Śledź mnie na:

Rzygać mi się chcę jak widzę te wszystkie reklamy na Dzień Św. Patryka. Zielone piwo... które na 99,9% ma w sobie barwnik to jeden z największych kiczów w świecie piwnym. Niestety ta moda wchodzi też do craftu, niektóre browary rzemieślnicze i regionalne powinny się wstydzić za swoje posty na fejsie podczas tego weekendu...

Pewnie chcielibyście powiedzieć "weź to olej ziom", ale jakoś tak nie potrafię... Może dlatego, że to dzień moich imienin? Kto wie. A może dlatego, że zawsze gdy sobie przypomnę o Lubuskim Zielonym to mam dreszcze? Brrr. Olałem zatem całe to zło i po powrocie do domu w niedzielę usiadłem sobie na spokojnie z... Wilkiem. I to nie takim zwyczajnym, który biega sobie po lesie w mojej okolicy i straszy rowerzystów, o nie. Z takim specjalnym z dodatkiem kory z drzewa Umburana. Czy będzie to udany debiut tego browaru na blogu? Sprawdźmy.


Buteleczka prezentuje się wyśmienicie, od razu zwróciłem na nią uwagę w sklepie. Z jednej strony proste tło z głową wilka (logo browaru), a z drugiej ręczna grafika od której nie można oderwać wzroku. Piwo czarne, nieprzejrzyste. Piana średniej wielkości, tak samo dziurawa tu i tam. Żywot miała średnio długi.


Rzeczywiście jest to trochę podobne do tonki, ale da się je obie spokojnie rozróżnić (a przynajmniej tak mi się wydaję). Jest marcepan, ale dodatkowo wspomagany szczyptą cynamonu i orzechów. Najbliżej im do migdałów chyba. Naprawdę ładny aromat, szkoda tylko, że nie jest jakoś szczególnie intensywny.

Pierwszy łyk wziął mnie trochę z zaskoczenia. Szybkie spojrzenie na butelkę jednak i już jest ok. Jak zwykle przy imperialnych stoutach założyłem, że ma minimum 24 ekstraktu. Tutaj jest lekko ponad 20 i właśnie takie odczucie w ustach pozostawia to piwo. Niby już trochę ciałko czuć, ale bez przesady. Wysycenie średnie, pasujące do całości. W smaku wszystko układa się trochę inaczej niż w aromacie. Na pierwszym planie czekoladowa podstawa, gorzka i delikatnie posypana zmielonymi ziarnami kawy. Potem pojawia się jakiś ciemny owoc, lekko kwaskowaty. Chyba czarna porzeczka jeżeli mnie kubki smakowe nie mylą. Zadziwiająco dobrze pasują do tej czekolady. Dalej marcepan, już tak trochę przygaszony i w końcu goryczka. Bardzo krótka, ale wyraźna. Finisz jeszcze bardziej kwaskowaty (ale nadal w granicach normy), ale też taki... drzewny na swój sposób. W trakcie ogrzewania się piwa owa korowość i porzeczki zyskują na sile. Alkohol ukryty perfekcyjnie. Ciekawy stout, naprawdę. W końcu ta kora z drzewa Umburana to nieznany dodatek jeżeli chodzi o nasz polski crafcik i ma do czego go porównać. Na pewno wnosi ciekawsze smaczki do piwa niż kolejne zachmielenie amerykańskim zielskiem. Jedyne do czego mógłbym się przyczepić to ciałko, na pewno lepszy byłby z deczka wyższy ekstrakt.

----------

Styl: Imperial Stout
Alk: 8,9% Obj.
Ekstrakt: 20,5° BLG
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienne, karmelowe, czekoladowe), kora drzewa Umburana, chmiel Iunga, drożdże US-05.
Do spożycia: 30.05.2021


Tak się akurat złożyło, że w lodówce mam 3 (były 4) piwa bezalkoholowe/niskoalkoholowe. Chciałem je zabrać w drogę i gdzieś na mieście zdegustować, ale od paru dni nie mam nawet jak... Dlatego zrobimy to na raty, dzisiaj w szranki staną dwa browary regionalne: Fortuna i Witnica.

Z każdym dniem zaczynam bardziej rozumieć dlaczego Pinta chce wybudować mikrobrowar głównie pod leżakowanie piw w beczkach. Spójrzcie na przykład browaru Profesja. Swojego RiSa wlali aż do 6 różnych beczek... Pojmujecie rozmach? To jest jedno konkretne piwo rozlane do takiej ilości drewna.

Dziś sprawdzimy sobie Cara z beczki po single malcie ze szkockiej wyspy Jura. Jeżeli dobrze pamiętam nie piłem wersji podstawowej, dlatego nie mam tej leżakowanej do czego porównać. Słyszałem tylko, że była wyraźnie czekoladowa. Jeżeli takie gorzkie kakao rywalizowałoby z beczką mogłoby być ciekawie...



Najpierw jednak przyjrzyjmy się butelce, bo jak zawsze z tym browarem jest na co popatrzeć. Car-krasnal na tronie wygląda mocarnie i trochę zwiastuje to co będziemy niedługo pić. Kapsel firmowy, ale jak to już wiele razy zaznaczałem za dużo na nim tekstu. Piwo czarne, nieprzejrzyste, jak smoła dosłownie. Kompletny brak piany może zawieść parę osób, ale przy takich parametrach jest to wybaczalne.


Nie muszę brać pierwszego łyku aby wiedzieć, że łatwo nie będzie. Car najwyraźniej nie bierze jeńców, jego zapach nie pozostawia co do tego złudzeń. Przez krótką chwilę czuć gorzką czekoladę, ale bardzo szybko wodze przejmują ciemne owoce i mocno związany z nimi alkohol. Stawiam na beczkę po whisky, bo wyraźnie czuć jeszcze drewno i wanilię w tle. Sam alkohol niebezpiecznie lawiruje na granicy szlachetności (jeżeli można tak w ogóle napisać o rudej). Zdarzy mu się być czasami nieprzyjemnie gryzącym, ale przy tak intensywnych doznaniach ujdzie to w tłoku.

No no... teraz to się trochę boję tego piwa. Zaczynam rozumieć dlaczego browar nazwał je właśnie tak. Do Cara trzeba podejść z ostrożnością i małymi, powolnymi kro... łyczkami. Już pominę fakt, że ciało cholernie wprowadza w błąd, bo piwo nie jest jakoś szczególnie zapychające. W ślepym teście dałbym mu max 22° ekstraktu. Od samego początku jednak czuć moc w smaku, i to taką podwójną. Z jednej strony mamy mega beczkę, likier wiśniowy (taki nad wyraz potężny, nawet jak na RiSa) i bardzo wyraźną wanilię. Oczywiście tą część otacza złowieszczo alkohol, identyczny jak w aromacie. Z drugiej strony stoi niewzruszona, gorzka czekolada wspomagana kawą. Ta druga chyba nie za bardzo chce się wychylać, bo sama boi się, że dostanie w łeb od czekolady. Obie strony konfliktu wyglądają jak wyciągnięte z finału jakiejś japońskiej gry lub anime (dobrze wiecie o co mi chodzi: milion zbliżeń na oczy, klimat jak przy końcu świata itd). Przez to wszystko nie mogę się zdecydować czy całość jest bardziej słodka czy gorzka. Goryczka za to na bardzo niskim poziomie. Na finiszu czekolada przejmuje po części pałeczkę, bo alkohol i beczka pozostają. Jak się ogrzeje to nawet taki suchy kakaowy posmak w ustach zostaje. Zadziwiające, fascynujące, ale też trochę straszne. Istna wojna smaków, każdy próbuje się pijącemu dobrać do gardła i to szponami. Jestem pewien, że jak ktoś nie przysiądzie do Cara z większą ilością wolnego czasu (i co najważniejsze pociągnie długie, obfite łyki) może się zrazić i stwierdzić, że to "zwyczajnie wali bimbrem" i tyle. Dajcie mu czas i pijcie w spokoju.

----------

Styl: Russian Imperial Stout Jura Whisky Barrel Aged
Alk: 14% Obj.
Ekstrakt: 28°
IBU: 1,5/5
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), płatki owsiane, chmiel, drożdże (Scottish Ale).
Do spożycia: 31.12.2020


Nasycenie piwa "butelkowego" azotem (nie mylić z azotowaniem) nie jest czymś powszechnym, szczególnie na naszym rynku. Owszem mamy Guinnessa w puszce, którego nalewa się, dosłownie, w pionie, ale poza tym nikt się za to u nas nie wziął... do teraz. Browar Stu Mostów wyskoczył jak Filip z konopi ze swoją najnowszą serią piw. Dziś sprawdzimy sobie wersję najbardziej podstawową, bez dodatków itp.

Gdzieś z tyłu głowy człowiek ma takie dziwne przekonanie, że to nie mogło się udać. To Guinnessa działka była, zawsze. Czy browarowi z Wrocławia uda się uzyskać chociaż trochę podobny efekt? Zobaczymy. Ja się cieszę, że znowu zawitali na bloga, bo dawno ich tutaj nie było.



Jak zazwyczaj nie miałem problemu z wrocławskimi etykietami tak tutaj już mi się coś nie podoba. Przy tak małej butelce mnogość tekstu przeszkadza... Mogliby bardziej wyeksponować grafikę wektorową. Kapsel firmowy zawsze na propsie. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Piana, mimo nalewania w pionie, urosła do bardzo skąpych paru milimetrów. Przypominała trochę tą z Guinnessa, ale bardziej na zasadzie młodszego i trochę podupadłego na zdrowiu brata. Dość szybko też znikła ze szkła.


Przesadziłem z chłodzeniem... trzeba poczekać aż się skubany ogrzeje. Gdy już damy mu chwilkę odsapnąć dostajemy średnio intensywne zapaszki czekolady mlecznej, zbożowej kawy, karmelu i moooże delikatnego sosu sojowego. Kawa jest dość specyficzna, bo przypomina bardziej taką iście domową. Nie mogę się zdecydować, czy aromat jest słodki, czy może bardziej palony...

Okej... tutaj już czuć nasycenie azotem. Tekstura piwa jest cholernie gęsta (w końcu to monstrum ma 30 % ekstraktu), ale zarazem taka... puchowa, aksamitna, no jak zwał tak zwał. Dodatkowo przy tak niskim wysyceniu człowiek się nie musi zbytnio wysilać, aby to poczuć. W smaku już tak spokojnie nie jest, co trochę kłóci mi się z tym ciałem. No bo wyraźnie czuć mleczną czekoladę (przy braku laktozy) i wspomagające ją nuty karmelowe. Jest też kawa, która w tym przypadku jest mocno neutralna. Znowu pojawiają się skojarzenia z taką lekką kawą, zaparzoną w domu. Zaraz za nią czai się jednak coś kompletnie innego. To miks gorzkiego kakao, palonych słodów i orzechów. Te ostatnie odnalazły się wręcz idealnie w tej całej sytuacji. Goryczka minimalna. Przechodzi się praktycznie od razu do finiszu, który jest niczym innym jak paloną czekoladą półsłodką. Tak, wiem że takiego czegoś nie ma, ale uwierzcie mi, że w tym piwie akurat jest. Całość tworzy mega wybuchową mieszankę, poszukiwacze wyraźnych jak cholera RiSów będą bardzo zadowoleni.

----------

Styl: Nitro Imperial Stout
Alk: 11% Obj.
Ekstrakt: 30% Wag.
IBU: b/d 
Skład: słód (jęczmienne, czekoladowy, pszeniczny), chmiel, drożdże.
Do spożycia: 28.09.2021


No no... powiem Wam, że ostatnie dni nie zawiodły jeżeli chodzi o piwne newsy. Aferki też się oczywiście pojawiły, bo jak to mawiają "tydzień bez inby tygodniem straconym". Przejdźmy więc szybciutko do mięsa...

No i znowu mamy piwo, które na sto procent podzieliło parę osób. Oto browar Deer Bear, nazywany przez niektórych polskim Omnipollo, wprowadza na rynek kolejne piwo z aromatami (tak na 90%) nie wspominając o nich nawet na kontrze. Ja nie wiem... browary rzemieślnicze (szczególnie takie jak Deer Bear) powinny już zrozumieć, że ich piwa piją ludzie, którzy akceptują takie eksperymenty...

Ale nie, najlepiej ukrywać się z tym jak gimbaza, która przemyciła Leszka w puszce do kina. Sam nawet nie wiem dlaczego aż tak mnie to denerwuje. Może dlatego, że polski craft nadal nie potrafi się zdecydować na to, jaki chce być i stara się za wszelką cenę być choć po części poprawny politycznie? Ekhem... wracając do piwa.



Deer Bear uwielbia swoje kreskówkowe etykiety, to im trzeba przyznać. Nie ma się co dziwić, bo są naprawdę spoko. Pojawia się jednak wcześniej wymieniony już problem... brak składu, jakiegokolwiek. Wolnoć Tomku w swoim domku jak to mówią, ale nie o takie crafty nic nie robiłem. Kapsel firmowy za to, bardzo ładny. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Już podczas nalewania widać, że do wodnistych nie należy. Ma dość wysoką pianę, która trzyma się dzielnie. Opadając pozostawia ładny lacing na szkle.


Deer Bear umie w zapaszki, to piwo po raz kolejny to potwierdza. To już nie jest zwyczajne wąchanie, a bardziej zanurzenie nosa w rzece aromatów. Na intensywnej czekoladzie (powiedzmy, że mlecznej) góra orzechów pokrytych delikatnie wanilią. W sumie to mam dość wyraźne skojarzenia z nutellą... albo nie, bardziej z jakimiś pralinami orzechowymi. Te takie w złotku... ferero roszee czy jakoś tak. W tle kokosik, jakby Wam za mało przyjemnych doznań było.

Dlaczego mam tylko jedną butelkę? Jak to mawiał wieszcz youtubowy: ku... dlaczego?! Nut Cake jest wręcz idealnie gęsty i oblepiający z takim przyjemnym odczuciem à la kogel-mogel. Wysycenie niskie. W smaku trochę inna postać czekolady. Już nie jest tak wyraźnie mleczna, aczkolwiek dalej pozostaje bardziej słodka niżeli gorzka. Fajnie łączy się z nią  kawa, która w tym przypadku gra rolę dopełniającą. Są też orzechy, z naciskiem na migdały i kokos. Wszystko ślicznie dopasowane i zgrane ze sobą. Jak pieczone żeberka premium od Zyguły w sosie miodowym. Goryczka zaskakująco wyraźna, bardzo dobrze kontruje słodycz piwa. Taka delikatnie palona, szybka i efektywna. Na finiszu zdecydowanie wytrawniej, co zadziwia przy mocno słodkim profilu piwa. Głównie kawa zbożowa, kokos i wanilia. Podsumowując krótko i zwięźle... Ferrero Rocher (tak, wiem jak to się pisze) w płynie, i to z idealnie ukrytym alkoholem.

----------

Styl: Imperial Stout
Alk: 10% Obj.
Ekstrakt: 24°
IBU: b/d
Skład: zawiera słód jęczmienny (serio?)
Do spożycia: 15.12.2020


Znowu zaczynam się bawić kolorkami w zdjęciach. Mam nadzieję, że przypadną Wam do gustu. Jak się pewnie wielu z Was domyśla przestałem robić foty komórką i wróciłem do mojego ukochanego systemu bezlusterkowego. Oczywiście nadal uważam, że flagowcem można robić zdjęcia lepsze niż 80% polskiej blogosfery, ale mój artyzm wymagał ode mnie jednak czegoś lepszego.

Zostałem przy Sonym, jakoś chyba bym się nie polubił z Olympusem tak jak Michał K, który swoją drogą wrócił do blogowania (dzięki Bogu). My dzisiaj jednak nie o tym mieliśmy... Piwojad postanowił wrzucić jedno ze swoich najbardziej zaskakujących piw do beczek po winie Tempranillo. Średnio lubię takie winne połączenia, ale ostatnimi czasy zaczynam się powoli przekonywać.


Browar wchodzi w nową erę jeżeli chodzi o etykiety. Dalej będą one przeźroczyste, ale właściciele obiecują większe... zróżnicowanie graficzne. Widać to na zdjęciach powyżej. Specyficzna kreska przypomina mi trochę stare bajki typu Krecik czy też Przygody Rumcajsa. Brakuje tylko piwojada na kapslu i byłby naprawdę spoko image. Piwo jest czarne, jak wyngiel panie. Piana skąpa i szybko redukująca się do obrączki.


Miłe zaskoczenie w aromacie. Nie ma tutaj wyłącznie dominującego wina (chociaż też nie można powiedzieć, że go brakuje). Przebijają się bowiem ciemne owoce, czysta wiśnia jest w tym towarzystwie chyba najwyraźniejsza. Potem to już konkretne winogrono i tytułowa Suska wędzona. Po ogrzaniu wychodzi też trochę czekolady gdzieś w tle. Szkoda, że zapaszki nie chcą się utrzymać i całość dość szybko się ulatnia.

W życiu bym nie powiedział, że mam do czynienia z porterem angielskim (i co za tym idzie z tak niskim ekstraktem). Całość kręci się bardziej w okolicach 22° Plato, a przynajmniej takie sprawia wrażenie. Fajnie wypełnia przełyk, ale jedno mi do tego obrazka nie pasuje: wysycenie. Za duże jest, a przynajmniej według waszego uniżonego. W smaku za to mocno zaskakuje, nie byłem tak do końca przygotowany na to co zastałem w szkle... No, bo czuć gorzką czekoladę, trochę opiekanych orzechów i ogólne nuty palonego zboża. Sęk w tym, że całość przykrywa dość namiętnie grupa Tempranillo, czyli miks bardzo specyficznych owoców. Nie są to te znane nam ze zwykłych porterów powidła. Owszem są wiśnie i śliwki, ale otacza je iście winna (winogronowa) aura, która wywyższa je na swój sposób. Na papierze bym tym wzgardził, ale przy każdym kolejnym łyku coraz bardziej mi się to podoba. Szczególnie, że piwo (jak i skojarzenia z winem) okazały się być bardziej po tej wytrawnej stronie. Goryczka za to niska. To już bardziej wykręca gębę ciekawa cierpkość taninowa. Ta kumuluje się głównie na finiszu wraz winogronem i wanilią. To tutaj też czuć najbardziej drewniane nuty od beczki. Aaa i jeszcze jedno. Po ogrzaniu wchodzi delikatna wędzoność od śliwki, która już kompletnie mnie rozbroiła w połączeniu z resztą. Bardzo dziwaczne piwo, coś innego, do spróbowania i obgadania w towarzystwie. Na pewno nie przypadnie każdemu do gustu, mi akurat podeszło. 

----------

Styl: Robust Brown Porter BA
Alk: 6,4% Obj.
Ekstrakt: 16°
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienne, pszeniczny, jęczmień palony), płatki owsiane, śliwka wędzona, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 04.2020


Pamiętacie jeszcze Brodacza Miesięcznego? Ja pamiętam... trochę brakuje mi tego cyklu. Mógł się człowiek wyżalić i trochę pośmiać z głupoty ludzkiej. Oczywiście były też w nim pozytywne newsy, ale jakoś woleliście czytać o tych negatywnych o dziwo. Cykl "Szorty" miał go zastąpić, ale w tym  akurat przypadku nie chciało mi się pisać krótkich tekstów... i tak źle, i tak niedobrze.

Ja nie wiem co to się ostatnio wyprawia... Od ponad miesiąca nie miałem wolnego weekendu, bo albo tyrlandia, albo uczelnia. I tak, gdy nadeszła w końcu ta upragniona wolna sobota człowiek nawet nie zdążył się nią zachłysnąć. Tak szybko przeleciała, o niedzieli nie wspominając. Zaraz dojdzie do tego, że wolne weekendy będę traktował jak upragniony urlop... no jeszcze czego.

Ryżowa IPA z Browaru Zakładowego zdawała mi się być idealnym wyborem przed weekendem. No bo po co zaczynać od jakichś zapychających i ciężkich RiSów, skoro za oknem pogoda robi się iście wiosenna? Dlatego tropiki będą lepszą opcją, na pewno.



Chłopaki mają chyba jedne z najbardziej rozpoznawalnych etykiet w kraju. Według mnie są piękne, sam pomysł na każdą jak i kreska bardzo przypadły mi do gustu. Nawet jakość papieru poszła w górę. Z tego co pamiętam pierwsze butelki źle reagowały na wodę. Samo piwo ma barwę zbliżoną do złota, może delikatnie ciemniejszą. Jest też widocznie zamglone. Piana niska, dziurawa, ale za to chwyta się ścianek desperacko. Znika całkowicie po chwili.


Gdyby tak zaczynał się każdy urlop... świat byłby piękniejszy. Całość aż kipi orzeźwieniem i tropikami. Najbardziej wyróżnia się ananas, potem wchodzi mango. Na każdym kroku czuć ich intensywny miąższ. Trzeba się trochę namęczyć, aby przez nie przebrnąć, ale zaraz za nimi czają się też cytrusy (głównie zest z limonki). No ładnie panie, ładnie...

Pierwszy łyk trochę mnie... zdziwił. Po takim aromacie spodziewałem się trochę mniej cielistego piwa, a Wniosek Urlopowy okazał się być pełnoprawną szesnastką. Nic w tym złego nie ma oczywiście. Szczególnie, że wysycenie nadrabia (takie średnio-wysokie jest). Smakowo też zaskakuje. Po pierwsze primo: nie jest za słodkie, a trochę się tego spodziewałem po tak soczystych owocach. Owszem nadal są one dominujące (tutaj już bardziej mango, pomarańcza, grapefruit i dopiero potem ananas), ale całość ma też takie dość mocne skórkowo-albedowe zacięcie. Jako podstawę mamy pszenicę delikatnie polaną karmelem. Po drugie primo: goryczka. Wyraźna, grapefruitowa, delikatnie zalegająca. Finisz trochę pustawy, głównie cytrusy z nutą albedo po grapefruicie. Ogólnie przyjemnie, naprawdę tropikalne, ale też trochę zagubione IPA. Ryżowe piwa zawsze kojarzyły mi się z rześkością i lekkością, nawet te z dość wysokim ekstraktem. Tutaj tego tak do końca nie ma niestety.

----------

Styl: Tropikalne Ryżowe IPA
Alk: 6,6% Obj.
Ekstrakt: 16% Wag.
IBU: ~52
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), płatki ryżowe, mango, ananas, skórki owoców cytrusowych, chmiel (Citra, Mosaic), drożdże US05.
Do spożycia: 17.03.2019


Coś mnie się pomyliło... przecież to nie Isidoro wygrał ankietę na FB... Nieważne, będę musiał opisać oba piwa. I tak miałem zamiar zabrać się za premierowego bałtyka z browaru Bednary, bo chłopaki obchodzili teraz 5 urodziny. Tak swoją drogą owa "piątka" to jakaś magiczna liczba, Birbant  też powstał w tym samym roku.

Browar Bednary kojarzy mi się głównie z działką (której już nie posiadam). To tam wypiłem najwięcej ich piw uprawiając całe 3 m² Sybilli. Często zabierałem ich też w podróż rowerem... kurde, tak na marginesie zaniedbałem trochę tą część bloga. Trzeba wrócić do starych nawyków, ale my dzisiaj nie o tym mieliśmy...


Etykieta nawiązuje do (jak to określają źródła wysłane przez sam browar) najbardziej znanego pirata pochodzenia polskiego, Izydora Borowskiego. Ogólnie jest spoko nawet, ale sam styl, czy jak kto woli pociągnięcie kreski kojarzy mi się bardziej z Japonią. Piwo jest ciemnobrązowe, chociaż jak się je naleje do dość szerokiego szkła to takowych prześwitów nie widać. Piana dość niska, średniopęcherzykowa i krótko utrzymująca się.


Oho, dawno już takiego aromatu w porterze nie uświadczyłem. Dominują opiekane tosty i lukrecja. W tle nuty orzechowe i bardzo delikatny karmel. Coś mi to przypomina, jakieś piwo z dawnych lat, ale za cholerę sobie nie mogę przypomnieć które. Jakieś takie przyjemne proste, domowe wibracje mam wąchając Isidora... (tak, zdaję sobie sprawę jak to zabrzmiało). Szkoda tylko, że całość jest bardzo ulotna i po chwili ciężko jest cokolwiek wyczuć. 

Teksturę ma to bardzo fajną. Jest wyczuwalne ciałko, bardzo gładkie, ale też jakoś nieszczególnie oblepiające. Wysycenie niskie, przyjemne. W smaku... to samo odczucie co w aromacie. Ułożona prostota, którą zwyczajnie chce się pić. Jest słodowo. Opiekane pieczywo i lukrecja na pierwszym planie, a zaraz za nimi karmel wspierany orzechowymi nutami. Zero owoców, żadnych śliwek czy rodzynek. Zaskakujące jest to muszę przyznać, ale najwyraźniej tak też można. Goryczka średnia o bliżej nieokreślonym profilu. Finisz robi się dość wytrawny. Palone słody przychodzą pierwsze na myśl, ale momentami też i kawa zbożowa. Jak dla mnie dziwną, ale też w miarę pozytywnie zaskakującą rzeczą w tym piwie jest brak owocowej słodyczy, z którą większość osób kojarzy portery. A tak... to przyjemny, rozgrzewający i taki "codzienny" (na swój sposób) ciemniak.

----------

Styl: Porter Bałtycki
Alk: 7,9% Obj.
Ekstrakt: 22 Blg.
IBU: b/d
Skład: słód (wiedeński, monachijski, pilzneński, pale ale, golden ale, dekstrynowy, barwiący, pszeniczny), chmiel Marynka, drożdże W34/70.
Do spożycia: 10.07.2019


Holenderski browar De Molen jest w pewnym sensie taką moją grzeszną przyjemnością. Jak mam ochotę na coś naprawdę odlotowego to szukam piwa (zazwyczaj ciemnego) z ich oferty. Poprzedzam to oczywiście sprawdzeniem opinii na necie, bo nie mam wtedy za bardzo ochoty na porażkę degustacyjną.

Different and Unusual stał sobie samotnie na półce i szybkie wejście na RB potwierdziło moje przypuszczenia. Z takim składem nie może być źle. Zastanawiało mnie tylko jedno: czy owoce nie będą przesadnie dominować, ale wcześniejsze doświadczenia z tym browarem sugerowały mi, że raczej nie dojdzie do tego. Swoją drogą nie wiem czy tylko mi się tak wydaje, ale chyba ich butelki staniały ostatnio na naszym rynku.



Opisywać etykiety nie będziemy, bo nie ma co. Każdy rozpozna ich prosty "design", jeśli można go tak w ogóle nazwać. Kapsel firmowy, jak na ich pozycje w świecie piwnym przystało. Piwo już przy nalewaniu okazało się być mega gęste, a piana wysoka i ładnie zbita. Czarne jak węgiel, nieprzejrzyste. Piana brązowa, jedna z najciemniejszych jakie widziałem.


Aha, to jedno z TYCH piw. Z początku, nawet zaraz po otwarciu butelki, aromat jakoś nieszczególnie powalał intensywnością. Dopiero po ogrzaniu wychodzi charakterek. Z początku zdaje się być słodki, owocowy. Głównie czereśnie na mój nos, do tego trochę wanilii (dziwne, bo w składzie tak naprawdę są wiśnie). Bardzo szybko jednak dostaje człowiek z buta w twarz. Owy but to nic innego jak gorzka i cholernie wyraźna czekolada. Po jeszcze mocniejszym ogrzaniu wychodzą nawet przypiekane orzechy. Mmm...

Czy po takim kopniaku można się podnieść? Owszem, szczególnie jeśli pomaga Ci w tym przewyśmienitowspaniałe ciałko (tak znowu tworze własne słownictwo). Tak "grubego", gęstego i oblepiającego usta piwa nie piłem już od ładnych paru miesięcy. Do tego niskie wysycenie, trafione w punkt. W smaku... goddamn, od czego by tu... Może od wszechobecnej czekolady, gorzkawej, delikatnie muśniętej wanilią? Albo od kawy zbożowej, która wręcz idealnie komplementuje poprzedniczkę? Możemy też zacząć od posypki z popiołu, który dodaje odrobinę cierpkości. Pewnie się Wam wydaje, że przez to wszystko piwo będzie mega wytrawne? O co to to nie. Słodycz owocowa bardzo fajnie kontruje gorzką czekoladę, tutaj na czele już typowe wiśnie zatopione delikatnie w alkoholu. Nie ukrywam, że skojarzenia z winem będą tu jak najbardziej na miejscu. Co najśmieszniejsze da się też czasami wyczuć nuty cytrusowe (ale to tak na pograniczu autosugestii). Dopiero później wyczytałem, że to prawdopodobnie od chmielu Apollo. Goryczka średnia, momentami nawet niska. Profil ma lekko palony. Przechodzi to odczucie na finisz, bo tam pozostaje już tylko gorzka czekolada i popiół, który delikatnie zalega. Piękne jest to, że piwo jest cholernie dobrze ułożone i zgrane. Wszystko zdaje się do siebie pasować. Bardzo wyraźny, imperialny stout z (jak sama nazwa wskazuje) czymś innym w postaci wiśni.

----------

Styl: Imperial Stout'ish
Alk: 10,4%
Ekstrakt: 23,9°
IBU: b/d
Skład: słód (monachijski, mild, palony, czekoladowy, pils, karmelowy), płatki owsiane, chmiel Apollo, drewno cedrowe, wiśnie, drożdże.
Do spożycia: 12.03.2028


Pisałem Wam ostatnio o małym detoksie. Sam w to za bardzo nie wierzyłem... ale pomogło. Znowu mogę pić ciemne piwa bez jakiegokolwiek zmęczenia. Dodatkowo nie daliście mi wyboru w ostatniej ankiecie. Boris wygrał zdecydowanie z nitro stoutem od Stu Mostów, co mnie osobiście zdziwiło. 

Długo czekałem na to piwo, tak samo z resztą jak na ich portera. Browar nie chciał wypuszczać obu przedwcześnie, bo po testach cały czas wychodziło, że muszą jeszcze poleżeć w tanku. Risy-srisy i portery-srery tak mają niestety. Większe browary mogą sobie na to pozwolić, ale te mniejsze mają już problem. Szczególnie jak ma się np. 4 tanki leżakowe...


Naprawdę spoko etykiety robi agencja Flov dla mojego rodzimego browaru. Grafika na Borisie nawiązuje do nazwy w najbardziej możliwy sposób, ale mi się to akurat bardzo podoba. Chłopaki (i Marta) muszą jeszcze tylko zainwestować w firmowy kapsel (koniecznie z samym logo). Trochę lipa, że nie podają jednak całego składu. Samo piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Przy nalewaniu było widać delikatne, brązowe przebłyski. Piana wysoka, drobnopęcherzykowa. Dość szybko się zredukowała do pokaźnego kożucha, który został już prawie do końca.


Tak... przypadnie mi do gustu to piwo. Już w aromacie czuć, że całość jest bardziej palona niżeli owocowa. Ciemne słody, dość mocna kawa i gorzka czekolada w tle. Czasami wychylają się też rodzynki czy też winogron (tutaj bardzo luźne skojarzenia z winem), ale to tak chyba tylko po to, aby całość doszczętnie nie spaliła nam nosa. Po ogrzaniu wychodzi też alkohol, ale w granicach rozsądku. Niestety gdzieś w połowie butelki zapaszki mocno podupadają na intensywności.

Ok, Boris nie należy do mocarzy jeżeli chodzi ciało. Dziwne trochę, bo ekstraktu mu nie brakuje. Oczywiście nie oznacza to, że jest wodnisty. Po prostu po RiSie spodziewałem się trochę więcej ciałka. Wysycenie dość niskie, ratuje sytuacje w pewien sposób. Warto też dać mu się ogrzać, fajnie oblepia język wtedy. Smakowo mała powtórka z rozrywki. Palone słody, momentami nawet trochę popiołu się pojawia. Gorzka czekolada wyprzedza tym razem ziarna kawy (i delikatną kwaskowatość z nią z nimi związaną). W tle nuty owocowe, ale już bez tych winnych. Goryczka dobrze zaznaczona, palona. Finisz... ociepierniczę. Tego się nie spodziewałem. Jak nagły atak spawacza dopadł mnie mocarny miks gorzkiego kakao z e(k)spresso. I ta zalegająca spalenizna kawowa po każdym łyku... o takie fetysze nic nie robiłem, mówię Wam. Alkohol też lepiej schowany niż w aromacie. Dobre piwo, naprawdę. Jest pare niedociągnięć (ciałko), ale całościowo Boris potrafi pozytywnie zaskoczyć. Do pociumkania przy kominku jak najbardziej się nadaje.

----------

Styl: Russian Imperial Stout
Alk: 9,5% Obj.
Ekstrakt: 24°
IBU: 6/12
Skład: słód (jęczmienny, pale ale, palone), płatki owsiane, chmiele, drożdże.
Do spożycia: 31.06.2020


Wypalenie stylowe to znana przypadłość w świecie piwnym. Dzieje się to wtedy, gdy jegomość pijący crafty uczepi się jednego, macierzystego stylu i pije go praktycznie cały czas. Wielu z nas ma tak gdy temperatura za oknem spada poniżej zera. Sam sięgam wtedy głównie po RiSy i portery. W końcu kubki smakowe mówią "hola hola!" i zaczynają się buntować. Wtedy trzeba przepłukać je zgoła odmiennym stylem. Czy zmyśliłem to sobie teraz? No gdzie, skąd.

Swój "odwykowy" napój wybrałem z rozsądkiem. Poczytałem trochę na necie i wyszło mi, że z dostępnych teraz piw to właśnie podwójna IPA z Trzech Kumpli będzie najbardziej kontrastowym trunkiem do tych pitych przeze mnie wcześniej. W sklepie mieli jeszcze sesyjną wersję, ale ja potrzebuję ostrego kopniaka.



Etykieta w stylu browaru. Ot wzorki wzoreczki, które niby nic nie znaczą, ale za to tworzą całkiem przyjemną dla oka całość. Trochę jednak dbałość o szczegóły została olana jeżeli chodzi o sam tekst. Błąd na kontrze mówi nam aby "spróbować też pierwszego piwa z serii... Taura"? Yyy, to to, które właśnie pijemy? No i w składzie powtarzają się poszczególne elementy. No nic, kapsel firmowy jest to jest spoko. Piwo złociste, daje po oczach jak słońce w czerwcu. Całość lekko zmętniona. Na początku dość wysoka piana bardzo szybko robi się dziurawa niestety. Kożuch zostaje już jednak do końca picia.


Śpieszcie do sklepów jeśli potrzebujecie mocnego, nowofalowego o(t)rzeźwienia po tych wszystkich RiSach. Wiecie jak to ja, zanim zrobię zdjęcia... to po aromacie nie ma śladu. W tym przypadku tak nie jest. Uderzenie tropików nowozelandzkich jest tak samo mocne na początku, jak i na końcu picia. Na pierwszym planie pomelo elo elo, liczi i morela. Na drugim bardziej pospolite zapaszki w postaci pomarańczy i limonki. Pięknie się one bawią ze sobą. A jak jeszcze doda człowiek do tego czasami wyczuwalne kiwi (nie żartuję teraz) to już w ogóle jest zabawa na całego. 

Przez ten cały soczysty aromat zapomniałem, że to podwójna IPA. Już pierwszy łyk postawił mnie do pionu, bo ciałko jest dość zauważalne. Nie żeby jakoś szczególnie zapychało, jest po prostu odczuwalne bardziej niż w zwykłej IPA (duuuh, w końcu taki styl). Kremowa tekstura, piwo jest na swój sposób puchowe można nawet rzec. Wysycenie średnie, pasuje idealnie. W smaku na pierwszym planie słodkie owoce: liczi, morela, trochę brzoskwini chyba nawet. Kiwi gdzieś znikło, ale limonka pozostała jako przyjemnie wypełniające tło. Do tego delikatne nuty nafty, co mnie akurat nie dziwi i zadowala niezmiernie. Przy każdym kolejnym łyku zadziwia mnie jednak to, jak soczyste jest to piwo... serio serio. Podstawa pszeniczna też robi robotę i nie jest dzięki bogu słodowo-karmelowa. Goryczka średnio intensywna, delikatnie żywiczna. Finisz traci na słodkości, co tylko urozmaica doznania. Nafta się zbroi, tak samo nuty żywiczne. Pozostawiają lekko gorzkawy posmak w ustach. Jak dla mnie bomba, orzeźwiająca i soczysta. Odruchowo chciałem przetrzeć brodę rękawem jak po dobrze nasyconej pomarańczy. 

----------

Styl: NZ Double India Pale Ale
Alk: 6,6% Obj.
Ekstrakt: 18,5% Wag.
IBU: 40
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), chmiel (Wai-iti, Mouteka, Galaxy), płatki (pszenne, owsiane), drożdże.
Do spożycia: 16.07.2019


Kontynuujemy koźlakową serię, oczywiście nadal z bardzo pozytywnym nastawieniem. Dziś sprawdzimy sobie podwójnego bocka. Zadanie na wieczór mamy proste: wypić przyjemnie prostego, ale za to bardzo wyraźnego przedstawiciela mocno słodowej części naszego ulubionego trunku. Czy to się uda?

Pozwolę sobie na pewne wróżenie z fusów twierdząc... że tak. Nie przypominam sobie, abym wypił kiedykolwiek (a przynajmniej na ramach bloga) niedobrego przedstawiciela tego stylu. No i jakby nie patrzeć dodatkowym atutem jest tutaj kooperacja Profesji i Browaru Spółdzielczego



Jakbyście się kiedyś zastanawiali jak by wyglądał krasnolud w stroju nurka to na zdjęciu macie odpowiedź. Nie powiem, uśmiałem się lekko pod nosem. Trochę mnie zasmuciła źle naklejona etykieta, ale równie dobrze mogła do tego doprowadzić wilgoć i mróz w czasie podróży. Kapselek firmowy z krasnalem od środka (zapomniałem fotki zrobić). Piwo ciemne, bursztynowe. Piana skąpa niestety, nawet przy dość burzliwym nalewaniu. Taki do połowy dziurawy kożuch (widoczny poniżej) utrzymywał się za to przez dłuższy okres.


Wprawdzie po koźlaku (nawet takim dubeltowym) nie spodziewam się aromatycznych uniesień tak tutaj brakuje mi trochę intensywności. Poprawia się po ogrzaniu całości, ale też jakoś nieszczególnie mocno. Jest słodowo (duuuh), słodko, ale tutaj górują owoce. Taka trochę śliwka z winogronem zmieszana. Zaraz po nich skórka od chleba, baaardzo delikatnie opieczona. Pół butelki puste i już prawie nic nie czuć, szkoda.

Ooo... i to lubię. Czuć treściwość, tak idealnie w punkt. Ciałko zaznacza swoją obecność tak, jak na doppelbocka przystało. Wysycenie średnie, do niskiego nie daje o sobie zapomnieć (w pozytywnym znaczeniu). W smaku pełnia słodowa atakuje od samego początku. Zdaje się mówić: "Tak, jestem dubeltowym koźlakiem, dlatego dostaniesz obrzynem w twarz". Owoce zeszły trochę na drugi plan, ale ten winogron nadal intryguje. Ich miejsce zajął chlebek, ale o dziwo ledwo co przypieczony. Wolę koźlaki z wyraźniejszą (i ciemniejszą) skórką, ale narzekać nie będę. Goryczka jak igła chirurgiczna, szybka i wyraźna, ale bezbolesna. Wręcz wyjęta z opisu stylu BJCP. Na finiszu pojawia się nutka czekolady, co według mnie dokańcza dzieła zachwytu. Alkohol ukryty perfekcyjnie, w "białych rękawiczkach" byście go nie znaleźli. Co jest zadziwiające to to, że tak na dobrą sprawę nie wyczuwam takiego typowego karmelu. Gdyby nie ten aromat byłby to idealny podwójny koźlak. Mimo tego... cholernie przyjemne piwo muszę przyznać. 

----------

Styl: Doppelbock
Alk: 8,9% Obj.
Ekstrakt: 20°
IBU: 1/5
Skład: słód (pilzneński, monachijski, aromatic, special x, crystal oak, pszeniczny), chmiel (Iunga, Hallertauer Tradition), drożdże German Bock.
Do spożycia: 31.07.2019


Tak wiem, że w sobotę Dzień Porteru Bałtyckiego, ale naprawdę mam ostatnimi czasy dużą ochotę na koźlaczki. Wiecie jak to u nas... browary rzemieślnicze olewają takie klasyczne style, bo czym się taki wąsaty beergeek ma niby w nim podniecać? Odpowiedź jest stosunkowo prosta: tym samym co w dobrze uwarzonym pilsie, czyli prostotą i mega pijalnością.

Tak się jakoś złożyło, że po moich ostatnich narzekaniach na fejsie owe browary zapowiedziały premierowe doppelbocki itp. Browar Zakładowy jest jednym z nich. Dodatkowo dostałem zacne dary losu od Browaru Spółdzielczego, a w nich między innymi wymrażany koźlak. Skupmy się jednak na dzisiejszym trunku.



Butelczyna ozdobiona jajowatą etykietą (w sumie to chyba dawno takich nie widziałem), którą browar Trzech Kumpli używa chyba tylko do klasycznych piw. Ładna, prosta, w fajnych barwach. Minus za brak składu. Plus za firmowy kapsel, który jednak prezentowałby się lepiej bez napisów. Piwo ma przepiękny miedziany kolor i jest przejrzyste. Piana na jeden palec trzymała się całkiem dobrze mniej więcej do połowy szklanki.


Wchodząc w świat koźlaków trzeba pamiętać, że nie należą one do rodziny trunków "urywających dupę" czy też "sztosowych" (no chyba, że jakieś magiczne wymrażanie miało miejsce, ale o tym w innym wpisie). Tak... normalnie zaczyna się nasza przygoda z tym właśnie piwem. Aromat średnio intensywny, słodowy. Karmel plus bardzo delikatnie opieczona skórka od chleba. Z początku wydawało mi się, że czuję też jakieś takie octowe zapaszki, ale po chwili zanikły kompletnie.

Po pierwszym łyku zdziwiłem się lekko, bo ekstrakt mi się za bardzo nie zgadzał. Bock od Trzech Kumpli jest dość lekkim piwem, za lekkim jak na koźlaka według mnie. Wysycenie się za to zgadza, jest na średnim poziomie. W smaku jest o wiele lepiej niż w aromacie. Pełna słodowość atakuje od samego początku karmelem i wyraźną, podpieczoną skórką od chleba. Biszkopcik też się pojawia co jakiś czas. Niestety z każdym łykiem karmel coraz to bardziej zanika. Goryczka jest, owszem, taka leciutka. Ukłuje miłych państwa delikatnie i zniknie. Finisz trochę ubogi niestety. Karmel już prawie, że całkiem zanikł i pozostał głównie biszkopt. Podsumowując piwo pije się dość szybko i bez grymasów na twarzy. W pubie biorąc kolejne z rzędu byłbym zadowolony. Niestety brakuje mu intensywności jako jednostce i jak się nad nim człowiek za bardzo skupi, to widzi niedociągnięcia.

----------

Styl: Koźlak
Alk: 6,7%
Ekstrakt: 16,5% Wag.
IBU: 15
Skład: słód jęczmienny, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 25.08.2019


To już chyba można nazwać szczytem szczytów... zamiast jak normalny człowiek zabrać alkohol na imprezę sylwestrową i go zwyczajnie wypić biorę jakieś sztosy i robię notatki z degustacji... Na szczęście moi znajomi przyzwyczaili się już do tego, więc chyba nie ma tragedii. No i tym razem wziąłem tylko jedną butelkę. 

Później to już była ruda, jakaś torfowa z Lidla. Specyficzne parowanie alkoholi, ale koniec końców wyszło naprawdę fajnie. Głównie przez profil samego piwa. Takie mieszanie mi w ogóle nie szkodzi muszę przyznać. Laphroaiga nie mogłem nigdzie dostać, bo zakupy robiłem na ostatnią chwilę niestety. Tak na marginesie... nie miałem go kupować, w piwnicy mam jeszcze wersje podstawową. Przeczytałem jednak jakieś tam recenzję w internetach i mój wewnętrzny torfowy diabeł nie wytrzymał. No i podstawka podstawki, czyli wersja nieimperialna, to był sztos.



Etykieta nie różni się zbytnio od tej z podstawki. Grafika przyjemna, w typowym stylu brokreacyjnym. Dobrze, że zaznaczyli jaki to typ beczki. Kapsel firmowy, nadal z tym obrzydliwym napisem. Piwo jest czarne jak smoła, nieprzejrzyste. Piany ino za dużo nie ma. Po nalaniu pojawił się tylko bardzo skąpy kożuch, który szybko się ulotnił ze szkła. 


Podnieta tym piwem zaczyna się już przy pierwszych doznaniach "nosowych". Nie czuć tu zwyczajnego pierdyknięcia torfem, o co to to nie. Jest on idealnie wkomponowany w resztę zapaszków. Wyobraźcie sobie, że majster położył Wam gładź na ścianie w Waszym nowym mieszkaniu tak równo i dokładnie, że aż anioły zstąpiły z nieba i zaczęły mu śpiewać hymn nad głową. No... sam torf jest pewnego rodzaju połączeniem spalonych kabli i starych bandaży. Zlepia ze sobą w pewien sposób słodsze elementy. Tutaj na pierwszym planie wiśnia (ale taka nadzwyczajnie soczysta i skondensowana) i śliwka. Dzieło kończy słodka czekolada, bardzo wysokiej jakości.

Nie biorąc pierwszego łyku wiem, że za mało butelek kupiłem. Już przy nalewaniu było widać, jak "grubaśny" będzie to trunek. Jego gładkość i gęstość przekroczyła w ustach wszelkie normy BHP. Niskie wysycenie tylko potęguje te doznania. Smak zmienia się trochę, ale na moje oko na lepsze. Na pierwszym planie pojawia się typowy porter, ale premium, nie dla plebsu. Ciemne owoce, słodkie, bo wspomagane tak jakby brązowym cukrem, dominują delikatnie nad gorzką czekoladą. Wiśnia jest mega wyraźna, nie przypominam sobie takiej w jakimkolwiek innym piwie. Wspomaga ją oczywiście niezawodna śliwka w postaci babcinych powideł. Wspomniana wcześniej gorzka czekolada nie odpuszcza i z biegiem czasu rośnie w siłę. Dołącza do niej torf krzycząc "Hello boys. I'm baaack!" i razem ogarniają towarzystwo. Torf podtrzymuje swój profil z aromatu i do złudzenia przypomina spalone kable w opuszczonej sali operacyjnej. Goryczka? Panie, jaka goryczka. Może coś tam plumka w tle przez chwilę, ale przy tak obitych już kubkach smakowych i tak niewiele wyczujecie. Na finiszu dochodzi kakao, które wraz z czekoladą zaczyna już tak na serio dominować. Co jest jeszcze bardziej zadziwiające po ogrzaniu dochodzi taka specyficzna nuta spalonego drewna i odrobina wanilii. Alkohol w tle, szlachetny bimber, że tak się wyrażę. Czy to piwo rozwala mózg? Ależ oczywiście, i to parę razy. Czy jest to najlepsze piwo 2018 roku według Brodacza? Zdecydowanie.

----------

Styl: Whisky Rye Imperial Brown Porter Islay Blend BA
Alk: 11,1% Obj.
Ekstrakt: 24°
IBU: 75
Skład: słód (whisky 45ppm, pale ale, żytni, monachijski typ II, chocolate wheat, carafa special typ III), chmiel (Warrior, East Kent Goldings), drożdże Safale S-04, płatki drewna kasztanowego.
Data rozlewu: 03.12.2018



Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com