła się redukować, ale pozostawiła po sobie pokaźny kożuch, który zabawnie czepiał się ścianek tworząc pewnego rodzaju krater.


Shieeeet... Tak by zapewne powiedział jeden z moich kumpli wąchając to piwo. Tak w skrócie... ma złe doświadczenia z wędzonymi piwami, a tutaj wędzonki nie brakuje. Przoduje oczywiście wędzona śliwka, w dodatku ta z lepszych. Trochę przypomina kompot świąteczny, mniam. Dalej coś słodkiego, jakiś owoc. Może to być suszona figa, ale pewny nie jestem. W tle ciemne słody, trochę czekolady i co przyjemnie zaskakujące: orzechy laskowe.

Daaamn son, jakie to jest aksamitne i gładkie. Przy tak puszystym i pełnym ciele można się rozmarzyć, nie ma to tamto. Wysycenie niskie, idealnie w punkt przy takiej... piance. Smakowo dość zadziwiające, bo na pierwszym planie (minimalnie, ale zawsze) pojawia się czekolada, taka gęsta, kakaowa i tylko trochę mleczna. Wtopiona w nią jest wędzona śliwka. Gdybym pił kiedyś srunum-prunum to bym pewnie napisał, że podobne... NO ALE dalej czeka w piwnicy w kartoniku. Wróćmy do Gwiazdy Północy, o czym my tutaj... aaa, owoce. Figa jest już o wiele bardziej wyczuwalna i na swój sposób zastępuje te bardziej klasyczne ciemne owoce znane z porterów. Podstawą za to jest ciemne pieczywo z nutą toffi i moooże delikatnym popiołem. Goryczka niska, ale wystarczająco wyczuwalna. W końcu to piwo deserowe, czy też do pociumkania. Na finiszu robi się troszku bardziej popiołowo i wychodzi też lekka kawa zbożowa, taka delikatnie kwaskowata. Całość perfekcyjnie ułożona, co przy takiej różnorodności nie jest łatwe.

----------
Styl: Imperial Smoked Plum and Fig Baltic Porter
Alk: 10,1% Obj.
Ekstrakt: 26% Wag.
IBU: b/d
Skład: słody jęczmienne, wędzone śliwki, suszone figi, chmiel, drożdże.
Data rozlewu: 11.01.2019


Wzięło mnie ostatnio na wspominki. Na początku craftu w Polsce, gdy sam raczkowałem w tym środowisku popijając Ciechana Miodowego, w Łodzi pojawiła się Piwoteka. Już nie pamiętam co to dokładnie było za piwo, ale przy jednym miałem spinę z Markiem, bo chyba ostro je pojechałem. Może to był Ślepy Maks? Za cholerę nie pamiętam...

Do dziś się nie zgadzamy w paru kwestiach (jak np. w temacie lagerów craftowych), ale ogólnie się dogadujemy i szanuję go za wkład, który włożył w piwną rewolucję. Dlaczego o tym sobie przypomniałem? Bo dzisiaj mamy degustację urodzinowego piwa z Piwoteki.



Trochę mi zajęło zanim odczytałem nazwę piwa z etykiety. Średnio mi się podoba takie umiejscowienie wyrazu "urodziny"... już lepiej by całość wyglądała kompletnie bez niego. Kapselek firmowy, z bardzo dobrej jakości nadrukiem warto zaznaczyć. Piwo ma kolor ciemnego złota wchodzącego już trochę w miedź. Jest średnio zmętnione, co nie powinno dziwić po przeczytaniu stylu. Piana z początku wysoka dość szybko ulotniła się ze szkła pozostawiając dość wysoki kożuch.


Oj jak przyjemnie. Oh jak fantastycznie. Nie trzeba specjalnie wkładać nosa do shakera, aby poczuć przyjemny zapaszek jogurciku z owocami. Oczywiście takiego kwaskowatego (czyli w sumie kefiru bardziej). Są maliny i porzeczki, bardzo ładnie grające z kwaskiem. Gdzieś w tle trochę cynamonu i wanilii. Co najlepsze nawet przy ogrzaniu aromat pozostaje tak samo intensywny.

Oho, tutaj to dopiero czuć kwasek. Na początek jednak może coś o ciałku... to jest zaskakująco wysokie jak na sour ale. Mimo tego całość pozostaje orzeźwiająca i pije je się cholernie szybko i z przyjemnością. Nagazowanie takie na granicy wysokiego bym powiedział. Znowu mam mocne skojarzenia z kefirem i kwaśnymi, czerwonymi owocami. Są to głównie porzeczki, maliny i może trochę żurawiny. Całość zamyka przyjemna nuta pszeniczna gdzieś w tle. Na wyróżnienie zasługuje też słodycz laktozowa połączona z cynamonem, która pojawia się co jakiś czas. Niska goryczka wspomagana jest wcześniej wymienionym kwaskiem i według mnie tak właśnie powinno być. Na finiszu kwaśność wzrasta, ale ta bardziej owocowa. Naprawdę przyjemne i wielowymiarowe piwo. Dodatki zagrały jak trza (no może poza migdałami, których w ogóle nie wyczuwam) i nie zakryły reszty. Mogłem sobie zrobić większy zapas na te upały...

----------

Styl: Cinnamon, Vanilla and Almond Milk Sour Ale
Alk: 6% Obj.
Ekstrakt: 16,5% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), płatki owsiane, laktoza, chmiel (Citra, Cascade), drożdże US-05, kwas mlekowy, cynamon, wanilia, migdały.
Do spożycia: 06.02.2020


Na polskiej, jak i zagranicznej scenie craftowej pojawia się wiele trendów. Trochę słabe jest jednak to, że nie potrafimy za bardzo wykreować własnych (no może oprócz popytu na grodziskie parę lat temu). Podobnie jest i tym razem, chociaż chyba w trochę mniejszej skali. Moda na craftowe lagery zaczęła się w tamtym roku i jej, chyba, najbardziej znanym przedstawicielem było piwo Kryształ (teraz, po pewnych prawnych perturbacjach związanych z Perłą po prostu "K"), czyli kooperacja Pinty i browaru Łańcut.

Ludzie rozchwytywali to piwo, blogerzy nazywali je fenomenem, a ja siedziałem sobie wtedy z boku i drapałem się po głowie. Tak samo jak w przypadku Pierwszej Pomocy z Pinty, które swojego czasu chodziło po 8-9zł za butelkę... Odświeżona wersja Kryształu kosztowała w jednym z multitapów bodajże 16zł. Ja rozumiem, że każdy może sobie robić co chce w swoim lokalu, ale to akurat pokazuje skalę odrealnienia społecznego, które nas dosięgnęło. Że tak się zapytam wprost: gdzie tu ku$!% craft? 



Dobra, zajmijmy się samym piwem, bo mnie ten wewnętrzny hejt zje do reszty. Z zewnątrz całość wygląda spoko. Etykieta wzorowana na te starodawne, mocno kojarzące się z "jasnym pełnym" dawnych czasów. Kapselek firmowy, łańcutowy. Piwo mieni się ślicznie złocistym kolorem z zerowym zmętnieniem i ma typową dla lagerów pianę: bielutką i dość wysoką. Opada w średnim tempie przy akompaniamencie sporych bąbli.


No pachnie to... lagerowo. Co prawda tak poprawnie i intensywnie (co nie jest spotykane dość często w koncernowych lagerach), ale nadal... lagerowo. Słodowość na pierwszym planie, jest słodko, ale też nie ulepkowo na szczęście. Wyróżnia się chmiel, co jest wielkim zaskoczeniem. Duża porcja chmielowych ziół i trochę mokrej trawy. Nie powiem, już teraz robi się rześko i przyjemnie.

Zachęcony wziąłem spory łyk i muszę przyznać, że coś we mnie pękło. Kojarzycie tą scenę z Ratatouille z flashbackiem? Tak się poczułem właśnie. Życie stało się prostsze, bez zbędnych udziwnień. Całość chrupka, jak ten wymarzony pils za trzy zyle. Wysycenie średnie do dużego. W smaku słody (takie trochę ciasteczkowe, czy też biszkoptowe) przegryzione sporą dawką chmielu, który pozostaje jednak na drugiej pozycji. Tutaj znowu zioła i dopiero co zroszona trawa, świeżo skoszona. Goryczka nadzwyczaj wyraźna, ale też przyjemnie punktowa. Na finiszu troszku więcej ziół wyczuwam. Całość cholernie orzeźwiająca, z czystym lagerowym profilem, którego ze świeczką można szukać w koncernowych piwach. Tak, zachwyciłem się. Niestety bardzo szybko przypomniałem sobie o cenie i typowym podejściem kopyrowym, jako że craft musi być drogi i szczerze? Odechciało mi się.

----------

Styl: Lager/ Jasne Pełne
Alk: 5,2%
Ekstrakt: 12,5°
IBU: b/d
Skład: słód (premium pilsner, carapils), płatki ryżowe, chmiel (Styrian Cardinal, Styrian Wolf), drożdże dolnej fermentacji.
Do spożycia: 31.01.2020


Parę miesięcy temu piwną Polskę obiegła bardzo smutna wiadomość... minibrowar Haust przestał istnieć. Dla mnie osobiście było to dość druzgocące info, bo między innymi właśnie w jego murach zaczynałem przygodę z piwną rewolucją. Chyba każdy zna ich Citre, a i jakby nie patrzeć to właśnie tam zaczęły się początki browaru Birbant. Co najgorsze zamknięcie Hausta nie miało za dużo wspólnego z piwowarstwem, a bardziej z właścicielami budynku itd.

Rok temu nie zawędrowałem na Wrocławski Festiwal Dobrego Piwa... w sumie to już nawet nie pamiętam dlaczego. Pewnie jak zwykle jakieś zaliczenia miałem na studiach. W tym roku los się do mnie uśmiechnął, bo weekend festiwalowy miałem (jako jedyny w czerwcu) wolny. Masakra nie?

Gorąco, co nie? Ukrop straszny, chociaż na WFDP10 (relacja już w tym tygodniu) sobota wcale się taka ciepła nie zapowiadała. Zacznijmy od tego, że wiało jak cholera i padało chyba do 14:00. Co innego niedziela... No, ale człowiek musiał wracać autem do domu to na stadionie pojawiłem się tylko i wyłącznie w jednym celu: po fanty.

Jednym z nich jest nasz dzisiejszy gość z browaru Szpunt, jakaś premiera w dodatku, czy też nowość po prostu... tak do końca nie jestem pewny. Mogę sobie narzekać na ipy-sripy, ale taką orzeźwiającą nawet ja nie pogardzę w taką pogodę. To co, wychylylybymy?


Etykieta z serii tych mieniących się. Grafika przypomina słońce z pszenicy. Całość na dużym propsie. Osoba, która wpadła na ten pomysł te paręnaście piw temu powinna dostać podwyżkę. Kapsel golas, czekam z niecierpliwością na firmowy. Piwo ma kolor złoty, jasno-pomarańczowy, słoneczny wręcz... muszę dalej wymieniać? Chyba już go sobie w głowie wyobraziliście. Całość ładnie zmętniona. Piana z początku wysoka na dwa palce szybko się ulotniła. Pozostał po niej widoczny na zdjęciu kożuch. 


Już na samym festiwalu, przy dość mocnym wietrze, pachniało mi to cholernie intensywnie. W ogródkowym zaciszu jest jeszcze lepiej (tak, dzisiaj sąsiedzi nie mają imprezy, poniedziałek w końcu). Z pięści w nos dostajemy od cytrusów (rześki miks grapefruita i odrobiny limonki), brzoskwini, moreli i może odrobiny nafty. Troszku granata się nawet znajdzie gdzieś w tle. Jest też trochę pszenicy, ale to tak mocno w domyśle momentami.

Niestety już na samym początku pojawił się pewien problem jeżeli chodzi o picie Sunspota na świeżym powietrzu... Boziu jak to dobrze wchodzi przy tej temperaturze i full blast słońcu. Gdzieś prawie w połowie shakera ocknąłem się, przecież muszę to jakoś opisać! Ciałko? Bajka. Jest rześko i orzeźwiająco, a to ma przecież 15° Plato. Czuć też efekt płatków pszennych, jest bowiem taka pewna doza jedwabistości na języku. Wysycenie średnie do wysokiego. Smakowo znowu tropiki i cytrusy głównie. Grapefruit z pomelo, mango, brzoskwinka i trochę nafty. Całość na już trochę wyraźniejszej  (niż w aromacie) podbudowie chlebowej. Goryczka taka se, tak na dobrą sprawę chyba jedyny (mały) minus tego piwa. Delikatnie żywiczna, ale też zdecydowanie za krótka. Na finiszu dominują albedowe nuty, głównie grapefruita, połączone z pszenicą i odrobiną limonki. Nic mi się nie chce teraz... poleżałbym sobie na plaży z najnowszym piwem  szpuntowym w ręce jakieś... najlepiej dwa tygodnie.

----------

Styl: Wheat India Pale Ale
Alk: 6% Obj.
Ekstrakt: 15°
IBU: "niska"
Skład: słody, chmiel, płatki pszenne, drożdże.
Do spożycia: 04.06.2020


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com