Śledź mnie na:

Wiecie, że ostatni wpis z cyklu Pijanego Rowerzysty pojawił się w maju... rok temu? Aż sam się zdziwiłem. W sumie to się zastanawiam nad zmianą nazwy, bo mnie chyba googlowe i facebookowe algorytmy zjedzą doszczętnie (zasięgi w sensie).

I co? Zadowoleni jesteście? Bo Wam trochę gorąco było i już trzeba było tak narzekać? Teraz macie... 18°C w lipcu. Bóg Was pokarał i przy okazji też mi się dostało rykoszetem. Lubię ciepło... lubię też jazdę na rowerze w jednej warstwie ubrań. Teraz się tego nie da zrobić...

W dodatku kwasy czy też inne sesyjne piwa nie wchodzą już tak dobrze i człowiek musiał skoczyć do piwnicy po coś mocniejszego. Tak się składa, że miałem ukrytą na półce drugą warkę porteru bałtyckiego z Maryensztadtu. Trochę się o tym piwie naczytałem w tamtym roku i nie powiem, ślinka mi pociekła.



Etykieta ma fajną grafikę, ale nie pasuje mi zbytnio wszystko, co na nią wkleili. Rozumiem, że chcieli się pochwalić medalami itd, ale psuje to mocno ogólny odbiór. W dodatku napisy zrobiłbym mniejsze trochę. Kapsel firmowy, ładnie wygląda z białym tłem. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Beżowa piana zrobiła się dość wysoka, nawet przy spokojnym nalewaniu do tak małego szkła. Trochę szybko zaczęła się redukować, ale pozostawiła po sobie pokaźny kożuch, który zabawnie czepiał się ścianek tworząc pewnego rodzaju krater.


Shieeeet... Tak by zapewne powiedział jeden z moich kumpli wąchając to piwo. Tak w skrócie... ma złe doświadczenia z wędzonymi piwami, a tutaj wędzonki nie brakuje. Przoduje oczywiście wędzona śliwka, w dodatku ta z lepszych. Trochę przypomina kompot świąteczny, mniam. Dalej coś słodkiego, jakiś owoc. Może to być suszona figa, ale pewny nie jestem. W tle ciemne słody, trochę czekolady i co przyjemnie zaskakujące: orzechy laskowe.

Daaamn son, jakie to jest aksamitne i gładkie. Przy tak puszystym i pełnym ciele można się rozmarzyć, nie ma to tamto. Wysycenie niskie, idealnie w punkt przy takiej... piance. Smakowo dość zadziwiające, bo na pierwszym planie (minimalnie, ale zawsze) pojawia się czekolada, taka gęsta, kakaowa i tylko trochę mleczna. Wtopiona w nią jest wędzona śliwka. Gdybym pił kiedyś srunum-prunum to bym pewnie napisał, że podobne... NO ALE dalej czeka w piwnicy w kartoniku. Wróćmy do Gwiazdy Północy, o czym my tutaj... aaa, owoce. Figa jest już o wiele bardziej wyczuwalna i na swój sposób zastępuje te bardziej klasyczne ciemne owoce znane z porterów. Podstawą za to jest ciemne pieczywo z nutą toffi i moooże delikatnym popiołem. Goryczka niska, ale wystarczająco wyczuwalna. W końcu to piwo deserowe, czy też do pociumkania. Na finiszu robi się troszku bardziej popiołowo i wychodzi też lekka kawa zbożowa, taka delikatnie kwaskowata. Całość perfekcyjnie ułożona, co przy takiej różnorodności nie jest łatwe.

----------
Styl: Imperial Smoked Plum and Fig Baltic Porter
Alk: 10,1% Obj.
Ekstrakt: 26% Wag.
IBU: b/d
Skład: słody jęczmienne, wędzone śliwki, suszone figi, chmiel, drożdże.
Data rozlewu: 11.01.2019


Wzięło mnie ostatnio na wspominki. Na początku craftu w Polsce, gdy sam raczkowałem w tym środowisku popijając Ciechana Miodowego, w Łodzi pojawiła się Piwoteka. Już nie pamiętam co to dokładnie było za piwo, ale przy jednym miałem spinę z Markiem, bo chyba ostro je pojechałem. Może to był Ślepy Maks? Za cholerę nie pamiętam...

Do dziś się nie zgadzamy w paru kwestiach (jak np. w temacie lagerów craftowych), ale ogólnie się dogadujemy i szanuję go za wkład, który włożył w piwną rewolucję. Dlaczego o tym sobie przypomniałem? Bo dzisiaj mamy degustację urodzinowego piwa z Piwoteki.



Trochę mi zajęło zanim odczytałem nazwę piwa z etykiety. Średnio mi się podoba takie umiejscowienie wyrazu "urodziny"... już lepiej by całość wyglądała kompletnie bez niego. Kapselek firmowy, z bardzo dobrej jakości nadrukiem warto zaznaczyć. Piwo ma kolor ciemnego złota wchodzącego już trochę w miedź. Jest średnio zmętnione, co nie powinno dziwić po przeczytaniu stylu. Piana z początku wysoka dość szybko ulotniła się ze szkła pozostawiając dość wysoki kożuch.


Oj jak przyjemnie. Oh jak fantastycznie. Nie trzeba specjalnie wkładać nosa do shakera, aby poczuć przyjemny zapaszek jogurciku z owocami. Oczywiście takiego kwaskowatego (czyli w sumie kefiru bardziej). Są maliny i porzeczki, bardzo ładnie grające z kwaskiem. Gdzieś w tle trochę cynamonu i wanilii. Co najlepsze nawet przy ogrzaniu aromat pozostaje tak samo intensywny.

Oho, tutaj to dopiero czuć kwasek. Na początek jednak może coś o ciałku... to jest zaskakująco wysokie jak na sour ale. Mimo tego całość pozostaje orzeźwiająca i pije je się cholernie szybko i z przyjemnością. Nagazowanie takie na granicy wysokiego bym powiedział. Znowu mam mocne skojarzenia z kefirem i kwaśnymi, czerwonymi owocami. Są to głównie porzeczki, maliny i może trochę żurawiny. Całość zamyka przyjemna nuta pszeniczna gdzieś w tle. Na wyróżnienie zasługuje też słodycz laktozowa połączona z cynamonem, która pojawia się co jakiś czas. Niska goryczka wspomagana jest wcześniej wymienionym kwaskiem i według mnie tak właśnie powinno być. Na finiszu kwaśność wzrasta, ale ta bardziej owocowa. Naprawdę przyjemne i wielowymiarowe piwo. Dodatki zagrały jak trza (no może poza migdałami, których w ogóle nie wyczuwam) i nie zakryły reszty. Mogłem sobie zrobić większy zapas na te upały...

----------

Styl: Cinnamon, Vanilla and Almond Milk Sour Ale
Alk: 6% Obj.
Ekstrakt: 16,5% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), płatki owsiane, laktoza, chmiel (Citra, Cascade), drożdże US-05, kwas mlekowy, cynamon, wanilia, migdały.
Do spożycia: 06.02.2020


Na polskiej, jak i zagranicznej scenie craftowej pojawia się wiele trendów. Trochę słabe jest jednak to, że nie potrafimy za bardzo wykreować własnych (no może oprócz popytu na grodziskie parę lat temu). Podobnie jest i tym razem, chociaż chyba w trochę mniejszej skali. Moda na craftowe lagery zaczęła się w tamtym roku i jej, chyba, najbardziej znanym przedstawicielem było piwo Kryształ (teraz, po pewnych prawnych perturbacjach związanych z Perłą po prostu "K"), czyli kooperacja Pinty i browaru Łańcut.

Ludzie rozchwytywali to piwo, blogerzy nazywali je fenomenem, a ja siedziałem sobie wtedy z boku i drapałem się po głowie. Tak samo jak w przypadku Pierwszej Pomocy z Pinty, które swojego czasu chodziło po 8-9zł za butelkę... Odświeżona wersja Kryształu kosztowała w jednym z multitapów bodajże 16zł. Ja rozumiem, że każdy może sobie robić co chce w swoim lokalu, ale to akurat pokazuje skalę odrealnienia społecznego, które nas dosięgnęło. Że tak się zapytam wprost: gdzie tu ku$!% craft? 



Dobra, zajmijmy się samym piwem, bo mnie ten wewnętrzny hejt zje do reszty. Z zewnątrz całość wygląda spoko. Etykieta wzorowana na te starodawne, mocno kojarzące się z "jasnym pełnym" dawnych czasów. Kapselek firmowy, łańcutowy. Piwo mieni się ślicznie złocistym kolorem z zerowym zmętnieniem i ma typową dla lagerów pianę: bielutką i dość wysoką. Opada w średnim tempie przy akompaniamencie sporych bąbli.


No pachnie to... lagerowo. Co prawda tak poprawnie i intensywnie (co nie jest spotykane dość często w koncernowych lagerach), ale nadal... lagerowo. Słodowość na pierwszym planie, jest słodko, ale też nie ulepkowo na szczęście. Wyróżnia się chmiel, co jest wielkim zaskoczeniem. Duża porcja chmielowych ziół i trochę mokrej trawy. Nie powiem, już teraz robi się rześko i przyjemnie.

Zachęcony wziąłem spory łyk i muszę przyznać, że coś we mnie pękło. Kojarzycie tą scenę z Ratatouille z flashbackiem? Tak się poczułem właśnie. Życie stało się prostsze, bez zbędnych udziwnień. Całość chrupka, jak ten wymarzony pils za trzy zyle. Wysycenie średnie do dużego. W smaku słody (takie trochę ciasteczkowe, czy też biszkoptowe) przegryzione sporą dawką chmielu, który pozostaje jednak na drugiej pozycji. Tutaj znowu zioła i dopiero co zroszona trawa, świeżo skoszona. Goryczka nadzwyczaj wyraźna, ale też przyjemnie punktowa. Na finiszu troszku więcej ziół wyczuwam. Całość cholernie orzeźwiająca, z czystym lagerowym profilem, którego ze świeczką można szukać w koncernowych piwach. Tak, zachwyciłem się. Niestety bardzo szybko przypomniałem sobie o cenie i typowym podejściem kopyrowym, jako że craft musi być drogi i szczerze? Odechciało mi się.

----------

Styl: Lager/ Jasne Pełne
Alk: 5,2%
Ekstrakt: 12,5°
IBU: b/d
Skład: słód (premium pilsner, carapils), płatki ryżowe, chmiel (Styrian Cardinal, Styrian Wolf), drożdże dolnej fermentacji.
Do spożycia: 31.01.2020


Parę miesięcy temu piwną Polskę obiegła bardzo smutna wiadomość... minibrowar Haust przestał istnieć. Dla mnie osobiście było to dość druzgocące info, bo między innymi właśnie w jego murach zaczynałem przygodę z piwną rewolucją. Chyba każdy zna ich Citre, a i jakby nie patrzeć to właśnie tam zaczęły się początki browaru Birbant. Co najgorsze zamknięcie Hausta nie miało za dużo wspólnego z piwowarstwem, a bardziej z właścicielami budynku itd.

Rok temu nie zawędrowałem na Wrocławski Festiwal Dobrego Piwa... w sumie to już nawet nie pamiętam dlaczego. Pewnie jak zwykle jakieś zaliczenia miałem na studiach. W tym roku los się do mnie uśmiechnął, bo weekend festiwalowy miałem (jako jedyny w czerwcu) wolny. Masakra nie?

Gorąco, co nie? Ukrop straszny, chociaż na WFDP10 (relacja już w tym tygodniu) sobota wcale się taka ciepła nie zapowiadała. Zacznijmy od tego, że wiało jak cholera i padało chyba do 14:00. Co innego niedziela... No, ale człowiek musiał wracać autem do domu to na stadionie pojawiłem się tylko i wyłącznie w jednym celu: po fanty.

Jednym z nich jest nasz dzisiejszy gość z browaru Szpunt, jakaś premiera w dodatku, czy też nowość po prostu... tak do końca nie jestem pewny. Mogę sobie narzekać na ipy-sripy, ale taką orzeźwiającą nawet ja nie pogardzę w taką pogodę. To co, wychylylybymy?


Etykieta z serii tych mieniących się. Grafika przypomina słońce z pszenicy. Całość na dużym propsie. Osoba, która wpadła na ten pomysł te paręnaście piw temu powinna dostać podwyżkę. Kapsel golas, czekam z niecierpliwością na firmowy. Piwo ma kolor złoty, jasno-pomarańczowy, słoneczny wręcz... muszę dalej wymieniać? Chyba już go sobie w głowie wyobraziliście. Całość ładnie zmętniona. Piana z początku wysoka na dwa palce szybko się ulotniła. Pozostał po niej widoczny na zdjęciu kożuch. 


Już na samym festiwalu, przy dość mocnym wietrze, pachniało mi to cholernie intensywnie. W ogródkowym zaciszu jest jeszcze lepiej (tak, dzisiaj sąsiedzi nie mają imprezy, poniedziałek w końcu). Z pięści w nos dostajemy od cytrusów (rześki miks grapefruita i odrobiny limonki), brzoskwini, moreli i może odrobiny nafty. Troszku granata się nawet znajdzie gdzieś w tle. Jest też trochę pszenicy, ale to tak mocno w domyśle momentami.

Niestety już na samym początku pojawił się pewien problem jeżeli chodzi o picie Sunspota na świeżym powietrzu... Boziu jak to dobrze wchodzi przy tej temperaturze i full blast słońcu. Gdzieś prawie w połowie shakera ocknąłem się, przecież muszę to jakoś opisać! Ciałko? Bajka. Jest rześko i orzeźwiająco, a to ma przecież 15° Plato. Czuć też efekt płatków pszennych, jest bowiem taka pewna doza jedwabistości na języku. Wysycenie średnie do wysokiego. Smakowo znowu tropiki i cytrusy głównie. Grapefruit z pomelo, mango, brzoskwinka i trochę nafty. Całość na już trochę wyraźniejszej  (niż w aromacie) podbudowie chlebowej. Goryczka taka se, tak na dobrą sprawę chyba jedyny (mały) minus tego piwa. Delikatnie żywiczna, ale też zdecydowanie za krótka. Na finiszu dominują albedowe nuty, głównie grapefruita, połączone z pszenicą i odrobiną limonki. Nic mi się nie chce teraz... poleżałbym sobie na plaży z najnowszym piwem  szpuntowym w ręce jakieś... najlepiej dwa tygodnie.

----------

Styl: Wheat India Pale Ale
Alk: 6% Obj.
Ekstrakt: 15°
IBU: "niska"
Skład: słody, chmiel, płatki pszenne, drożdże.
Do spożycia: 04.06.2020


Może się Wam to wydać dziwne, ale nie mam w zwyczaju pić każdej nowości z browaru Świebodzin (mimo tego, że mam do nich dosłownie rzut beretem). To się chyba nazywa klęska urodzaju czy coś takiego. Raj miał premierę bodajże rok temu i jakoś nie miałem okazji go nawet spróbować. Przy kolejnym warzeniu postanowiłem to zmienić.

Dawno też nie było tego browaru na blogu i mój wewnętrzny, lokalny patriota zaczynał się powoli buntować. Pogoda sprzyja IPkom, a żyto w piwie uwielbiam. Dlaczego nie miałbym tego połączyć? Jak sobie przypomnę od czego zaczęła się moja miłość do tego zboża to przybywa mi mentalnie parę lat. Było to Żytnie z Konstancina, feeling old yet? Według mnie za mało mamy takich piw na rynku...


Jakoś to tak jest, że etykiety FLOV chyba każdy beergeek pozna. Mają specyficznych grafików chyba. W tym przypadku jest bardzo kolorowo z widocznym nawiązaniem do nazwy. Może być, chociaż nie do końca pojmuję dlaczego ten zielony pasek na spodzie jest tak duży. Piwo świeci się pod słońce jak złoto. Jest równiutko zmętnione i wręcz hipnotyzujące. Piana z początku wysoka, ale redukuje się po chwili do wyrazistego kożucha. Ładny lacing po niej pozostaje na ściance.


No i jest fajnie. Siedzę sobie na trawie, mrówki wchodzą mi w tyłek, a upojeni sąsiedzi krzyczą przy grillu jak to "te ku... i złodzieje z pinćset plus bioro moje piniondze". Sielsko i tak jakoś patriotycznie zarazem. Dzięki Bogu wystarczy zamknąć oczy i powąchać to co mam w szkle. Pojawiam się w tropikach, a wokół mnie liczi, trochę mango i przede wszystkich cytrusy (tutaj wyraźna skórka pomarańczy). Gdzieś w tle pojawia się też grapefruit i trochę karmelu. 

Otwieram oczy... "przecież Ci ku... nikt nie da pieniędzy za darmo, no chyba, że byś był z kościoła". Zamykam je znowu. Pierwszy łyk i znowu wracam do tytułowego raju. Ciałko większe niż w IPA zwykłym, ale to w końcu żytnia wersja więc wszystko się zgadza. Nie przeszkadza to w niczym, bo całość nadal jest dość orzeźwiająca. Wysycenie średnie, pasuje. Troszku się balans zmienił w smaku muszę przyznać. Od początku atakują cytrusy (tutaj skórka pomarańczy znowu i grapefruit), a zaraz za nimi ciągnie się delikatne mango i trochę marakui. W sumie jak się piwo ogrzeje to nawet mi to dość wyraźnie granatem zajeżdża. Podstawa słodowa mocna, ale nie wtrącająca się w paradę i bez widocznych oznak karmelu. Momentami pojawia się żyto ze specyficzną kwaskowatością, ale mogłoby go być trochę więcej. Goryczka wyraźna, ale też momentami za słaba (nawet dla mnie). Profil ma czysto albedowy (grapefruit). Finisz wytrawny, żywiczny i delikatnie imbirowy. Dobre piwo, idealne na te cieplejsze dni. Po degustacjach pierwszej warki (wyczytanych w necie) wnioskuję, że chłopaki (i jedna dziewczyna) poprawili je, bo jest lepiej zbalansowane. 

----------

Styl: Rye India Pale Ale
Alk: 6,8% Obj.
Ekstrakt: 16°
IBU: 6/12
Skład: słód (jęczmienny, pale ale, żytni), chmiel (Citra, Warrior, Chinook, Simcoe), imbir, skórka pomarańczy, trawa cytrynowa, drożdże.
Do spożycia: 31.01.2020


Człowiek myślał już, że beczkowanie piw stanie się w tym roku passé i w końcu zastąpi je jakiś nowy craftowy trend. Nic bardziej mylnego. Piwa barrel-aged nie umarły, one ewoluowały. Połączyły się z nowym pomysłem browarów rzemieślniczych jakim jest... crowdfunding.

Chcesz zostać właścicielem browaru? Nawet w 0,005%? Daj im pieniądz, a twoje marzenia się spełnią. Takie zrzutki ogłosił już browar Brodacz, Brokreacja i właśnie Pinta. Ci ostatni swój przybytek już prawie ukończyli dlatego zbierają na coś innego... mini-browar, taki do beczkowania swoich trunków. Dziś sprawdzimy sobie pewnego rodzaju "flagowca" jeżeli chodzi o ten projekt, którym jest blend lambica z browaru Oud Beersel z pintowym Grodziszem, leżakowany potem w beczce po czerwonym winie. Tyle zachodu dla wariacji z naszym jedynym, rodzimym stylem piwnym?



Etykieta (jak i butelka) nawiązuje trochę do stylu browaru belgijskiego. Prosta, ale trochę chaotyczna jak na mój gust. Te zagraniczne browary mają jakieś dziwne upodobania jeżeli chodzi o ilość tekstu... Samo piwo wygląda fenomenalnie, chociaż pewnie to zasługa szkła. Złociste, delikatnie zmętnione i z bardzo niską pianą, która szybko zmienia się w trwałą obrączkę.


Aromat jest naprawdę wyraźny, utrzymujący się dość długo w dodatku. Trzeba się trochę doszukiwać samego grodzisza, bo na pierwszym planie dominują owoce (tutaj malina i trochę porzeczki) wraz ze stajnią, i to taką wieeelgachną. Zapach koni i różnych skórzanych elementów rozciąga się w każdą stronę. Akcenty winne też się pojawiają, ale kojarzą mi się bardziej ze słodkim białym winem. Lambic z beczką ładnie przejął inicjatywę muszę przyznać, ciekawe jak co będzie dalej...

Jeden, drugi, trzeci łyk... cholera. Zapomniałem znowu, że to grodzisz jednak. W dodatku jest to mała butelka, a mnie tak suszy po jeździe, że z chęcią bym całość na raz wypił. Powstrzymałem się jednak, bo w smaku też się ciekawe rzeczy dzieją. Od początku jednak: ciałko jak w grodziszu, zwiewne i orzeźwiające (ale nie wodniste). Wysycenie pod sufit, ale tym razem nie dostałem kapslem w oko przy otwieraniu. Tutaj też pojawia się samo grodziskie, ze swoją delikatną pszenicą i nutą wędzonki. Wtapia się ona dość mocno w dzikość tego piwa (znowu ta stajnia), ale o dziwo jakoś dobrze to działa. Owoce jako solidny drugi plan robią robotę. Głównie jeżyny i maliny, ale te bardziej kwaśne których nikt nie lubi, a tutaj pasują idealnie. W ogóle cała ta kwaskowatość rośnie z każdym łykiem. Zaskakująco dobrze też pije się to piwo po mocnym ogrzaniu. Przy większości grodziszy nie można tego samego powiedzieć. Goryczka... no proszę Was. Na finiszu troszku winnych nut się pojawia (przy praktycznie samych owocach już), ale to tak byście musieli pocmokać chwilę żeby to wino wyczuć. Bez jaj, dawno nie czułem się tak smutny po tak makabrycznym odkryciu, jakim jest pusty kieliszek.

----------

Styl: Dziki Grodzisz
Alk: 3,9% Obj.
Ekstrakt: 9,5°
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), niesłodowana pszenica; chmiel; drożdże.
Do spożycia: 23.04.2020


Miło jest gdy coś człowieka zaskoczy pozytywnie, przy wcześniejszy dość pesymistycznych założeniach. Mowa tutaj o Lotnym Festiwalu Piwa, współorganizowanym przez Piwny Klub. Jeżeli dobrze rozumiem ideę, to ma to być festiwal ruchomy. W tym roku ich namioty zawitają aż do 7 miast w Polsce (głównie zachód). 

Jedni blogerzy robią sobie detoks alkoholowy, bo tak chcą, a inni... bo muszą. Nie chodzi o jakiś nadmierny alkoholizm oczywiście. Po prostu męczyłem się z chorobą "gardłowo-zatokową" prawie dwa tygodnie. Jeszcze w tym czasie przyjeżdżały #darylosu, które dobijały człowieka jeszcze bardziej...

Jednym z nich jest dzisiejsze piwo. Coś na co czekałem od bodajże ostatnich PTP. Dostałem wtedy spod lady namiastkę fortunowego barley wine i byłem nim wręcz zachwycony. "Jak tak młode piwo mnie onieśmieliło to co będzie po leżaku?" pomyślałem. Dzisiaj sprawdzimy sobie dziką wersję leżakowaną dodatkowo w beczkach po winie. Swoją drogą Pinta zbiera kasę na mini-browar tylko i wyłącznie pod beczki, a Fortuna już takie coś ma (w podobnej formie). Szczerze? Nie spodziewałem się po nich takiego czegoś, ale muszą ufać Marcinowi.



Etykieta minimalistyczna, ale jakoś tak pasuje do całości. Ładny papier, przypominający trochę ten kredowy. Pełny skład przy takich piwach zaskakuje pozytywnie, szczególnie gdy mamy do czynienia z browarem regionalnym. Kapselek też firmowy. Piwo ma piękny, ciemny, rubinowy kolor. Zdaje się być też dość klarowne. Piany nie ma w ogóle, ale przy tym stylu jest to wybaczalne.


Nie wiem czy to wina tej przerwy w piciu, czy też zasługa samego piwa, ale... jak mnie to "kopło" w nos to aż się cofnąłem o dwa metry. Tak wyraźny i elektryzujący jest aromat. Zacznijmy od podstawy: jest karmel, wyraźne pieczywo i trochę syropu, takiego z palonego cukru. Potem ciemne owoce: tutaj dominuje żurawina wspomagana śliwką. Oczywiście są też winogrona pod postacią czerwonego wina. Idealnie wtapia się w nie delikatny alkohol. Samej dzikości za bardzo nie czuję, ale wydaje mi się, że "poszła w smak".

Ahm, 27% ekstraktu jak w mordę strzelił. Uwielbiam to w barley wine'ach. Człowiek ma dziwnie zakodowane w głowie, że takie ciałko to tylko przy RiSach i porterach, a tutaj coś takiego przy piwie, przez które można coś nawet zobaczyć w szkle. Wysycenie średnie do niskiego. Pasuje, ale nie obraziłbym się gdyby było ciut niższe. Role się trochę pozmieniały, bo to owoce wyszły na pierwszy plan. Znowu mamy śliwkę (może nawet lekko podwędzaną), żurawinę i co zaskakujące... maliny, które wprowadzają dość specyficzną słodycz. Oczywiście jest też ta idealna wręcz podstawa słodowa czyli: skórka od chleba, melasa i karmel. Czerwone wino (lekko kwaskowate) wraz z beczką są przepiękną kontrą tego wszystkiego. Aż dziw, jak przy takim naporze smaków udało się im wybrnąć z opresji. Goryczka bardzo delikatnie zaznaczona, w ogóle mi ona tutaj nie jest potrzebna. Finisz w końcu ujawnia dziką stronę tego piwa. Derka szaleje aż miło przy akompaniamencie owoców (głównie malin i jeżyn). Alkohol wyczuwalny tylko przez rozgrzanie duszy i ciała. Wszystko tutaj jest wyraźne i zdaje się do siebie pasować. Nawet jeśli prowadzi walkę z resztą, co jest dziwne. Piękne piwo, kwintesencja powolnego sączenia i zachwytu nad doświadczeniem piwowara.

----------

Styl: Wild Barley Wine
Alk: 13.1% Obj.
Ekstrakt: 27% Wag.
IBU: b/d 
Skład: słód (pale ale, cookie, karmelowy, czekoladowy, pszeniczny), ekstrakt słodowy jęczmienny, chmiel (Amarillo, Columbus, Citra, Chinook), drożdże WLP648 Brettanomyces Bruxellensis Trois Vrai, US-05
Do spożycia: 31.03.2022


Siedzę sobie teraz w domu, bo mnie choroba zaatakowała i czytam różne rzeczy, głównie te w internetach. Nagle ktoś na Jepiwke wrzuca artykuł do strony pewnej gazety, której nie zdzierżę tak samo jak wszystkich innych, pseudo informacyjnych w naszym kraju. Tam Pan Złotówa narzeka, że pijemy piwo za 15zł. No, ale może zacznijmy od początku.

Wschodnia Europa rządzi się swoimi prawami. Taki Polak na przykład dostaje szału jak wyczuje na dworze temperaturę powyżej 10'C. Wyjmuje wtedy z lodówki dawno zamarynowane mięso (specjalnie oczekujące pierwszych ciepłych dni wiosennych) i idzie rozpalać grilla. Mamy podobnie ze znajomymi, ale dorzucamy jeszcze do tego planszówki pokroju Talizmanu itp.

Problem (jak co roku) pojawia się z wyborem piw. Wyjścia są dwa: albo kupujesz sprawdzone i modlisz się, aby jakość kolejnych warek trzymała poziom, albo ryzykujesz coś nowego. Wczoraj zaryzykowałem "najnowszą" (tak wiem, premierę miało to piwo już jakiś czas temu) Podróżą Kormorana, czyli goryczkowym, amerykańskim lagerem. Wredni mogą powiedzieć, że trochę słabo jak na craft, ale do grilla pozycja idealna się wydaje według mnie.



Etykieta nie zmieniła się w ogóle. Ładna grafika przypominająca człowiekowi stare dobre czasy, gdy craft się rozwijał prężnie i nikt nawet nie myślał o aferach. Niestety nadal jest niechlujnie przyklejona. Trochę szkoda, bo papier jest naprawdę premium, no i ktoś się namęczył przy tych ich "morskich opowieściach". Piwo ma złoty kolor i jest ciut zmętnione, duża porcja syfu zostaje bowiem w butelce. Piana wysoka, ale dziurawa. szybko się redukuje do dość pokaźnego krateru i taka już pozostaje przez dłuższy czas.


Nooo... nie zaczyna się za dobrze. Aromatu to to za dużo nie ma szczerze mówiąc. Głównie słodowe: trochę chlebka z odrobiną masła. Tego ostatniego już dawno nie czułem w piwie muszę przyznać. O jakichkolwiek chmielach (tym bardziej amerykańskich) słuch zaginął. Nie zdążyłem nawet przewrócić mięsa na grillu, a już zapaszków kompletnie nie było.

W smaku jest już lepiej, ale też nie przesadzałbym z zachwytami i innymi ohami i ahami. Ciałko jest jak przy dobrej czternastce, a i wysycenie dość mocne się wydaje. Całość ma takie przyjemne, chrupkie zacięcie. Jest słodowo, czysto i lagerowo (na serio w tej kategorii nie ma się co rozpisywać), ale też wytrawnie. Trochę mnie to przy tym stylu zmyliło, ale tak zaskakiwany to ja mogę być codzienne. Goryczka niska, można by było popracować trochę nad jej wzmocnieniem. Finisz psuje trochę odbiór piwa, bo zalega nieprzyjemnie taką jakąś dziwną nutą kredową. Ogólnie spoko, do karkówki jak znalazł (szczególnie w kontekście pospolitych eurolagerów). Nawet dość duża ilość alkoholu jest naprawdę bardzo dobrze ukryta. Problem polega na tym, że za cholerę nie ma wyczuwam w tym amerykańskich chmieli... No i nie pasuje mi to jako całość do cyklu Podróże Kormorana, w ogóle.

----------

Styl: Brut American Lager
Alk: 7,5% Obj.
Ekstrakt: 14,5% Wag.
Goryczka: b/d
Skład: słody jęczmienne, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 27.05.2019


Strefa nowych browarów na WFP jest... dziwna. Z jednej strony fajnie, że festiwal stara się dać im szansę, ale z drugiej... miejsce gdzie ich umiejscowili zdawało się być (z braku lepszego słowa) ciasne. Pomijając ten fakt można było tam wyhaczyć parę piwnych perełek.

Dwie z nich były tworem dość młodego browaru Funky Fluid. Niestety swojego kwasa uwarzonego specjalnie na Beer Geek Madness nie mieli w butelkach, ale już "zamuloną" IPA tak. Trochę teraz żałuję, że nie kupiłem też ich szkła, ale to przy następnej okazji.


Chłopaki musza mi wybaczyć, ale ta etykieta jest chyba jedną z najbrzydszych jakie widziałem. No sorry ziomki, ale kleks z cholernie niepasującym w tym akurat miejscu logo wygląda tragicznie w moich oczach. Piwo za to przyciąga uwagę (pozytywnie). Ładny złoty kolor, równiutko zmętnione w dodatku. Piana niska, nie chciała się zbytnio tworzyć. O dziwo sam kożuch widoczny poniżej utrzymywał się bardzo długo.


Ano, takie je zapamiętałem po wizycie w Warszawie. Soczysty aromat cytrusowo-tropikalny jest cholernie wyraźny i tak samo intensywny. O dziwo najbardziej wyczuwalne są mandarynka i pomelo. Potem trochę brzoskwini i pomarańczy, a na końcu lekka pszenica. Jest też jeszcze bardzo, ale to bardzo delikatna nafta, która w tym przypadku akurat pasuje idealnie.

W ustach pierwsze co uderza to dość wysokie nagazowanie, ale tutaj akurat człowiek się do niego przyzwyczaja dość szybko. Takie wysycenie może tylko pomóc NEIPA według mnie. Ciałko jest, owszem, ale nie wchodzi w paradę nikomu i nie zapycha. Smakowo powtórka z rozrywki czyli: soczyste owoce na lekkiej podbudowie pszenicznej (trochę przypominającej nawet pieczywo). Tym razem to pomelo wskakuje na pierwsze miejsce, zaraz za nim pomarańcza, brzoskwinia i limonka. Owoce kłują delikatnie, ale w taki przyjemny sposób (tak jak cytrusy powinny), a nie tak jak Antracyt z Gzuba... Przez cały czas pilnuje tego wszystkiego biała skórka od chyba pomelo. Goryczka na średnim poziomie, punktowa i taka lekko grapefruitowa. Na finiszu albedo wchodzi na wyższe obroty, ale nie macie się czego obawiasz, bo całość traci wtedy na intensywności. Naprawdę fajna i poprawna "błotnista" IPkA. Nie wiem też czy mi się tylko zdaje, ale po lekkim ogrzaniu wychodzą iglaki nawet.

----------

Styl: New England IPA
Alk: 5,4% Obj.
Ekstrakt: b/d
Goryczka: 3/5
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), płatki owsiane, chmiel (Citra, Mosaic, Simcoe, Chinook), drożdże.
Do spożycia: b/d 


Jedną z nielicznych butelek zakupionych przeze mnie na Warszawskim Festiwalu Piwa (relacja tutaj) był "zwyczajny" RiS z browaru Gzub. Dlaczego? No chyba nie muszę Wam tego tłumaczyć? Nie przypominam sobie browaru w Polsce z taką butelką-granatem.

Jak tak sobie teraz myślę, to z Gzuba za dużo piw w swoim życiu nie wypiłem. Kto wie, może to będzie początek niespodziewanej miłości? Na swoim stanowisku w Warszawie mieli jakieś tam wzięcie to chyba wpadki nie będzie?


Pięknie dziwaczna butelczyna oklejona jest dość prostą, ale jakże pasującą etykietą. Skojarzenia z opakowaniami starych lekarstw w jeszcze starszych aptekach są jak najbardziej na miejscu. Nawet papier przypomina swoją chropowatością ten z dawnych lat. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Piana bardzo wysoka, ale miejscami dziurawa. Na szczęście dość długo się trzyma i ma charakterystyczną "piankę" na wierzchu. Lacing też niczego sobie.


Coś tu jest jednak nie tak... Pierwszy niuch przyniósł aromaty... winne. Takie delikutaśne, ale zawsze. Raczej czerwone wino, bo właśnie takie owoce przychodzą na myśl jak czerwony winogron i trochę wiśni. Bardzo daleko w tle trochę czekolady i w sumie nic więcej. Po dość wyraźnym ogrzaniu dochodzi też lekki karmel. Mam złe przeczucia...

Zapnijcie pasy, wsiadamy na shitstormowy rollercoaster. Po pierwsze: całość jest przegazowana, jak jakiś podły schwarzbier. Dodatkowo ciałka w tym jak na lekarstwo. W życiu bym nie powiedział, że ten "RiS" ma powyżej 20° ekstraktu. W smaku jest kłująco, nieprzyjemnie, za ostro nawet jak na ten styl. Nic tutaj do siebie nie pasuje, wszystko się gryzie ze sobą. Dobra wojenka smaków nie jest zła w RiSie, ale tutaj to... szkoda gadać. Na początku szczypie (ale bardzo krótko) gorzka czekolada, potem wchodzi jakiś sfermentowany owoc, albo i nawet dwa (winogron i rodzynki). Do tego dochodzi delikatna nuta rozpuszczalnikowa. Każde z nich uderza jak igła, bez przysłowiowej spoiny, lub czegokolwiek innego. Goryczka? Jakaś tam jest, może i nawet lekko palona. Niestety szybko o niej człowiek zapomina, bo na finiszu wchodzi kolejna igła pod postacią zwietrzałej kawy. Nie zrozumcie mnie źle... uwielbiam sado-maso w ciemnych piwach. Antracyt jest po prostu beznadziejnym chaosem o intensywności zwykłego ciemniaka, a nie RiSa z krwi i kości.

----------

Styl: Russian Imperial Stout
Alk: 10,8% Obj.
Ekstrakt: 23°
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), chmiel, drożdże.
Do spożycia: 01.12.2020


Możecie mi uwierzyć lub nie, ale nie byłem nigdy na Warszawskim Festiwalu Piwa. Wiem, dziwne to się wydaje dla kogoś, kto z piwa rzemieślniczego zrobił sobie hobby. W dodatku sam event jest dwa razy do roku, czego nie rozumiałem kompletnie... do dzisiaj.

Pełnoprawna wiosna zbliża się wielkimi krokami. W tym tygodniu ma być nawet 20'C z praktycznie bez chmur. My, Polacy, nie musimy czekać długo. Już widziałem parę imprez na świeżym powietrzu, gdzie głównym daniem jest kiełbasa z grilla. Dlatego właśnie trzeba znaleźć idealne piwo na tą okoliczność w sezonie 2019.

Jakie są kryteria? Orzeźwienie, może jakiś tam kontrast do tłustego mięsa i jak najniższa ilość alko. Nie będziemy się jednak skupiać na piwach bezalkoholowych, bo to nie ma sensu przy grillowaniu. Na pierwszy ogień postanowiłem wziąć jedno z najnowszych piw AleBrowaru, bardzo lekkie, amerykańskie pale ale. Jak sama nazwa wskazuje jest podwójnie chmielone na zimno, z czego wiele osób się śmieje, ale czasami prowadzi to do naprawdę zaskakujących efektów.



Widzę, że chłopaki ciągną modę na proste etykiety (tak jak to było w przypadku ich New Wave Gose). Niestety zaczyna mnie to trochę irytować, szczególnie dobór czcionek... Kapsel firmowy, za każdym razem jak na niego patrzę przypomina mi się ten pierwszy, unikatowy. Samo piwo ma piękny, pomarańczowy kolor i jest wyraźnie zmętnione. Piana wysoka, trochę dziurawa. Trzyma się jednak nad wyraz długo przy tak słabej konstrukcji.


Przypomnę Wam tylko, że to piwo ma 3,6% alko. Dlaczego? Bo na pierwszy rzut nosem w ogóle na takie nie wygląda. Aromat mocno cytrusowy, głównie grapefruit i mandarynki. Soczyste do granic możliwości. W tle dopełniające tropiki, tutaj głównie mango czuć. Momentami zdaje mi się nawet, że wyczuwam jakieś iglaki, ale to może mi się tylko wydawać.

No dobra, mamy to. Idealne piwo na biwak, grilla (wiosno szybciej!) czy też jakąkolwiek inną "akcję" na świeżym powietrzu ze znajomymi. I możecie też wliczyć w to towarzystwo zagorzałych craftopijców. Jest soczyście, nowofalowo i orzeźwiająco. Dwunastka (dla nowych chodzi o ekstrakt) jak się patrzy. Wysycenie średnie, do wysokiego. Tak idealnie pod karkóweczkę. Jeżeli chodzi o sam smak to pierwsze co naprawdę zaskakuje to... brak słodyczy. Może inaczej się wyrażę: wytrawność. To ona króluje wraz z eksplozją owoców cytrusowych i tropikalnych. Mamy pomelo (z małym dodatkiem skórki białej), grapefruit, pomarańcze i delikatną nutę mandarynek. W tle pojawia się trochę nafty i... herbata. Średnio lubię ją w piwie, ale tutaj akurat bardzo fajnie komplementuje resztę. Goryczka zauważalna, ale punktowa. Przy tak lekkim piwie pasuje idealnie. Na finiszu pojawia się dodatkowo delikatna żywica. Boziu jakie to jest dobre i orzeźwiające. Dobrze wiecie jak ciężko mi jest amerykańskimi chmielami zaimponować, bo jestem swego rodzaju hejterem przechmielania wszystkiego co ma słód w sobie. AleBrowar powraca do najwyższej formy chyba.

----------

Styl: American Pale Ale
Alk: 3,6% Obj.
Ekstrakt: 12% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, owsiany, dekstrynowy), płatki (owsiane, pszeniczne), chmiel Centennial BBC, drożdże.
Do spożycia: 04.11.2019


No... to prawda. Ja, niespotykanie spokojny człowiek, żywię jakąś wrodzoną niechęć do Beatlesów. Nie potrafię pojąć fenomenu, szczególnie w naszych czasach. Traf chciał, że dostaliśmy zaproszenie od znajomych mieszkających na wyspach. Nigdy tam nie byłem, na serio. Z tego co słyszałem Lądek-Zdrój jest passé, a Liverpool to całkiem inna bajka.

Rzygać mi się chcę jak widzę te wszystkie reklamy na Dzień Św. Patryka. Zielone piwo... które na 99,9% ma w sobie barwnik to jeden z największych kiczów w świecie piwnym. Niestety ta moda wchodzi też do craftu, niektóre browary rzemieślnicze i regionalne powinny się wstydzić za swoje posty na fejsie podczas tego weekendu...

Pewnie chcielibyście powiedzieć "weź to olej ziom", ale jakoś tak nie potrafię... Może dlatego, że to dzień moich imienin? Kto wie. A może dlatego, że zawsze gdy sobie przypomnę o Lubuskim Zielonym to mam dreszcze? Brrr. Olałem zatem całe to zło i po powrocie do domu w niedzielę usiadłem sobie na spokojnie z... Wilkiem. I to nie takim zwyczajnym, który biega sobie po lesie w mojej okolicy i straszy rowerzystów, o nie. Z takim specjalnym z dodatkiem kory z drzewa Umburana. Czy będzie to udany debiut tego browaru na blogu? Sprawdźmy.


Buteleczka prezentuje się wyśmienicie, od razu zwróciłem na nią uwagę w sklepie. Z jednej strony proste tło z głową wilka (logo browaru), a z drugiej ręczna grafika od której nie można oderwać wzroku. Piwo czarne, nieprzejrzyste. Piana średniej wielkości, tak samo dziurawa tu i tam. Żywot miała średnio długi.


Rzeczywiście jest to trochę podobne do tonki, ale da się je obie spokojnie rozróżnić (a przynajmniej tak mi się wydaję). Jest marcepan, ale dodatkowo wspomagany szczyptą cynamonu i orzechów. Najbliżej im do migdałów chyba. Naprawdę ładny aromat, szkoda tylko, że nie jest jakoś szczególnie intensywny.

Pierwszy łyk wziął mnie trochę z zaskoczenia. Szybkie spojrzenie na butelkę jednak i już jest ok. Jak zwykle przy imperialnych stoutach założyłem, że ma minimum 24 ekstraktu. Tutaj jest lekko ponad 20 i właśnie takie odczucie w ustach pozostawia to piwo. Niby już trochę ciałko czuć, ale bez przesady. Wysycenie średnie, pasujące do całości. W smaku wszystko układa się trochę inaczej niż w aromacie. Na pierwszym planie czekoladowa podstawa, gorzka i delikatnie posypana zmielonymi ziarnami kawy. Potem pojawia się jakiś ciemny owoc, lekko kwaskowaty. Chyba czarna porzeczka jeżeli mnie kubki smakowe nie mylą. Zadziwiająco dobrze pasują do tej czekolady. Dalej marcepan, już tak trochę przygaszony i w końcu goryczka. Bardzo krótka, ale wyraźna. Finisz jeszcze bardziej kwaskowaty (ale nadal w granicach normy), ale też taki... drzewny na swój sposób. W trakcie ogrzewania się piwa owa korowość i porzeczki zyskują na sile. Alkohol ukryty perfekcyjnie. Ciekawy stout, naprawdę. W końcu ta kora z drzewa Umburana to nieznany dodatek jeżeli chodzi o nasz polski crafcik i ma do czego go porównać. Na pewno wnosi ciekawsze smaczki do piwa niż kolejne zachmielenie amerykańskim zielskiem. Jedyne do czego mógłbym się przyczepić to ciałko, na pewno lepszy byłby z deczka wyższy ekstrakt.

----------

Styl: Imperial Stout
Alk: 8,9% Obj.
Ekstrakt: 20,5° BLG
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienne, karmelowe, czekoladowe), kora drzewa Umburana, chmiel Iunga, drożdże US-05.
Do spożycia: 30.05.2021


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com