Śledź mnie na:

Wy to już mnie w ogóle nie lubicie chyba. Znowu wybraliście "nie to" piwo w ankiecie. Ja rozumiem, wszyscy lubimy Goleniów, ale moglibyście chociaż raz pomyśleć o tym, co ja chcę. Będzie na nich czas na Poznańskich Targach Piwnych pod koniec tego tygodnia (widziałem ich lineup piw...), a w Browarze Stu Mostów byłem ostatni raz wieki temu, niestety.

Nie ma co jednak narzekać za długo, bo spóźniony stoucik z okazji Międzynarodowego Dnia Stoutu sam się nie wypije przecież. Co to za czasy, jeszcze parę lat temu nie zdzierżyłbym abstynencji w tak piękny dzień (według mnie najważniejszy w kalendarzu piwnym), a dziś...


Etykieta "obdarta", jakby rysowana ołówkiem. Coś koledzy z Golema lubią takie klimaty, szczególnie przy piwach nawiązujących do (w tym przypadku) upiorzycy jedzącej niemowlęta. Słitaśnie. Osobiście uważam, że pasuje to i do bączka, ale też do samych RiSów. Piwo czarne i niby nieprzejrzyste. Przy nalewaniu było bowiem widać brązowe odcienie (taka mleczna czekolada). Piana wysoka, zbita całkiem dobrze i dość długo utrzymująca się jak na ten woltaż.


Nie spodziewałem się, że jeszcze poczuję ten zapach kiedykolwiek. Kojarzycie cuksy Kukułki co nie? Ewentualnie Raczki mogą też być. Kiedyś robiliśmy z kumplami Kukułczankę, czyli taką szybką nalewkę na bazie tychże cukierków. Aromat tego piwa właśnie o tym wynalazku mi przypomniał, i nie są to negatywne wspomnienia, oj nie. No bo jak człowiek ma być zły na likierowe zapaszki Kukułek? No nie da się, szczególnie jeśli wspomaga je wanilia i miks rodzynek z suszonymi śliwkami. Po chwili pojawia się też nuta kakao. 

Po wzięciu pierwszego łyku zdziwiłem się trochę, bo piwo nie było jakoś mocno zapychające. Powiedziałbym, że ciałko było dość średnie jak na RiSa. Czasami tak jest po beczce. Wysycenie średnie, do niskiego. Na swój sposób nawet całkiem aksamitne. Drugie zdziwienie przyszło w smaku, bo silną podstawą okazała się być paloność. Wtóruje jej gorzka czekolada, co jeszcze bardziej kontrastuje smak z aromatem. Na szczęście jest też trochę słodyczy w postaci ciemnych owoców (głównie rodzynki). Po paru łykach stwierdzam jednak, że stanowczo za mało jest tych słodkości w tym RiSie. Goryczka wyraźna, palona i delikatnie zalegająca. Finisz mocno palony, kakaowy i niestety trochę nieprzyjemnie cierpki pod sam koniec. Alkohol wyczuwalny, ale do wytrzymania. Niestety nie czuję beczki, albo czegokolwiek co mogłaby wnieść do piwa. Całość dobra, do wypicia, ale jest też trochę chaotyczna i  niestety jest to zdecydowanie najgorsze piwo tego typu od Golemów. Aż zatęskniłem za zwyczajną wersją BA Lilith...

----------

Styl: Imperial Stout Bourbon Barrel Aged ET/OF
Alk: 9%
Ekstrakt: 24°
IBU: b/d
Skład: zawiera słód jęczmienny.
Do spożycia: 30.11.2019


No co... że niby wczoraj był Międzynarodowy Dzień Stoutu, a na blogu nic? Takie życie... Kierowcą byłem cały dzień, musicie mi wybaczyć. Zamiast tego była stoutowa ankieta na fejsie, taka na weekend. Inna sprawa, że mam dla Was dzisiaj pewien diamencik, czy też sztosik jak kto woli.

Dostałem ostatnio z Browaru Spółdzielczego dwie inne mrożonki, ale to Krasnolód patrzył się na mnie złowieszczo z tej najbardziej zaciemnionej, "porterowej" półki w piwnicy. Inna sprawa, że miałem akurat wielką ochotę na koźlaka



Etykiet z tej zacnej, wymrażanej serii nikomu nie trzeba przedstawiać. Z mojej już trochę nitka odchodzi, bo piwo trochę stało na półce i się parę razy przejechało w plecaku. Mamy jednak nowość, mianowicie firmowy kapsel. Całkiem spoko, ale według mnie lepszy byłby z czarnymi liniami, a nie niebieskimi. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste i widocznie gęste. Lepi się do ścianek jak cholera. Piany nie ma, ale przy mrożonkach to nie grzech akurat.


Też tak macie, że jak poczujecie jakiś przyjemny i bardzo wyraźny zapach to przypominają się Wam momenty z dzieciństwa? Nie wiem czemu, ale mi zazwyczaj kojarzą się takie momenty z ciastem dopiero co wyjętym z piekarnika. Tutaj mam tak samo, szczególnie, że pełno jest owoców (głównie suszonych) w aromacie. Figi, daktyle (jako jeden z nielicznych lubiłem je od małego), może trochę pieczonych jabłek z posypką waniliową. W tle trochę melasy, migdałów i marcepanu. Nuty alkoholu gdzieś daleko, ale nie są gryzące na szczęście.

Już podczas nalewania było widać, że wodniste to to nie będzie. Konsystencja syropu to chyba najlepsze określenie w tym przypadku. Ciałka w bród, klejące jak braggot, a wysycenie niskie. Smakowo taki specyficzny aromat na sterydach. Melasa dostaje dobrego kopa i jest swoistą podstawą tego piwa. Fajnie łączy się z figami, suszonymi brzoskwiniami i delikatną śliwką. Migdały też zdają się być wyraźniejsze, ale największym zaskoczeniem jest delikatna czekolada. Wbrew pozorom pasuje tu idealnie. Goryczki jest trochę, ale ciężko jest określić jej profil. Finisz jest zadziwiająco czekoladowy z mocną beczką i wanilią. Tutaj też pojawia się trochę alkoholu, ale jak na ten woltaż jest go cholernie mało i fajnie rozgrzewa człowieka. Całość bardzo wyraźna, próbuje atakować z każdej strony. Na swój sposób jednak gra to wszystko ze sobą jakoś szczególnie dobrze. Właśnie takich doznań spodziewałem się po mrożonce. Gdyby zachowało się więcej nut chlebowych (które tak naprawdę giną w tym ferworze walki innych smaków) byłbym wniebowzięty, dosłownie. Mógłbym je sączyć z przyjemnością godzinami, nawet biorąc pod uwagę ten jeden, jedyny minus.

----------

Styl: Ice Double Bock
Alk: 19%
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słody, chmiele, drożdże.
Data rozlewu: 28.10.2018


Na pewno zauważyliście, że przez ostatnie dwa lata powstało bardzo dużo browarów w naszym pięknym kraju, szczególnie tych kontraktowych. Nie będę ukrywał przed Wami faktu, że piszą oni potem do tych przebrzydłych i chciwych blogerów i proszą o degustacje ich wyrobów. Mniej więcej połowa wysłanych piw jest... no, średnia.

Piszę o tym, bo Browar Bury wysłał mi swój 6-pak jakiś czas temu. Na moje szczęście ich piwa (jak do tej pory) okazały się być całkiem przyjemne. Vermont IPA była całkiem spoko, mimo dziwnego opisu o braku goryczki. Herbaciana wersja jednak była najlepsza, bo nie zdominowała całości. Oba wypiliście ze szwagrem na jego nowej chacie, dlatego milk stouta postanowiłem sprawdzić u siebie, na spokojnie.



Jedno, co mogliby poprawić to wygląd etykiet. Jest on trochę... prosty. Nie wiem czemu, ale takie grafiki przypominają mi czasy WinXP. Mają za to własny kapsel, chociaż... sama głowa misia byłaby lepsza według mnie. Piwo jest czarne z lekkimi, brązowymi przebłyskami. Przy nalewaniu widać ewidentne zmętnienie. Piany... nie ma zbytnio, o to mógłbym mieć pretensje.


No i proszę, książkowy mleczny stoucik nam się zapowiada. Przyjemny aromacik palonej owsianki, który powszechnie kojarzony jest z kawą zbożową, unosi się jako pierwszy. Oczywiście nie obeszłoby się bez mlecznych akcentów, dlatego wspomniana wcześniej kawa broń Boże nie jest zwyczajnie czarna. Do tego dochodzą dość intrygujące nuty orzechów laskowych gdzieś w tle. Inna sprawa, że całość utrzymuje się dość długo.

W ustach czuć efekt, który dają płatki owsiane. Piwo jest gładkie, o średniej pełni i z takim samym wysyceniem. Smakowo dzieje się więcej niż w aromacie, bo pojawia się np. czekolada. Nie jest ona jednak mleczna/słodka, a gorzka. Dzięki temu fajnie kontrastuje z typową białą kawą z cukrem (i to tutaj głównie ujawnia nam się laktoza). Normalnie bym takiej do ust nie wziął, ale w piwie mogę zrobić wyjątek. W tle delikatna paloność słodowa, która przechodzi w tak samo niską goryczkę. Na finiszu palone słody dostają lekkiego kopa, ale nie na tyle, aby popsuć dość ugrzeczniony wizerunek całego piwa. Tutaj też pojawiają się ponownie nuty orzechów laskowych. Fajny stout, naprawdę. Mimo wyraźnych palonych nut całość bardziej po tej słodszej stronie. Takie nieprzekombinowane i wystarczająco wyraźne piwo, jak na podstawę stylową przystało. W końcu to nie jest RiS. 

----------

Styl: Oatmeal Milk Stout
Alk: 4,2%
Ekstrakt: 15% Wag.
IBU: 2/5
Skład: słody jęczmienne, płatki owsiane, laktoza, jęczmień palony, chmiele, drożdże.
Do spożycia: 10.06.2020


Człowiek się męczy, wkleja te buźki facebookowe w photoshopie tak, żeby nie było widać białego tła, a Wy... wybieracie w ankiecie piwo, na które wystarczyło zagłosować zwykłym lajkiem. Jak można być tak leniwym? Jakoś nie chce mi się wierzyć, że woleliście, w październiku, kolejnego kwasa od Pinty zamiast np. takiego wymrażanego koźlaka.

No, ale co ja mogę... lud przemówił. W sumie to przeniosło mnie to trochę w czasy, gdy zabierałem prawie, że każde piwo z tej serii na rower gdzieś hen daleko, bo tak mi podchodziły wtedy. Było to ładnych parę lat temu, a dziś... już mnie trochę nudzi ten kwaśny trend. Za dużo tego, boję się też trochę, że wniknie on do mocnych, ciemnych piw. Czym ja wtedy będę się ogrzewał zimą?



Etykieta typowa dla Pinty, czyli nikt nie wie co na niej jest i tak samo nikt nie zamierza się domyślać (ja też). Kapsel firmowy, nic szczególnego. Piwo prezentuje się za to wyśmienicie. Jest soczyście pomarańczowe z równiuteńkim zamgleniem. Śnieżnobiała piana może i nie jest wysoka, ale za to drobnopęcherzykowa i trwała.


Aromat jest iście genialny muszę przyznać. Coś pokroju bio-super-fit-vege-premium jogurciku z owocami, w sumie to bardziej kefiru. Jest limonka, trochę grapefruita i o dziwo kiwi. Całość przykryte kwasem mlekowym. Wyraźne, nawet już po jakimś czasie ze szkła.

Przyznam szczerze, że miałem obawy co do szeroko pojętej pijalności, jeżeli chodzi o akurat tego kwasa od Pinty. To tak jak z imperialnym grodziskim, niby jest pole do popisu, ale człowiek zaczyna się zastanawiać... po co? W tym przypadku nie jest tak źle, bo ciałko nie przeszkadza za bardzo, a wysycenie jest dość wysokie. W smaku za to miks, którego zamierzeń nie potrafiłem zrozumieć. Wiecie jakie jest moje zdanie o łączeniu chmielu amerykańskiego ze wszystkim co się rusza... tutaj jednak zadziałało to całkiem sprawnie. Są owoce: jest grapefruit i limonka, trochę pomarańczy i nuta mango, co by nie było aż tak do końca cytrusowo. Kwasik na poprawnym poziomie, taki wyraźny, ale też nie ujmujący niczego reszcie. Czuć wpływy kwasu mlekowego, nie ma to tamto. Po lekkim ogrzaniu wychodzi też to kiwi z aromatu. Goryczka raczej taka w granicach autosugestii. Na finiszu za to taki lekki posmak goryczy niedojrzałego banana. Fajne, zgrabne i zgrane kwaśne ale. Zadziwiająco słodkie jak na kwas. Pod sam koniec jednak miałem delikatne odczucie, że dwie butelki byłyby moim limitem przez ekstrakt. Dziwne, bo tak podczas picia tego nie czuć. Tak samo jak dobrze ukrytego alkoholu.

----------

Styl: Double India Sour
Alk: 7,5% Obj.
Ekstrakt: 18% Wag.
IBU: 50
Skład: słód (pale ale, wiedeński, diastatyczny, pszeniczny jasny), chmiel (Citra, Mosaic, Warrior, Cascade), ekstrakt chmielowy Columbus, blend bakterii (l. plantarum, l. brevis, l. delbrueckii), drożdże Fermentis Safale US-05.
Do spożycia: 25.07.2020


Czujecie to? Czujecie?! No mam nadzieję, że tak. Wszechobecny zapach palonego owsa roznosi się po festiwalowych halach. Dzięki temu człowiek wie, że eventy piwne idą ku końcowi, a czas ciemnych, jesiennych wręcz piw właśnie nastał. Oh wy moje stouciki kochane, jak ja żem za wami tęsknił.

Oczywiście pijam je cały rok, ale to właśnie na jesień browary biorą się za nie tak na serio. Już nie będę wspominał nawet o aurze za oknem, która degustacjom ciemniaków cholernie sprzyja. Widać to np. po browarze Trzech Kumpli, który w końcu postanowił odpuścić wymęczonym już przez polski craft DDH ipą-sripą itp. i uwarzył stoucika owsianego. Ślinka pociekła mi aż do Białegostoku.



Etykieta, jak to zwykle u nich bywa, podobna zupełnie do niczego. Jest coś jednak w pociągnięciu kreski, co sugeruje nawiązanie do staroci. Mi osobiście kojarzy się to z babcinym haftem. Kapsel firmowy, niestety za dużo na nim detali według mnie. Piwo czarne z bardzo delikatnym, brązowawym prześwitem. Beżowa piana dość niska, ale za to w miarę drobnopęcherzykowa. Kożuch spory i długo utrzymujący się. Jak człowiek zamerda w szkle to całkiem ładnie trzyma się ścianki.


Piękny aromat owsianki z gorzką czekoladą i odrobiną popiołu. Aż dziwne, że nie mam tego dość, po tym jak codziennie wpieprzam rano miskę takiej zwykłej, zalanej wodą... Po chwili wychodzi też trochę kawy i karmelu. Ten ostatni bardzo fajnie się komponuje z resztą, ale ich nie przykrywa. Trwałość tych zapaszków niestety nie należy do najdłuższych... Wracajcie proszę!

Oho, mamy świetny przykład tzw. entry level jeżeli chodzi o oleistość w piwie. Odczucie w ustach wyraźnie wskazuje na fajną pełnie i gęstość. Nie jest to oczywiście poziom, którego można się spodziewać w RiSach, ale w owsianym stoucie jest jak najbardziej wporzo. Wysycenie średnie, takie okej. W smaku kwaskowate. Wychodzi na to, że chłopaki nie pożałowali owsa. Jak jeszcze dodamy do tego kawkę, gorzką czekoladę (ale to tak minimum 90%) i popiół to... mamy istną bombę. Mi się to cholernie podoba, ale na pewno będą tacy, którym będzie brakowało chociaż odrobiny "książkowej" słodyczy. W tle delikatne orzechy nawet się zakręciły. Goryczka wyraźna, palona, ale też krótka. Na finiszu dzieje się za to najmniej, co człowiek zauważa od razu po tak zmasowanym ataku wcześniejszych smaczków. Ot taka samotna kawa zbożowa i nic więcej. Nie zmienia to jednak faktu, że  piwo jako całość cholernie mi podpasowało. Uwielbiam stouty zasypane po brzegi owsem i wcale nie jest mi szkoda słodowej (czy też nawet karmelowej) słodyczy.

----------

Styl: Oatmeal Stout
Alk: 5,5% Obj.
Ekstrakt: 15,5% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód jęczmienny, płatki owsiane, palony jęczmień, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 24.05.2020


Hype to bardzo niebezpieczna rzecz. Nie dość, że pobudza internetowe trolle to jeszcze doprowadza do zawyżonych oczekiwań. Browar Maltgarden niestety padł ofiarą takiego hype'u. Po pewnych... problemach związanych z Rockmillem jego główni założyciele stworzyli coś nowego: Słodowy Ogród.

Internety zawrzały i dosłownie wszyscy stanęli po ich stronie, a pierwsze piwa pozyskiwały same "sztosowe" oceny na Untappd. Pierwszy raz piłem ich na WFP10 i muszę przyznać, że pozytywnie mnie zaskoczyli. Nie powiedziałbym jednak, że było to jakieś niebiańskie odkrycie. Przeczekałem, przyglądając się kolejnym premierom browaru (swoją drogą dość dużo wypuścili tych piw w tak krótkim czasie). W końcu przyszły pierwsze wpadki, przegazowania itp. W skrócie: polskie, craftowe piekiełko. Nadszedł czas, mogę zakupić butelkę.



Etykieta podobna kompletnie do niczego. Od pociągnięcie pędzlem z rozwodnioną farbą i tyle. Można się rozejść. Znajoma określiła ją jako "inną niż się przyzwyczaiłam". Kapsel firmowy, ale kolaboranta. Piwo czarne jak węgiel z bardzo niską pianą, która szybko redukuje się do kożucha widocznego poniżej.


Wącham sobie i wącham, i jakoś tak mi swojsko się zrobiło i przyjemnie. Nie, żebym wyczuł w tym zapach ciasta babcinego, chodzi o coś kompletnie innego. W aromacie prym wiedzie kawa, co nie powinno nas dziwić. Jest w miarę słodka (co w normalnym warunkach nazwałbym bluźnierstwem, ale w piwie ujdzie) i towarzyszy jej zadziwiająca nuta owocowa, głównie śliwki i morele (z początku myślałem, że to typowo porterowe zapaszki). Taka specyfika tych meksykańskich ziaren. Oprócz kawy delikatna mleczna czekolada i rzecz, o której wspominałem na początku: marcepan. Uwielbiam go w stoutach, ale w bardzo małej ilości. Tutaj właśnie tak jest.

Oho, 28° plato jak w mordę strzelił. Przykleja się do przełyku jak dobry dwójniak (chodzi oczywiście o miód pitny) albo olej rzepakowy. Wysycenie jest na bardzo niskim poziomie co tylko podwaja jedwabistość tego piwa. Smakowo inne niż w aromacie, sami ocenicie czy to zaleta. Na pierwszym planie czekolada, taka nie za tania i dość słodka. Żeby jej nie było za dobrze pojawiają się też oczywiście ziarna kawy, ze swoją specyficzną palonością i podgryzają czekoladę po kostkach. Śliwka robi za wyraźne tło, ale w życiu bym jej nie pomylił z tą porterową, że się tak wyrażę. Marcepan cały czas czatuje gdzieś w tle. Goryczka taka sobie, "istnieje" i nie przeszkadza po prostu. Delikatnie palona. Na finiszu dominacja kawy, słodkiej, ale też kwaskowatej. Zalega jeszcze przez 2-3 mlaśnięcia, ale mi się to akurat podoba. 12% alkoholu ukryte wręcz mistrzowsko, jak mój beagle o 6:00 rano, gdy chcę z nim wyjść na spacer przed robotą. No no Panowie, czapeczki z głów. Szkoda, że tak późno zakupiłem tą wersję, bo innych już nie uświadczysz w sklepach...

----------

Styl: Coffee Imperial Stout
Alk: 12% obj.
Ekstrakt: 28% wag.
IBU: b/d
Skład: słód jęczmienny, płatki owsiane, kawa 2%, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 12.03.2022


Człowiek uczy się całe życie, tak mawiają przynajmniej. Osobiście umiem zrobić parę rzeczy przy rowerze sam, ale wymiany opon bez dętek jeszcze nie posiadałem w swoim spisie umiejętności. Musiałem to zmienić (szczególnie, że od stycznia na takich jeżdżę), dlatego przez ostatnie 3 dni (głównie z braku czasu) męczyłem się z tym. Moje kalectwo możecie, jak zawsze, zobaczyć na instastories ooo tutaj.

Pierwsze koło to był jakiś dramat, aż mi krew poleciała spod paznokcia. Drugie robiłem dzisiaj i poszło zadziwiająco lekko. Wiedziałem już czego nie należy robić i jakich przyzwyczajeń się trzeba było pozbyć. No i kupiłem sobie w końcu kompresor, jeden z lepszych zakupionych sprzętów w życiu. W pierwszy dzień otworzyłem sobie poniższego pilsa z Deer Bear myśląc, że już go opisałem na blogu. Byłem cholernie zdziwiony, gdy go nie znalazłem w archiwum dlatego szybko zacząłem robić notatki.



Etykieta, jak zwykle przy tym browarze, mocno kreskówkowa, tym razem z postacią misia. Ja się dziwię, że jeszcze się do nich nasz ulubiony organ państwowy nie dobrał za promowanie alkoholu dzieciom... Żarty na bok jednak, bo przyciąga oko i jest całkiem spoko. Tak samo firmowy kapsel. Wygląd piwa jest tym, przez co większość z Was je kupi tak naprawdę. Chłopaki dodali do niego brokatu i muszę przyznać, że efekt jest piorunujący. Mamy kolor czystego złota, zmętnione, ze świecącym, wirującym granulatem. Wolę coś takiego niż np. ich inne piwo... zielone. Piana wysoka, utrzymująca się i z ładnym lacingiem.



Aromat intensywny i dość długo utrzymujący się muszę przyznać. Głównie słodowy z bardzo wyraźnymi chmielami. Jest trochę ziemistości (ale nie tej stęchłej) i wyraźna żywica. Po chwili wchodzi też trochę ziół i co jest fajnie współgrają one z resztą. Już na wstępie czuć, że będzie to chrupiące piwo...

... i tak rzeczywiście jest. Nie ma się co oszukiwać, jest to mój ulubiony typ pilsa, czyli "crisp as fuck". Ciałko jest wystarczające, wysycenie średnie, a całość orzeźwiająca i rześka. W smaku bardziej po tej wytrawnej stronie, mimo dość wyraźnej podbudowy słodowej. Bardzo mi się to podoba. Znowu mamy trochę gleby i ziół, co w powiązaniu ze słodowym chlebkiem daje wyśmienite połączenie. Goryczka też niczego sobie. Jest wyraźna, ale nie odpychająca. Ma lekko żywiczny profil. Cytrusy wychodzą bardziej na finiszu, ale nie przykrywają słodowo-ziołowego miksu. Aż nie mogę uwierzyć, że udało im się nie tylko zszokować wyglądem, ale też smakiem. Co się tak gapicie? W naszym światku piwnym szokiem jest, gdy ktoś uwarzy poprawnego i bardzo smacznego pilsa. Gdzieś widziałem, że ludzie kategoryzują go jako czeską odmianę tego stylu (pewnie przez dodany chmiel Saaz), ale nie dajcie się zwieść.

----------

Styl: Pils
Alk: 5% Obj.
Ekstrakt: b/d
IBU: 2,5/6
Skład: słód jęczmienny, chmiel (Saaz, Chinook, Marynka), płatki ryżowe, brokat spożywczy, drożdże.
Do spożycia: 16.05.2020




Czasami zastanawiam się po co ja w ogóle robię te ankiety na fejsie. W większości przypadków i tak wybieracie nie to co ja chcę i muszę robić degustację obu piw na bloga. Teraz nie jest inaczej, wolałem sprawdzić stout z Maltgardena, bo mam dziwne przeczucie, że byłby to ich dość udany debiut na stronie.

Nie żebym nie lubił Browaru Stu Mostów. Ich ciemne piwa praktycznie zawsze mi smakowały, szczególnie na miejscu w browarze. Mam jednak dziwne wrażenie, że wiśnia jako dodatek zbytnio zdominuje porterowe nuty. Zobaczmy, czy tak będzie.



Wektorowa etykieta (czy też jak kto woli: kreskowana) w stylu Stu Mostów przyciąga wzrok, ale nie przez samą grafikę, a przez błękitne tło. Nadal jednak sądzę, że za dużo na niej tekstu. To samo na kapslu firmowym, takie ładne logo mają to po co je otaczają napisami? Piwo jest nieprzejrzyście czarne... a takiego wała! Ich nitro porter nie jest jak typowy przedstawiciel tego stylu, bo ma dość zadziwiający, brązowo-wiśniowy odcień. Przez to wyraźnie widać zmętnienie, a jasna, beżowa piana pasuje wręcz idealnie. No właśnie, piana. Zrobiłem eksperyment i nalewałem jak najostrożniej jak sie da. Nic to nie dało, bo azot zrobił swoje i drobnopęcherzykowe piękno i tak się pokazało. Najs.


No dobra, trochę sobie ponarzekamy na początku. Niestety mało co się wydobywa ze szkła jeżeli chodzi o aromaty, momentami praktycznie nic nie czuć nawet. Z butelki są jakieś nuty ciemnych słodów, chlebowości i karmelu, ale ze szkła to już jest tragedia. Nawet dość mocne ogrzanie nic nie daje. 

Trochę zawiedziony wziąłem pierwszy łyk... i przypomniałem sobie o co tak naprawdę chodzi w tej serii. Piwo jest gęste, oblepiające, aksamitne i z cholernie niskim wysyceniem. Ta tekstura ukoiłaby pewnie nawet ostry ból zęba (no bo przecież nie te 9% alk). W smaku inne niż większość porterów w kraju. Zazwyczaj mamy bliżej nieokreślone ciemne słody i owoce, a tutaj... Na początek chleb razowy (tego to rzadko widuję w polskich porterach). Wyraźny, długi, ale też nieszczególnie nachalny. Na nim trochę lukrecji, szczypta kakao i oczywiście wiśnie. Te ostatnie dość specyficzne. Czuć, że były dodane oddzielnie i nie pochodzą np. ze słodów czy też utlenienia. Co mnie pozytywnie zaskoczyło to to, że nie dominują w ogóle i nie są kwaśne. Goryczka niska, ale tworzy wystarczającą kontrę i jakoś próbuje powalczyć z ogólną słodyczą piwa. Oczywiście jej się to nie udaje, bo taki styl, dzięki Bogu. Na finiszu kolejne zaskoczenie w postaci wyłaniającej się gorzkiej czekolady. Nie jest w stanie całkowicie przykryć słodyczy, ale nieustannie próbuje, co warto podkreślić. Pozostawia też po sobie fajny, gorzkawy posmak. Alkohol ukryty idealnie, czuć go tylko przez powolne rozgrzewanie. Fajnie ułożone piwo. Brakuje aromatu, ale w smaku nadrabia i to z nawiązką.

----------

Styl: Wiśniowy Porter Bałtycki Nitro
Alk: 9% Obj.
Ekstrakt: 25% Wag.
IBU: 30
Skład: słód (monachijski, pilzneński, karmelowy 100-130 EBC, carafa specjal III, słód barwiący), chmiel (Hallertau Magnum, Styrian Goldings), wiśnie, drożdże W34/70.
Do spożycia: 25.06.2022


Życie człowieka składa się z 3 etapów: młodość (gdy wraz z wąsatym ojcem śmieje się z kolejnej edycji kabaretonu w Mrągowie), wczesna dorosłość (gdy polski kabaret jest dla niego najgorszą rzeczą na świecie, zaraz przed Trudnymi Sprawami) i starość (gdy sam staje się wąsatym tatusiem i śmieje się znowu z faceta przebranego za babę). Co? Spodziewaliście się jakichś głębszych przemyśleń?

Ja akurat jestem w fazie drugiej. Wyjątkiem są standupy, ale to tak w bardzo małych ilościach co by nie przedobrzyć. Dlatego zdobyłem to piwo (musiałem się pomęczyć i zamówić przez internety) z czystej ciekawości. Już nie chodzi mi o skład, a o podejście browaru do takich kooperacji. Czy zrobili to na odwal, dla samego wizerunku Abelarda? Zobaczmy.



Etykieta dość nietypowa jak na Brokreacje. Pewnie jest jakoś powiązana z ostatnim tourne standupera (tak jak sama nazwa piwa). Według mnie prezentuje się całkiem fajnie. Kapsel firmowy browaru. Trunek w ogóle się nie wyróżnia. Piwo jest złote, zamglone i z dość szybko ulatniającą się pianą. 


Proszę, proszę. Pierwsze zdziwienie już mam za sobą. Spodziewałem się nudnej hameryki (tak... jestem już na tym etapie, że zwykłe ajpy-srajpy mnie cholernie nudzą), a tutaj takie miłe, kwiatowe zaskoczenie. Czy kwiat opuncji figowej ma aż taką moc? Aż mi się przypominają czasy jak za gówniarza wysysałem nektar z takich kwiatów, co je sąsiadka miała na ogrodzie. Do tego przyjemne tło z limonki i człowiekowi robi się jakoś tak przyjemniej.

W ustach fajne, zwiewne i chrupkie ciałko. Tekstura naprawdę mnie cholernie pozytywnie zaskoczyła. Jak przy dobrym pilsie, którego dawno nie uświadczyłem. Nie jest też przesadnie nagazowane. Mamy przyjemną bazę słodową, ale też spoko kontrę cytrusową, już ewidentnie od chmielu Cascade, a nie zestu z limonki (chociaż ten nadal pojawia się gdzieś w tle). Na samym koniuszku ledwo wyczuwalna nuta kwiatowa. Goryczka... no gdzieś jest. W sumie tylko do niej mógłbym się przyczepić, jeżeli chodzi o to piwo. Mogłaby być trochę wyraźniejsza, tak to do was panowie z tego jakże niepolskiego klubu, którym jest Brokreacja (przecież każdy to wie, taki inside joke). Finisz zwiewny, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Taka delikutaśna cytrusowa nuta z... no właśnie. W końcu pojawiły się papryczki, które swoją mocą nie odstraszą nawet Waszych wąsatych ojców. Ot takie przyjemne, zalegające trochę drapanie pod koniec. Podsumowując: fajne, chrupkie i ciekawe piwo, które raczej Wam niczego nie urwie, ale... nie musi przecież.

----------

Styl: Lime Opuntia Jalapeno Golden Ale
Alk: 5% Obj.
Ekstrakt: 12°
IBU: 30
Skład: słód pale ale, chmiel Cascade, zest z limonki, kwiat opuncji figowej, papryczki jalapeno, drożdże.
Do spożycia: 02.08.2020


Pojechałem ostatnio do sklepu specjalistycznego, bo jak wiecie z wpisu na fejsie moja piwnica zrobiła się trochę... pusta. Byłem lekko zawiedziony na miejscu, bo nie dość, że w Lubuskim nie ma za dużego wyboru to jeszcze o ostatnich premierach mogłem tylko pomarzyć. Ja nie wiem, czy to jest olewanie samego sklepu, czy też hurtownie mają to kompletnie w dupie.

Zakupiłem więc parę średniaków (a przynajmniej tak mi się zdawało). Najlepszą rzeczą, jaką przywiozłem z tej wyprawy było szkło, które widzicie na zdjęciu poniżej. Zawiedziony wyborem, postanowiłem sprawdzić pewien nowy sklep internetowy, który obszedł jakoś prawo (a co najważniejsze wyroki sądowe) i pozwala na wysyłanie piw przy zamówieniach internetowych. Właśnie tam kupiłem naszego dzisiejszego gościa. Zobaczmy zatem jak zadebiutuje na blogu Browar Za Miastem.



Browar Za Miastem ma dość specyficzne etykiety, takie też minimalistyczne w dodatku. Fajnie to wygląda, tekst jest dobrze umiejscowiony i nie przeszkadza w odbiorze. Grafiki zwierząt też są spoko, jakby rysowanie ręcznie ołówkiem. Kapsel firmowy ładny, nawet mi tekst nie przeszkadza tym razem. Piwo ma piękny (jak zawsze przy żytnim) miedziany kolor i jest bardzo ładnie zmętnione. Piana troszkę uboga. Nie dość, że niska to jeszcze szybko ucieka ze szkła.


Ładny i nienachalny aromat zaczął się wydobywać prawie, że od samego początku. Lekko kwaskowate żyto z takim przyprawowym (goździkowo-pieprzowym) zacięciem. Jak zlałem resztkę z butelki (trochę osadu wleciało) to nawet delikatne banany się pojawiły. Jak dla mnie książkowe, niemieckie żytnie piwo.

O jejciu, jaka fajna, kremowa tekstura. Ciałko też niczego sobie, ale dzięki teksturze wydaje się być lżejsze na swój sposób. Wysycenie nie jest też tak duże jak w zwyczajnej pszenicy. W smaku fajne, nieinwazyjne żyto, lekko kwaskowate oczywiście. Przyprawowość bardzo umiarkowana gdzieś w tle. To samo banan i goździk. Na samiutkim początku można wyczuć też delikatny karmel, ale całość bardziej po tej wytrawnej, żytniej stronie. Goryczka niska, wystarczająco wyczuwalna. Na finiszu wzmocnione żyto (wraz z kwaskiem) i jedyna rzecz, która mi w tym piwie nie podeszła: taki dziwny kredowy posmak. Na szczęście jest szczątkowy i szybko się o nim zapomina. Jak dla mnie idealne piwo na niedzielne popołudnie. Z początku myślałem, że miałem ochotę na coś grubszego, ale te na swój sposób lekkie żytnie piwo zweryfikowało moje chęci.

----------

Styl: Żytnie Bawarskie / Roggenbier
Alk: 5,8% Obj.
Ekstrakt: 14,1% Wag.
IBU: 27
Skład: słód (pilzneński, karmelowy, żytni), chmiel, drożdże WB-06.
Do spożycia: 06.12.2019


Drugie picie (leżak): Jakby mi ktoś powiedział jakiś czas temu, że wrócę do serii powrotów na blogu, to bym się chyba popukał po czole. Kiedyś to człowiek miał czas i chęci wracać do piw, aby sprawdzić ich jakość lub zestarzenie się. A dzisiaj... no sami wiecie. Na szczęście nadarzyła się okazja w postaci ankiety na fejsie. Akurat nie miałem nic nowego, a Wy nie chcieliście sprawdzić jak się ma Argus z puszki po terminie. No to co? Lecim!

No popatrzcie, jednak znalazłem w piwnicy (czekając na wyniki ankiety na fejsie) coś, co nie jest po terminie. Nadal jest to ciemne piwo, ale nie mam co wybrzydzać. Już nawet nie pamiętam kiedy i gdzie je kupiłem szczerze mówiąc...

Najśmieszniejsze jest jednak to, że kompletnie nie wiedziałem co kupuję. Inaczej, byłem w błędzie po prostu. Myślałem, że będzie to stout typowo amerykański, z cytrusami itp. Na szczęście się myliłem, oj bardzo się myliłem. Kolaboracja z browarem Weird Beard okazała się bowiem dość... iglasta.



Najpierw jednak trochę o etykiecie, która jest przekozacka zwyczajnie rzecz ujmując. Grafika jak z dawnych gier ery pixela i dobrze zaadoptowane miejsce na tekst. Wszystko tutaj gra, od kolorków po sylwetkę stwora i specyficzne wycięcie etykiety. Kapsel firmowy, bardziej pasowałby czarny (i oczywiście bez napisów, z samym logo). Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Beżowa piana, wysoka na jeden palec i zbita dość mocno. Klasyczny wygląd ciemnego, grubego piwa trzeba przyznać.


Gdyby spanie w lesie miało mi dać takie zapaszki to uwierzcie mi, już bym dawno się spakował i wyruszył, na przykład w Bieszczady. Nawet sobie nie zdawałem sprawy z tego, jak bardzo brakowało mi takich stoutowych nut. Przepiękny aromat czystej kawy, jak przy dobrze wyleżakowanym coldbrew. Iglaki bardziej w tle, ale nadal spokojnie wyczuwalne. Do tego odrobina żywicy.

Pierwszy łyk potwierdził tylko moje przypuszczenia. Trzeba mu się dać chwilkę ogrzać jednak. Ciałko w miarę spoko, ale nie pogardziłbym trochę wyższym balingiem. Mimo tego czuć taką swoistą aksamitność, szczególnie dzięki niewysokiemu nagazowaniu. Smakowo na pierwszym planie znowu kawa (coldbrew z Etno mi najszybciej przyszedł na myśl), ale tym razem wspiera ją odrobina gorzkiej czekolady. Oczywiście nie zapominajmy o paloności, która po części wywodzi się z kawy, a po części z jęczmienia. Momentami zdaje się dominować ta zbożowa. Iglaki znowu robią za wyraźne tło. Goryczka średnia, oczywiście palona. Finisz to dziwaczne połączenie kawy i żywicy (a jednak jest akcent american). Długi i szeroki (zalegający), jak stąd do w... no wiecie.  Całość wytrawna, ostra, lekko sado-maso nawet. Lubię to, mocno. Chyba właśnie tego mi było trzeba dzisiaj. Alkohol ukryty w 100%.

----------

Styl: American Forest Stout
Alk: 7% Obj.
Ekstrakt: 18°
IBU: 2,5/6
Skład: słód jęczmienny, jęczmień prażony, gałązki świerku, chmiel, kawa, drożdże.
Do spożycia: 01.03.2020


Tak się kiedyś zastanawiałem... jak to Kopyr robi, że degustacje piw z ankiety wrzuca zaraz po jej zakończeniu. Olśniło mnie niedługo potem, bo przecież odpowiedź na to pytanie jest prosta: blogowanie to jego praca. Nie musi chodzić jeszcze do korpo jak większość z nas. Dzisiaj jednak postanowiłem być (po części) Tomkiem na jeden dzień...

Wymagało to pewnego pośpiechu, ale jakoś się udało. Inna sprawa, że musiałem zaryzykować i odgadnąć wynik ankiety wczorajszej (no gdzie w środku tygodnia mieć czas na wypicie obu piw, o opisaniu ich już nawet nie wspomnę). W takich momentach jest też pewne ryzyko, że dany trunek może... łagodnie pisząc nie spełnić oczekiwań. Wtedy to dopiero wtopa, bo browar sam mi je wysłał i by się sam wkopał.


Etykieta ładna, z pomysłem. Niestety wszystko poszło jak krew w piach, bo browar postanowił wkleić na nie swoje logo tak jakoś o 3/4 wielkości za duże. Kompletnie to ni pasuje do grafiki/portretu Beethovena. Samo piwo wygląda całkiem spoko. Lekko zmętnione (trochę je poturbowałem niosąc) o takim ciemnym, pomarańczowym kolorze, przechodzącym w malinowy nawet. Piana znikoma, ale po kwasach nie ma co się spodziewać cudów w tym aspekcie.


Bardzo ładny aromat, przypominający trochę kompot letnio-jesienny. Porzeczki wiodą prym z dość wyraźną pomocą jeżyn (zdarzało mi się wyjadać kilogramy tych czarnych pyszności kumplowi na działce). Dopiero po przeczytaniu składu stwierdziłem, że może być to bardziej aronia. Czuć też kwaskowatość jogurtową. Ładnie, zwiewnie i owocowo. W dodatku intensywnie przez prawie cały czas.

O proszę jak to fajnie i szybko wchodzi. Ciałko lekkie i przyjemnie, wysycenie średnie. Nooo, jak soczek musujący. Tyle, że z procentami. Smakowo mamy powtórkę z rozrywki, czyli: porzeczki, aronia/jeżyny (dalej będę się upierał na to drugie) i ta cholernie przyjemna kwaskowatość. Na moje kubki smakowe jest delikatnie mleczna, ale nie widzę info o bakteriach na etykiecie. Na pewno miesza się z kwaskowatością owocową. Fajnie to wyszło, bo jak na ten styl przystało nie jest przekwaszone do granic możliwości. Brakuję mi trochę nut zbożowych, ale jakoś ujdzie. Goryczka znikoma, nie ma tu dla niej miejsca. Finisz, tak jak reszta, mocno owocowy i już zdecydowanie porzeczkowy tylko. Szkoda, że nie miałem go wcześniej w lodówce, bo na te upalne dni byłoby idealne.

----------

Styl: Fruit Berliner Weisse
Alk: 4,5%
Ekstrakt: 11%
IBU: b/d
Skład: słód (pilzneński, pszeniczny), płatki owsiane, aronia, czarna porzeczka, chmiel Marynka, drożdże.
Do spożycia: 01.06.2020


"Nie dajmy się zwariować" - tak mówią ludzie, którzy widzą zazwyczaj innych dążących do bycia lepszym. Czy to w sporcie czy innej dziedzinie życia. Dlaczego ja o tym? Dowiecie się z kolejnych akapitów. A teraz, mapka, jak zwykle.


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com