Śledź mnie na:

Miło jest gdy coś człowieka zaskoczy pozytywnie, przy wcześniejszy dość pesymistycznych założeniach. Mowa tutaj o Lotnym Festiwalu Piwa, współorganizowanym przez Piwny Klub. Jeżeli dobrze rozumiem ideę, to ma to być festiwal ruchomy. W tym roku ich namioty zawitają aż do 7 miast w Polsce (głównie zachód). 

Jedni blogerzy robią sobie detoks alkoholowy, bo tak chcą, a inni... bo muszą. Nie chodzi o jakiś nadmierny alkoholizm oczywiście. Po prostu męczyłem się z chorobą "gardłowo-zatokową" prawie dwa tygodnie. Jeszcze w tym czasie przyjeżdżały #darylosu, które dobijały człowieka jeszcze bardziej...

Jednym z nich jest dzisiejsze piwo. Coś na co czekałem od bodajże ostatnich PTP. Dostałem wtedy spod lady namiastkę fortunowego barley wine i byłem nim wręcz zachwycony. "Jak tak młode piwo mnie onieśmieliło to co będzie po leżaku?" pomyślałem. Dzisiaj sprawdzimy sobie dziką wersję leżakowaną dodatkowo w beczkach po winie. Swoją drogą Pinta zbiera kasę na mini-browar tylko i wyłącznie pod beczki, a Fortuna już takie coś ma (w podobnej formie). Szczerze? Nie spodziewałem się po nich takiego czegoś, ale muszą ufać Marcinowi.



Etykieta minimalistyczna, ale jakoś tak pasuje do całości. Ładny papier, przypominający trochę ten kredowy. Pełny skład przy takich piwach zaskakuje pozytywnie, szczególnie gdy mamy do czynienia z browarem regionalnym. Kapselek też firmowy. Piwo ma piękny, ciemny, rubinowy kolor. Zdaje się być też dość klarowne. Piany nie ma w ogóle, ale przy tym stylu jest to wybaczalne.


Nie wiem czy to wina tej przerwy w piciu, czy też zasługa samego piwa, ale... jak mnie to "kopło" w nos to aż się cofnąłem o dwa metry. Tak wyraźny i elektryzujący jest aromat. Zacznijmy od podstawy: jest karmel, wyraźne pieczywo i trochę syropu, takiego z palonego cukru. Potem ciemne owoce: tutaj dominuje żurawina wspomagana śliwką. Oczywiście są też winogrona pod postacią czerwonego wina. Idealnie wtapia się w nie delikatny alkohol. Samej dzikości za bardzo nie czuję, ale wydaje mi się, że "poszła w smak".

Ahm, 27% ekstraktu jak w mordę strzelił. Uwielbiam to w barley wine'ach. Człowiek ma dziwnie zakodowane w głowie, że takie ciałko to tylko przy RiSach i porterach, a tutaj coś takiego przy piwie, przez które można coś nawet zobaczyć w szkle. Wysycenie średnie do niskiego. Pasuje, ale nie obraziłbym się gdyby było ciut niższe. Role się trochę pozmieniały, bo to owoce wyszły na pierwszy plan. Znowu mamy śliwkę (może nawet lekko podwędzaną), żurawinę i co zaskakujące... maliny, które wprowadzają dość specyficzną słodycz. Oczywiście jest też ta idealna wręcz podstawa słodowa czyli: skórka od chleba, melasa i karmel. Czerwone wino (lekko kwaskowate) wraz z beczką są przepiękną kontrą tego wszystkiego. Aż dziw, jak przy takim naporze smaków udało się im wybrnąć z opresji. Goryczka bardzo delikatnie zaznaczona, w ogóle mi ona tutaj nie jest potrzebna. Finisz w końcu ujawnia dziką stronę tego piwa. Derka szaleje aż miło przy akompaniamencie owoców (głównie malin i jeżyn). Alkohol wyczuwalny tylko przez rozgrzanie duszy i ciała. Wszystko tutaj jest wyraźne i zdaje się do siebie pasować. Nawet jeśli prowadzi walkę z resztą, co jest dziwne. Piękne piwo, kwintesencja powolnego sączenia i zachwytu nad doświadczeniem piwowara.

----------

Styl: Wild Barley Wine
Alk: 13.1% Obj.
Ekstrakt: 27% Wag.
IBU: b/d 
Skład: słód (pale ale, cookie, karmelowy, czekoladowy, pszeniczny), ekstrakt słodowy jęczmienny, chmiel (Amarillo, Columbus, Citra, Chinook), drożdże WLP648 Brettanomyces Bruxellensis Trois Vrai, US-05
Do spożycia: 31.03.2022


Siedzę sobie teraz w domu, bo mnie choroba zaatakowała i czytam różne rzeczy, głównie te w internetach. Nagle ktoś na Jepiwke wrzuca artykuł do strony pewnej gazety, której nie zdzierżę tak samo jak wszystkich innych, pseudo informacyjnych w naszym kraju. Tam Pan Złotówa narzeka, że pijemy piwo za 15zł. No, ale może zacznijmy od początku.

Wschodnia Europa rządzi się swoimi prawami. Taki Polak na przykład dostaje szału jak wyczuje na dworze temperaturę powyżej 10'C. Wyjmuje wtedy z lodówki dawno zamarynowane mięso (specjalnie oczekujące pierwszych ciepłych dni wiosennych) i idzie rozpalać grilla. Mamy podobnie ze znajomymi, ale dorzucamy jeszcze do tego planszówki pokroju Talizmanu itp.

Problem (jak co roku) pojawia się z wyborem piw. Wyjścia są dwa: albo kupujesz sprawdzone i modlisz się, aby jakość kolejnych warek trzymała poziom, albo ryzykujesz coś nowego. Wczoraj zaryzykowałem "najnowszą" (tak wiem, premierę miało to piwo już jakiś czas temu) Podróżą Kormorana, czyli goryczkowym, amerykańskim lagerem. Wredni mogą powiedzieć, że trochę słabo jak na craft, ale do grilla pozycja idealna się wydaje według mnie.



Etykieta nie zmieniła się w ogóle. Ładna grafika przypominająca człowiekowi stare dobre czasy, gdy craft się rozwijał prężnie i nikt nawet nie myślał o aferach. Niestety nadal jest niechlujnie przyklejona. Trochę szkoda, bo papier jest naprawdę premium, no i ktoś się namęczył przy tych ich "morskich opowieściach". Piwo ma złoty kolor i jest ciut zmętnione, duża porcja syfu zostaje bowiem w butelce. Piana wysoka, ale dziurawa. szybko się redukuje do dość pokaźnego krateru i taka już pozostaje przez dłuższy czas.


Nooo... nie zaczyna się za dobrze. Aromatu to to za dużo nie ma szczerze mówiąc. Głównie słodowe: trochę chlebka z odrobiną masła. Tego ostatniego już dawno nie czułem w piwie muszę przyznać. O jakichkolwiek chmielach (tym bardziej amerykańskich) słuch zaginął. Nie zdążyłem nawet przewrócić mięsa na grillu, a już zapaszków kompletnie nie było.

W smaku jest już lepiej, ale też nie przesadzałbym z zachwytami i innymi ohami i ahami. Ciałko jest jak przy dobrej czternastce, a i wysycenie dość mocne się wydaje. Całość ma takie przyjemne, chrupkie zacięcie. Jest słodowo, czysto i lagerowo (na serio w tej kategorii nie ma się co rozpisywać), ale też wytrawnie. Trochę mnie to przy tym stylu zmyliło, ale tak zaskakiwany to ja mogę być codzienne. Goryczka niska, można by było popracować trochę nad jej wzmocnieniem. Finisz psuje trochę odbiór piwa, bo zalega nieprzyjemnie taką jakąś dziwną nutą kredową. Ogólnie spoko, do karkówki jak znalazł (szczególnie w kontekście pospolitych eurolagerów). Nawet dość duża ilość alkoholu jest naprawdę bardzo dobrze ukryta. Problem polega na tym, że za cholerę nie ma wyczuwam w tym amerykańskich chmieli... No i nie pasuje mi to jako całość do cyklu Podróże Kormorana, w ogóle.

----------

Styl: Brut American Lager
Alk: 7,5% Obj.
Ekstrakt: 14,5% Wag.
Goryczka: b/d
Skład: słody jęczmienne, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 27.05.2019


Strefa nowych browarów na WFP jest... dziwna. Z jednej strony fajnie, że festiwal stara się dać im szansę, ale z drugiej... miejsce gdzie ich umiejscowili zdawało się być (z braku lepszego słowa) ciasne. Pomijając ten fakt można było tam wyhaczyć parę piwnych perełek.

Dwie z nich były tworem dość młodego browaru Funky Fluid. Niestety swojego kwasa uwarzonego specjalnie na Beer Geek Madness nie mieli w butelkach, ale już "zamuloną" IPA tak. Trochę teraz żałuję, że nie kupiłem też ich szkła, ale to przy następnej okazji.


Chłopaki musza mi wybaczyć, ale ta etykieta jest chyba jedną z najbrzydszych jakie widziałem. No sorry ziomki, ale kleks z cholernie niepasującym w tym akurat miejscu logo wygląda tragicznie w moich oczach. Piwo za to przyciąga uwagę (pozytywnie). Ładny złoty kolor, równiutko zmętnione w dodatku. Piana niska, nie chciała się zbytnio tworzyć. O dziwo sam kożuch widoczny poniżej utrzymywał się bardzo długo.


Ano, takie je zapamiętałem po wizycie w Warszawie. Soczysty aromat cytrusowo-tropikalny jest cholernie wyraźny i tak samo intensywny. O dziwo najbardziej wyczuwalne są mandarynka i pomelo. Potem trochę brzoskwini i pomarańczy, a na końcu lekka pszenica. Jest też jeszcze bardzo, ale to bardzo delikatna nafta, która w tym przypadku akurat pasuje idealnie.

W ustach pierwsze co uderza to dość wysokie nagazowanie, ale tutaj akurat człowiek się do niego przyzwyczaja dość szybko. Takie wysycenie może tylko pomóc NEIPA według mnie. Ciałko jest, owszem, ale nie wchodzi w paradę nikomu i nie zapycha. Smakowo powtórka z rozrywki czyli: soczyste owoce na lekkiej podbudowie pszenicznej (trochę przypominającej nawet pieczywo). Tym razem to pomelo wskakuje na pierwsze miejsce, zaraz za nim pomarańcza, brzoskwinia i limonka. Owoce kłują delikatnie, ale w taki przyjemny sposób (tak jak cytrusy powinny), a nie tak jak Antracyt z Gzuba... Przez cały czas pilnuje tego wszystkiego biała skórka od chyba pomelo. Goryczka na średnim poziomie, punktowa i taka lekko grapefruitowa. Na finiszu albedo wchodzi na wyższe obroty, ale nie macie się czego obawiasz, bo całość traci wtedy na intensywności. Naprawdę fajna i poprawna "błotnista" IPkA. Nie wiem też czy mi się tylko zdaje, ale po lekkim ogrzaniu wychodzą iglaki nawet.

----------

Styl: New England IPA
Alk: 5,4% Obj.
Ekstrakt: b/d
Goryczka: 3/5
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), płatki owsiane, chmiel (Citra, Mosaic, Simcoe, Chinook), drożdże.
Do spożycia: b/d 


Jedną z nielicznych butelek zakupionych przeze mnie na Warszawskim Festiwalu Piwa (relacja tutaj) był "zwyczajny" RiS z browaru Gzub. Dlaczego? No chyba nie muszę Wam tego tłumaczyć? Nie przypominam sobie browaru w Polsce z taką butelką-granatem.

Jak tak sobie teraz myślę, to z Gzuba za dużo piw w swoim życiu nie wypiłem. Kto wie, może to będzie początek niespodziewanej miłości? Na swoim stanowisku w Warszawie mieli jakieś tam wzięcie to chyba wpadki nie będzie?


Pięknie dziwaczna butelczyna oklejona jest dość prostą, ale jakże pasującą etykietą. Skojarzenia z opakowaniami starych lekarstw w jeszcze starszych aptekach są jak najbardziej na miejscu. Nawet papier przypomina swoją chropowatością ten z dawnych lat. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Piana bardzo wysoka, ale miejscami dziurawa. Na szczęście dość długo się trzyma i ma charakterystyczną "piankę" na wierzchu. Lacing też niczego sobie.


Coś tu jest jednak nie tak... Pierwszy niuch przyniósł aromaty... winne. Takie delikutaśne, ale zawsze. Raczej czerwone wino, bo właśnie takie owoce przychodzą na myśl jak czerwony winogron i trochę wiśni. Bardzo daleko w tle trochę czekolady i w sumie nic więcej. Po dość wyraźnym ogrzaniu dochodzi też lekki karmel. Mam złe przeczucia...

Zapnijcie pasy, wsiadamy na shitstormowy rollercoaster. Po pierwsze: całość jest przegazowana, jak jakiś podły schwarzbier. Dodatkowo ciałka w tym jak na lekarstwo. W życiu bym nie powiedział, że ten "RiS" ma powyżej 20° ekstraktu. W smaku jest kłująco, nieprzyjemnie, za ostro nawet jak na ten styl. Nic tutaj do siebie nie pasuje, wszystko się gryzie ze sobą. Dobra wojenka smaków nie jest zła w RiSie, ale tutaj to... szkoda gadać. Na początku szczypie (ale bardzo krótko) gorzka czekolada, potem wchodzi jakiś sfermentowany owoc, albo i nawet dwa (winogron i rodzynki). Do tego dochodzi delikatna nuta rozpuszczalnikowa. Każde z nich uderza jak igła, bez przysłowiowej spoiny, lub czegokolwiek innego. Goryczka? Jakaś tam jest, może i nawet lekko palona. Niestety szybko o niej człowiek zapomina, bo na finiszu wchodzi kolejna igła pod postacią zwietrzałej kawy. Nie zrozumcie mnie źle... uwielbiam sado-maso w ciemnych piwach. Antracyt jest po prostu beznadziejnym chaosem o intensywności zwykłego ciemniaka, a nie RiSa z krwi i kości.

----------

Styl: Russian Imperial Stout
Alk: 10,8% Obj.
Ekstrakt: 23°
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), chmiel, drożdże.
Do spożycia: 01.12.2020


Możecie mi uwierzyć lub nie, ale nie byłem nigdy na Warszawskim Festiwalu Piwa. Wiem, dziwne to się wydaje dla kogoś, kto z piwa rzemieślniczego zrobił sobie hobby. W dodatku sam event jest dwa razy do roku, czego nie rozumiałem kompletnie... do dzisiaj.

Pełnoprawna wiosna zbliża się wielkimi krokami. W tym tygodniu ma być nawet 20'C z praktycznie bez chmur. My, Polacy, nie musimy czekać długo. Już widziałem parę imprez na świeżym powietrzu, gdzie głównym daniem jest kiełbasa z grilla. Dlatego właśnie trzeba znaleźć idealne piwo na tą okoliczność w sezonie 2019.

Jakie są kryteria? Orzeźwienie, może jakiś tam kontrast do tłustego mięsa i jak najniższa ilość alko. Nie będziemy się jednak skupiać na piwach bezalkoholowych, bo to nie ma sensu przy grillowaniu. Na pierwszy ogień postanowiłem wziąć jedno z najnowszych piw AleBrowaru, bardzo lekkie, amerykańskie pale ale. Jak sama nazwa wskazuje jest podwójnie chmielone na zimno, z czego wiele osób się śmieje, ale czasami prowadzi to do naprawdę zaskakujących efektów.



Widzę, że chłopaki ciągną modę na proste etykiety (tak jak to było w przypadku ich New Wave Gose). Niestety zaczyna mnie to trochę irytować, szczególnie dobór czcionek... Kapsel firmowy, za każdym razem jak na niego patrzę przypomina mi się ten pierwszy, unikatowy. Samo piwo ma piękny, pomarańczowy kolor i jest wyraźnie zmętnione. Piana wysoka, trochę dziurawa. Trzyma się jednak nad wyraz długo przy tak słabej konstrukcji.


Przypomnę Wam tylko, że to piwo ma 3,6% alko. Dlaczego? Bo na pierwszy rzut nosem w ogóle na takie nie wygląda. Aromat mocno cytrusowy, głównie grapefruit i mandarynki. Soczyste do granic możliwości. W tle dopełniające tropiki, tutaj głównie mango czuć. Momentami zdaje mi się nawet, że wyczuwam jakieś iglaki, ale to może mi się tylko wydawać.

No dobra, mamy to. Idealne piwo na biwak, grilla (wiosno szybciej!) czy też jakąkolwiek inną "akcję" na świeżym powietrzu ze znajomymi. I możecie też wliczyć w to towarzystwo zagorzałych craftopijców. Jest soczyście, nowofalowo i orzeźwiająco. Dwunastka (dla nowych chodzi o ekstrakt) jak się patrzy. Wysycenie średnie, do wysokiego. Tak idealnie pod karkóweczkę. Jeżeli chodzi o sam smak to pierwsze co naprawdę zaskakuje to... brak słodyczy. Może inaczej się wyrażę: wytrawność. To ona króluje wraz z eksplozją owoców cytrusowych i tropikalnych. Mamy pomelo (z małym dodatkiem skórki białej), grapefruit, pomarańcze i delikatną nutę mandarynek. W tle pojawia się trochę nafty i... herbata. Średnio lubię ją w piwie, ale tutaj akurat bardzo fajnie komplementuje resztę. Goryczka zauważalna, ale punktowa. Przy tak lekkim piwie pasuje idealnie. Na finiszu pojawia się dodatkowo delikatna żywica. Boziu jakie to jest dobre i orzeźwiające. Dobrze wiecie jak ciężko mi jest amerykańskimi chmielami zaimponować, bo jestem swego rodzaju hejterem przechmielania wszystkiego co ma słód w sobie. AleBrowar powraca do najwyższej formy chyba.

----------

Styl: American Pale Ale
Alk: 3,6% Obj.
Ekstrakt: 12% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, owsiany, dekstrynowy), płatki (owsiane, pszeniczne), chmiel Centennial BBC, drożdże.
Do spożycia: 04.11.2019


No... to prawda. Ja, niespotykanie spokojny człowiek, żywię jakąś wrodzoną niechęć do Beatlesów. Nie potrafię pojąć fenomenu, szczególnie w naszych czasach. Traf chciał, że dostaliśmy zaproszenie od znajomych mieszkających na wyspach. Nigdy tam nie byłem, na serio. Z tego co słyszałem Lądek-Zdrój jest passé, a Liverpool to całkiem inna bajka.

Rzygać mi się chcę jak widzę te wszystkie reklamy na Dzień Św. Patryka. Zielone piwo... które na 99,9% ma w sobie barwnik to jeden z największych kiczów w świecie piwnym. Niestety ta moda wchodzi też do craftu, niektóre browary rzemieślnicze i regionalne powinny się wstydzić za swoje posty na fejsie podczas tego weekendu...

Pewnie chcielibyście powiedzieć "weź to olej ziom", ale jakoś tak nie potrafię... Może dlatego, że to dzień moich imienin? Kto wie. A może dlatego, że zawsze gdy sobie przypomnę o Lubuskim Zielonym to mam dreszcze? Brrr. Olałem zatem całe to zło i po powrocie do domu w niedzielę usiadłem sobie na spokojnie z... Wilkiem. I to nie takim zwyczajnym, który biega sobie po lesie w mojej okolicy i straszy rowerzystów, o nie. Z takim specjalnym z dodatkiem kory z drzewa Umburana. Czy będzie to udany debiut tego browaru na blogu? Sprawdźmy.


Buteleczka prezentuje się wyśmienicie, od razu zwróciłem na nią uwagę w sklepie. Z jednej strony proste tło z głową wilka (logo browaru), a z drugiej ręczna grafika od której nie można oderwać wzroku. Piwo czarne, nieprzejrzyste. Piana średniej wielkości, tak samo dziurawa tu i tam. Żywot miała średnio długi.


Rzeczywiście jest to trochę podobne do tonki, ale da się je obie spokojnie rozróżnić (a przynajmniej tak mi się wydaję). Jest marcepan, ale dodatkowo wspomagany szczyptą cynamonu i orzechów. Najbliżej im do migdałów chyba. Naprawdę ładny aromat, szkoda tylko, że nie jest jakoś szczególnie intensywny.

Pierwszy łyk wziął mnie trochę z zaskoczenia. Szybkie spojrzenie na butelkę jednak i już jest ok. Jak zwykle przy imperialnych stoutach założyłem, że ma minimum 24 ekstraktu. Tutaj jest lekko ponad 20 i właśnie takie odczucie w ustach pozostawia to piwo. Niby już trochę ciałko czuć, ale bez przesady. Wysycenie średnie, pasujące do całości. W smaku wszystko układa się trochę inaczej niż w aromacie. Na pierwszym planie czekoladowa podstawa, gorzka i delikatnie posypana zmielonymi ziarnami kawy. Potem pojawia się jakiś ciemny owoc, lekko kwaskowaty. Chyba czarna porzeczka jeżeli mnie kubki smakowe nie mylą. Zadziwiająco dobrze pasują do tej czekolady. Dalej marcepan, już tak trochę przygaszony i w końcu goryczka. Bardzo krótka, ale wyraźna. Finisz jeszcze bardziej kwaskowaty (ale nadal w granicach normy), ale też taki... drzewny na swój sposób. W trakcie ogrzewania się piwa owa korowość i porzeczki zyskują na sile. Alkohol ukryty perfekcyjnie. Ciekawy stout, naprawdę. W końcu ta kora z drzewa Umburana to nieznany dodatek jeżeli chodzi o nasz polski crafcik i ma do czego go porównać. Na pewno wnosi ciekawsze smaczki do piwa niż kolejne zachmielenie amerykańskim zielskiem. Jedyne do czego mógłbym się przyczepić to ciałko, na pewno lepszy byłby z deczka wyższy ekstrakt.

----------

Styl: Imperial Stout
Alk: 8,9% Obj.
Ekstrakt: 20,5° BLG
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienne, karmelowe, czekoladowe), kora drzewa Umburana, chmiel Iunga, drożdże US-05.
Do spożycia: 30.05.2021


Tak się akurat złożyło, że w lodówce mam 3 (były 4) piwa bezalkoholowe/niskoalkoholowe. Chciałem je zabrać w drogę i gdzieś na mieście zdegustować, ale od paru dni nie mam nawet jak... Dlatego zrobimy to na raty, dzisiaj w szranki staną dwa browary regionalne: Fortuna i Witnica.

Z każdym dniem zaczynam bardziej rozumieć dlaczego Pinta chce wybudować mikrobrowar głównie pod leżakowanie piw w beczkach. Spójrzcie na przykład browaru Profesja. Swojego RiSa wlali aż do 6 różnych beczek... Pojmujecie rozmach? To jest jedno konkretne piwo rozlane do takiej ilości drewna.

Dziś sprawdzimy sobie Cara z beczki po single malcie ze szkockiej wyspy Jura. Jeżeli dobrze pamiętam nie piłem wersji podstawowej, dlatego nie mam tej leżakowanej do czego porównać. Słyszałem tylko, że była wyraźnie czekoladowa. Jeżeli takie gorzkie kakao rywalizowałoby z beczką mogłoby być ciekawie...



Najpierw jednak przyjrzyjmy się butelce, bo jak zawsze z tym browarem jest na co popatrzeć. Car-krasnal na tronie wygląda mocarnie i trochę zwiastuje to co będziemy niedługo pić. Kapsel firmowy, ale jak to już wiele razy zaznaczałem za dużo na nim tekstu. Piwo czarne, nieprzejrzyste, jak smoła dosłownie. Kompletny brak piany może zawieść parę osób, ale przy takich parametrach jest to wybaczalne.


Nie muszę brać pierwszego łyku aby wiedzieć, że łatwo nie będzie. Car najwyraźniej nie bierze jeńców, jego zapach nie pozostawia co do tego złudzeń. Przez krótką chwilę czuć gorzką czekoladę, ale bardzo szybko wodze przejmują ciemne owoce i mocno związany z nimi alkohol. Stawiam na beczkę po whisky, bo wyraźnie czuć jeszcze drewno i wanilię w tle. Sam alkohol niebezpiecznie lawiruje na granicy szlachetności (jeżeli można tak w ogóle napisać o rudej). Zdarzy mu się być czasami nieprzyjemnie gryzącym, ale przy tak intensywnych doznaniach ujdzie to w tłoku.

No no... teraz to się trochę boję tego piwa. Zaczynam rozumieć dlaczego browar nazwał je właśnie tak. Do Cara trzeba podejść z ostrożnością i małymi, powolnymi kro... łyczkami. Już pominę fakt, że ciało cholernie wprowadza w błąd, bo piwo nie jest jakoś szczególnie zapychające. W ślepym teście dałbym mu max 22° ekstraktu. Od samego początku jednak czuć moc w smaku, i to taką podwójną. Z jednej strony mamy mega beczkę, likier wiśniowy (taki nad wyraz potężny, nawet jak na RiSa) i bardzo wyraźną wanilię. Oczywiście tą część otacza złowieszczo alkohol, identyczny jak w aromacie. Z drugiej strony stoi niewzruszona, gorzka czekolada wspomagana kawą. Ta druga chyba nie za bardzo chce się wychylać, bo sama boi się, że dostanie w łeb od czekolady. Obie strony konfliktu wyglądają jak wyciągnięte z finału jakiejś japońskiej gry lub anime (dobrze wiecie o co mi chodzi: milion zbliżeń na oczy, klimat jak przy końcu świata itd). Przez to wszystko nie mogę się zdecydować czy całość jest bardziej słodka czy gorzka. Goryczka za to na bardzo niskim poziomie. Na finiszu czekolada przejmuje po części pałeczkę, bo alkohol i beczka pozostają. Jak się ogrzeje to nawet taki suchy kakaowy posmak w ustach zostaje. Zadziwiające, fascynujące, ale też trochę straszne. Istna wojna smaków, każdy próbuje się pijącemu dobrać do gardła i to szponami. Jestem pewien, że jak ktoś nie przysiądzie do Cara z większą ilością wolnego czasu (i co najważniejsze pociągnie długie, obfite łyki) może się zrazić i stwierdzić, że to "zwyczajnie wali bimbrem" i tyle. Dajcie mu czas i pijcie w spokoju.

----------

Styl: Russian Imperial Stout Jura Whisky Barrel Aged
Alk: 14% Obj.
Ekstrakt: 28°
IBU: 1,5/5
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), płatki owsiane, chmiel, drożdże (Scottish Ale).
Do spożycia: 31.12.2020


Nasycenie piwa "butelkowego" azotem (nie mylić z azotowaniem) nie jest czymś powszechnym, szczególnie na naszym rynku. Owszem mamy Guinnessa w puszce, którego nalewa się, dosłownie, w pionie, ale poza tym nikt się za to u nas nie wziął... do teraz. Browar Stu Mostów wyskoczył jak Filip z konopi ze swoją najnowszą serią piw. Dziś sprawdzimy sobie wersję najbardziej podstawową, bez dodatków itp.

Gdzieś z tyłu głowy człowiek ma takie dziwne przekonanie, że to nie mogło się udać. To Guinnessa działka była, zawsze. Czy browarowi z Wrocławia uda się uzyskać chociaż trochę podobny efekt? Zobaczymy. Ja się cieszę, że znowu zawitali na bloga, bo dawno ich tutaj nie było.



Jak zazwyczaj nie miałem problemu z wrocławskimi etykietami tak tutaj już mi się coś nie podoba. Przy tak małej butelce mnogość tekstu przeszkadza... Mogliby bardziej wyeksponować grafikę wektorową. Kapsel firmowy zawsze na propsie. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Piana, mimo nalewania w pionie, urosła do bardzo skąpych paru milimetrów. Przypominała trochę tą z Guinnessa, ale bardziej na zasadzie młodszego i trochę podupadłego na zdrowiu brata. Dość szybko też znikła ze szkła.


Przesadziłem z chłodzeniem... trzeba poczekać aż się skubany ogrzeje. Gdy już damy mu chwilkę odsapnąć dostajemy średnio intensywne zapaszki czekolady mlecznej, zbożowej kawy, karmelu i moooże delikatnego sosu sojowego. Kawa jest dość specyficzna, bo przypomina bardziej taką iście domową. Nie mogę się zdecydować, czy aromat jest słodki, czy może bardziej palony...

Okej... tutaj już czuć nasycenie azotem. Tekstura piwa jest cholernie gęsta (w końcu to monstrum ma 30 % ekstraktu), ale zarazem taka... puchowa, aksamitna, no jak zwał tak zwał. Dodatkowo przy tak niskim wysyceniu człowiek się nie musi zbytnio wysilać, aby to poczuć. W smaku już tak spokojnie nie jest, co trochę kłóci mi się z tym ciałem. No bo wyraźnie czuć mleczną czekoladę (przy braku laktozy) i wspomagające ją nuty karmelowe. Jest też kawa, która w tym przypadku jest mocno neutralna. Znowu pojawiają się skojarzenia z taką lekką kawą, zaparzoną w domu. Zaraz za nią czai się jednak coś kompletnie innego. To miks gorzkiego kakao, palonych słodów i orzechów. Te ostatnie odnalazły się wręcz idealnie w tej całej sytuacji. Goryczka minimalna. Przechodzi się praktycznie od razu do finiszu, który jest niczym innym jak paloną czekoladą półsłodką. Tak, wiem że takiego czegoś nie ma, ale uwierzcie mi, że w tym piwie akurat jest. Całość tworzy mega wybuchową mieszankę, poszukiwacze wyraźnych jak cholera RiSów będą bardzo zadowoleni.

----------

Styl: Nitro Imperial Stout
Alk: 11% Obj.
Ekstrakt: 30% Wag.
IBU: b/d 
Skład: słód (jęczmienne, czekoladowy, pszeniczny), chmiel, drożdże.
Do spożycia: 28.09.2021


No no... powiem Wam, że ostatnie dni nie zawiodły jeżeli chodzi o piwne newsy. Aferki też się oczywiście pojawiły, bo jak to mawiają "tydzień bez inby tygodniem straconym". Przejdźmy więc szybciutko do mięsa...

No i znowu mamy piwo, które na sto procent podzieliło parę osób. Oto browar Deer Bear, nazywany przez niektórych polskim Omnipollo, wprowadza na rynek kolejne piwo z aromatami (tak na 90%) nie wspominając o nich nawet na kontrze. Ja nie wiem... browary rzemieślnicze (szczególnie takie jak Deer Bear) powinny już zrozumieć, że ich piwa piją ludzie, którzy akceptują takie eksperymenty...

Ale nie, najlepiej ukrywać się z tym jak gimbaza, która przemyciła Leszka w puszce do kina. Sam nawet nie wiem dlaczego aż tak mnie to denerwuje. Może dlatego, że polski craft nadal nie potrafi się zdecydować na to, jaki chce być i stara się za wszelką cenę być choć po części poprawny politycznie? Ekhem... wracając do piwa.



Deer Bear uwielbia swoje kreskówkowe etykiety, to im trzeba przyznać. Nie ma się co dziwić, bo są naprawdę spoko. Pojawia się jednak wcześniej wymieniony już problem... brak składu, jakiegokolwiek. Wolnoć Tomku w swoim domku jak to mówią, ale nie o takie crafty nic nie robiłem. Kapsel firmowy za to, bardzo ładny. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Już podczas nalewania widać, że do wodnistych nie należy. Ma dość wysoką pianę, która trzyma się dzielnie. Opadając pozostawia ładny lacing na szkle.


Deer Bear umie w zapaszki, to piwo po raz kolejny to potwierdza. To już nie jest zwyczajne wąchanie, a bardziej zanurzenie nosa w rzece aromatów. Na intensywnej czekoladzie (powiedzmy, że mlecznej) góra orzechów pokrytych delikatnie wanilią. W sumie to mam dość wyraźne skojarzenia z nutellą... albo nie, bardziej z jakimiś pralinami orzechowymi. Te takie w złotku... ferero roszee czy jakoś tak. W tle kokosik, jakby Wam za mało przyjemnych doznań było.

Dlaczego mam tylko jedną butelkę? Jak to mawiał wieszcz youtubowy: ku... dlaczego?! Nut Cake jest wręcz idealnie gęsty i oblepiający z takim przyjemnym odczuciem à la kogel-mogel. Wysycenie niskie. W smaku trochę inna postać czekolady. Już nie jest tak wyraźnie mleczna, aczkolwiek dalej pozostaje bardziej słodka niżeli gorzka. Fajnie łączy się z nią  kawa, która w tym przypadku gra rolę dopełniającą. Są też orzechy, z naciskiem na migdały i kokos. Wszystko ślicznie dopasowane i zgrane ze sobą. Jak pieczone żeberka premium od Zyguły w sosie miodowym. Goryczka zaskakująco wyraźna, bardzo dobrze kontruje słodycz piwa. Taka delikatnie palona, szybka i efektywna. Na finiszu zdecydowanie wytrawniej, co zadziwia przy mocno słodkim profilu piwa. Głównie kawa zbożowa, kokos i wanilia. Podsumowując krótko i zwięźle... Ferrero Rocher (tak, wiem jak to się pisze) w płynie, i to z idealnie ukrytym alkoholem.

----------

Styl: Imperial Stout
Alk: 10% Obj.
Ekstrakt: 24°
IBU: b/d
Skład: zawiera słód jęczmienny (serio?)
Do spożycia: 15.12.2020


Znowu zaczynam się bawić kolorkami w zdjęciach. Mam nadzieję, że przypadną Wam do gustu. Jak się pewnie wielu z Was domyśla przestałem robić foty komórką i wróciłem do mojego ukochanego systemu bezlusterkowego. Oczywiście nadal uważam, że flagowcem można robić zdjęcia lepsze niż 80% polskiej blogosfery, ale mój artyzm wymagał ode mnie jednak czegoś lepszego.

Zostałem przy Sonym, jakoś chyba bym się nie polubił z Olympusem tak jak Michał K, który swoją drogą wrócił do blogowania (dzięki Bogu). My dzisiaj jednak nie o tym mieliśmy... Piwojad postanowił wrzucić jedno ze swoich najbardziej zaskakujących piw do beczek po winie Tempranillo. Średnio lubię takie winne połączenia, ale ostatnimi czasy zaczynam się powoli przekonywać.


Browar wchodzi w nową erę jeżeli chodzi o etykiety. Dalej będą one przeźroczyste, ale właściciele obiecują większe... zróżnicowanie graficzne. Widać to na zdjęciach powyżej. Specyficzna kreska przypomina mi trochę stare bajki typu Krecik czy też Przygody Rumcajsa. Brakuje tylko piwojada na kapslu i byłby naprawdę spoko image. Piwo jest czarne, jak wyngiel panie. Piana skąpa i szybko redukująca się do obrączki.


Miłe zaskoczenie w aromacie. Nie ma tutaj wyłącznie dominującego wina (chociaż też nie można powiedzieć, że go brakuje). Przebijają się bowiem ciemne owoce, czysta wiśnia jest w tym towarzystwie chyba najwyraźniejsza. Potem to już konkretne winogrono i tytułowa Suska wędzona. Po ogrzaniu wychodzi też trochę czekolady gdzieś w tle. Szkoda, że zapaszki nie chcą się utrzymać i całość dość szybko się ulatnia.

W życiu bym nie powiedział, że mam do czynienia z porterem angielskim (i co za tym idzie z tak niskim ekstraktem). Całość kręci się bardziej w okolicach 22° Plato, a przynajmniej takie sprawia wrażenie. Fajnie wypełnia przełyk, ale jedno mi do tego obrazka nie pasuje: wysycenie. Za duże jest, a przynajmniej według waszego uniżonego. W smaku za to mocno zaskakuje, nie byłem tak do końca przygotowany na to co zastałem w szkle... No, bo czuć gorzką czekoladę, trochę opiekanych orzechów i ogólne nuty palonego zboża. Sęk w tym, że całość przykrywa dość namiętnie grupa Tempranillo, czyli miks bardzo specyficznych owoców. Nie są to te znane nam ze zwykłych porterów powidła. Owszem są wiśnie i śliwki, ale otacza je iście winna (winogronowa) aura, która wywyższa je na swój sposób. Na papierze bym tym wzgardził, ale przy każdym kolejnym łyku coraz bardziej mi się to podoba. Szczególnie, że piwo (jak i skojarzenia z winem) okazały się być bardziej po tej wytrawnej stronie. Goryczka za to niska. To już bardziej wykręca gębę ciekawa cierpkość taninowa. Ta kumuluje się głównie na finiszu wraz winogronem i wanilią. To tutaj też czuć najbardziej drewniane nuty od beczki. Aaa i jeszcze jedno. Po ogrzaniu wchodzi delikatna wędzoność od śliwki, która już kompletnie mnie rozbroiła w połączeniu z resztą. Bardzo dziwaczne piwo, coś innego, do spróbowania i obgadania w towarzystwie. Na pewno nie przypadnie każdemu do gustu, mi akurat podeszło. 

----------

Styl: Robust Brown Porter BA
Alk: 6,4% Obj.
Ekstrakt: 16°
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienne, pszeniczny, jęczmień palony), płatki owsiane, śliwka wędzona, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 04.2020


Pamiętacie jeszcze Brodacza Miesięcznego? Ja pamiętam... trochę brakuje mi tego cyklu. Mógł się człowiek wyżalić i trochę pośmiać z głupoty ludzkiej. Oczywiście były też w nim pozytywne newsy, ale jakoś woleliście czytać o tych negatywnych o dziwo. Cykl "Szorty" miał go zastąpić, ale w tym  akurat przypadku nie chciało mi się pisać krótkich tekstów... i tak źle, i tak niedobrze.

Ja nie wiem co to się ostatnio wyprawia... Od ponad miesiąca nie miałem wolnego weekendu, bo albo tyrlandia, albo uczelnia. I tak, gdy nadeszła w końcu ta upragniona wolna sobota człowiek nawet nie zdążył się nią zachłysnąć. Tak szybko przeleciała, o niedzieli nie wspominając. Zaraz dojdzie do tego, że wolne weekendy będę traktował jak upragniony urlop... no jeszcze czego.

Ryżowa IPA z Browaru Zakładowego zdawała mi się być idealnym wyborem przed weekendem. No bo po co zaczynać od jakichś zapychających i ciężkich RiSów, skoro za oknem pogoda robi się iście wiosenna? Dlatego tropiki będą lepszą opcją, na pewno.



Chłopaki mają chyba jedne z najbardziej rozpoznawalnych etykiet w kraju. Według mnie są piękne, sam pomysł na każdą jak i kreska bardzo przypadły mi do gustu. Nawet jakość papieru poszła w górę. Z tego co pamiętam pierwsze butelki źle reagowały na wodę. Samo piwo ma barwę zbliżoną do złota, może delikatnie ciemniejszą. Jest też widocznie zamglone. Piana niska, dziurawa, ale za to chwyta się ścianek desperacko. Znika całkowicie po chwili.


Gdyby tak zaczynał się każdy urlop... świat byłby piękniejszy. Całość aż kipi orzeźwieniem i tropikami. Najbardziej wyróżnia się ananas, potem wchodzi mango. Na każdym kroku czuć ich intensywny miąższ. Trzeba się trochę namęczyć, aby przez nie przebrnąć, ale zaraz za nimi czają się też cytrusy (głównie zest z limonki). No ładnie panie, ładnie...

Pierwszy łyk trochę mnie... zdziwił. Po takim aromacie spodziewałem się trochę mniej cielistego piwa, a Wniosek Urlopowy okazał się być pełnoprawną szesnastką. Nic w tym złego nie ma oczywiście. Szczególnie, że wysycenie nadrabia (takie średnio-wysokie jest). Smakowo też zaskakuje. Po pierwsze primo: nie jest za słodkie, a trochę się tego spodziewałem po tak soczystych owocach. Owszem nadal są one dominujące (tutaj już bardziej mango, pomarańcza, grapefruit i dopiero potem ananas), ale całość ma też takie dość mocne skórkowo-albedowe zacięcie. Jako podstawę mamy pszenicę delikatnie polaną karmelem. Po drugie primo: goryczka. Wyraźna, grapefruitowa, delikatnie zalegająca. Finisz trochę pustawy, głównie cytrusy z nutą albedo po grapefruicie. Ogólnie przyjemnie, naprawdę tropikalne, ale też trochę zagubione IPA. Ryżowe piwa zawsze kojarzyły mi się z rześkością i lekkością, nawet te z dość wysokim ekstraktem. Tutaj tego tak do końca nie ma niestety.

----------

Styl: Tropikalne Ryżowe IPA
Alk: 6,6% Obj.
Ekstrakt: 16% Wag.
IBU: ~52
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), płatki ryżowe, mango, ananas, skórki owoców cytrusowych, chmiel (Citra, Mosaic), drożdże US05.
Do spożycia: 17.03.2019


Coś mnie się pomyliło... przecież to nie Isidoro wygrał ankietę na FB... Nieważne, będę musiał opisać oba piwa. I tak miałem zamiar zabrać się za premierowego bałtyka z browaru Bednary, bo chłopaki obchodzili teraz 5 urodziny. Tak swoją drogą owa "piątka" to jakaś magiczna liczba, Birbant  też powstał w tym samym roku.

Browar Bednary kojarzy mi się głównie z działką (której już nie posiadam). To tam wypiłem najwięcej ich piw uprawiając całe 3 m² Sybilli. Często zabierałem ich też w podróż rowerem... kurde, tak na marginesie zaniedbałem trochę tą część bloga. Trzeba wrócić do starych nawyków, ale my dzisiaj nie o tym mieliśmy...


Etykieta nawiązuje do (jak to określają źródła wysłane przez sam browar) najbardziej znanego pirata pochodzenia polskiego, Izydora Borowskiego. Ogólnie jest spoko nawet, ale sam styl, czy jak kto woli pociągnięcie kreski kojarzy mi się bardziej z Japonią. Piwo jest ciemnobrązowe, chociaż jak się je naleje do dość szerokiego szkła to takowych prześwitów nie widać. Piana dość niska, średniopęcherzykowa i krótko utrzymująca się.


Oho, dawno już takiego aromatu w porterze nie uświadczyłem. Dominują opiekane tosty i lukrecja. W tle nuty orzechowe i bardzo delikatny karmel. Coś mi to przypomina, jakieś piwo z dawnych lat, ale za cholerę sobie nie mogę przypomnieć które. Jakieś takie przyjemne proste, domowe wibracje mam wąchając Isidora... (tak, zdaję sobie sprawę jak to zabrzmiało). Szkoda tylko, że całość jest bardzo ulotna i po chwili ciężko jest cokolwiek wyczuć. 

Teksturę ma to bardzo fajną. Jest wyczuwalne ciałko, bardzo gładkie, ale też jakoś nieszczególnie oblepiające. Wysycenie niskie, przyjemne. W smaku... to samo odczucie co w aromacie. Ułożona prostota, którą zwyczajnie chce się pić. Jest słodowo. Opiekane pieczywo i lukrecja na pierwszym planie, a zaraz za nimi karmel wspierany orzechowymi nutami. Zero owoców, żadnych śliwek czy rodzynek. Zaskakujące jest to muszę przyznać, ale najwyraźniej tak też można. Goryczka średnia o bliżej nieokreślonym profilu. Finisz robi się dość wytrawny. Palone słody przychodzą pierwsze na myśl, ale momentami też i kawa zbożowa. Jak dla mnie dziwną, ale też w miarę pozytywnie zaskakującą rzeczą w tym piwie jest brak owocowej słodyczy, z którą większość osób kojarzy portery. A tak... to przyjemny, rozgrzewający i taki "codzienny" (na swój sposób) ciemniak.

----------

Styl: Porter Bałtycki
Alk: 7,9% Obj.
Ekstrakt: 22 Blg.
IBU: b/d
Skład: słód (wiedeński, monachijski, pilzneński, pale ale, golden ale, dekstrynowy, barwiący, pszeniczny), chmiel Marynka, drożdże W34/70.
Do spożycia: 10.07.2019


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com