Śledź mnie na:

 

Dziś mam dla Was same fotki z weekendowego Lotnego Festiwalu Piwa w Zielonej Górze. Byłem tam raptem 2 godziny w sobotę, dlatego nie mam się co rozpisywać. Akurat jestem po chorobie, wolałem nie przeginać. Inna sprawa, że chłopaki z Piwnego Klubu nie mają lekko w tym roku...


Ja już chyba się starzeję, ale denerwują mnie zmiany... Blogger ostateczne zmienił wygląd UI na takie... "wielkie". Nowy Facebook to samo zrobił. Nie rozumiem tego, bo przecież o wiele mniej informacji się mieści wtedy na ekranie. Tyle dobrze, że uznali zgłoszenia (również moje) co do bugów i większość poprawili.

Inna sprawa, że akurat siedzę w domu w tym tygodniu (jakieś tabsy muszę brać) i stwierdziłem, że trzeba trochę backlog pociągnąć na stronie. Dlatego dzisiaj zajmiemy się pastry stoutem z Mermaid Brewing, który będzie ich swoistym debiutem na łamach Brodacznego Piwosza. Piwo wypiłem przy okazji weekendowego wyjazdu nad morze, a że momentami wiało jak cholera i padał zimny deszcz... wpasowało się idealnie.
 

Etykieta bez szału, ale taki był chyba zamysł akurat. W końcu nazwa wyśmiewa się trochę z mocnych lagerów, tzw. mózgotrzepów, a jak wiemy te z etykiet nie słyną raczej. Piwo za to prezentuje się przepięknie. Czarne, nieprzejrzyste, z delikatnymi przebłyskami brązowymi przy nalewaniu. Piana beżowa, wysoka i z dość dużymi bąblami tu i tam. Dają one jednak piwu dość specyficzny wygląd, tak jakby... kruszonki na cieście. Całość trzyma się też dość długo muszę przyznać.


Aromacik... intensywny, jak gołoten machen. Głównie kokos, marcepan, trochę owsa i mleczna czekolada. Gdzieś w oddali lekka korzenność się pojawia, ale w ogólnym rozrachunku jest słodko. Jak na pastry przystało. Podoba mnie się te zestawienie, ale coś czuję, że nie będzie lekko... Ku ścisłości, jest to wersja z dodanymi aromatami.

Podczas nalewania było już widać, że gęste to będzie jak syrop. 30% ekstraktu pięknie przykleja się do szkła, ale jeszcze lepiej do przełyku. Jak taki syrop na kaszel, tyle że smaczny. Wysycenie trochę (troszkę nawet) psuje odbiór, bo jest ciut za wysokie, ale szybko się o tym zapomina. Na pierwszym planie niezwyciężone trio: mleczna czekolada, kokos i marcepan. Wtóruje im wanilia i co najbardziej zaskakujące: kawa zbożowa (delikatnie kwaskowata) i coś prażonego (zapewne jęczmień). Chłopaki mieli dosyć wyłącznie słodkich przedstawicieli "stylu" i dorzucili wyraźną, ale nie dominującą kontrę do swojego piwa. To trzeba zachwalać ludzie. Goryczka też jest całkiem dobrze zaznaczona. Mam też dziwne wrażenie, że jest lekko ziołowa (i to mi jedynie w tym piwie nie pasuje). Na finiszu wychodzi słód żytni, ze swoją specyficzną kwaskowatością. Po ogrzaniu dochodzi też coś w stylu likieru kawowego. Całość przypomina trochę takie gorzkie brownie, czaicie o co mi chodzi, c' nie? 10% alko rozgrzewa z ukrycia, pięknie je schowali (pomijając wcześniej wspomniany, pozytywny likier). Biorę dziesięć panie badylarz, z miejsca.

----------

Styl: Pastry Stout
Alk: 10% Obj.
Ekstrakt: 30% Wag.
IBU: b/d
Skład: zawiera słód (jęczmienny, pszeniczny, żytni, owsiany), płatki jęczmienne, płatki pszenne, jęczmień prażony, laktoza.
Do spożycia: b/d


Jakby tak sobie człowiek miał usiąść na chwilę podumać o stanie wizerunku polskiego craftu, to by chyba nie wiedział od czego zacząć. Pomijam już sam wygląd (etykiety itd.), strony internetowe (czy bardziej ich brak) i fanpage facebookowy. Chodzi o przekaz...

I tak każdy zna chyba tekst "Warzymy co lubimy" browaru Trzech Kumpli, lub "Radość z Warzenia" Pinty. Do tego grona chce dołączyć Brokreacja ze swoim nowych hasłem (i piwem o tej samej nazwie) #calltocreate. W sumie jakby się tak zastanowić, to nie potrzebują tego, bo mają już dość dobrą pozycję na rynku. A wszyscy wiemy, że ich prawdziwym hasłem jest pewna przyśpiewka...



Chcieli, to mają. Etykieta przedstawia to, co według mnie robią najlepiej czyli ciemniaki. Prosta, z dużym logo i nazwą. Niczego więcej nie trzeba w tym przypadku. Trochę mam skojarzenia z takim ich podstawowym produktem, "core" jakby to można było określić po angielsku. Piwo podobnie czarne, ale da się wymusić rubinowe refleksy. Piana niska, utrzymała się może 5 sekund. Pozostał po niej poniższy kożuch.


Dożyliśmy takich czasów, że wędzony aromat porteru to dla nas coś podstawowego... ale jakże pięknego zarazem. Wąchać mógłbym to godzinami proszę państwa. Wędzonka taka lekko szynkowa, nieinwazyjna i przyjemna. Potem książkowe, porterowe nuty (śliczna śliweczka i wybitna czekolada), trochę ciemnego pieczywa i wanilii. Wędzoność robi się mocniejsza w trakcie ogrzewania się piwa. Naisuuu.

W ustach jest jeszcze lepiej, chociaż muszę się do jednej rzeczy przyczepić. Czuć, że ciałko ma swoją wagę, ale dość wysokie nagazowanie przeszkadza trochę w odbiorze. Jakby to pominąć, to jest gęsto, oblepiająco i smacznie. Podstawą znowu jest jeden z najlepszych, czystych porterów jakie piłem. Czekolada (ze szczyptą tej gorzkiej), palone słody, trochę cukru trzcinowego i śliweczka. Ohhh baby, ta śliweczka! W tle dodatkowo rodzynki i reszta szeroko pojętych ciemnych owoców. Z beczki po bourbonie mamy przyjemny, delikatnie wyczuwalny słodszy alkohol (rozgrzewający głównie z ukrycia) i trochę wanilii. Goryczka minimalna. Reszta kompozycji jest mega wyraźna i jakoś mi jej szkoda nie było. Na finiszu więcej gorzkawej czekolady i wędzonka, która o dziwo dopiero tutaj się pojawia. Jak taka wisienka na torcie. Cholernie dobre jest to piwo, a jakie... "proste".

----------

Styl: Smoked Imperial Baltic Porter Bourbon BA
Alk: 10% Obj.
Ekstrakt: 25 Plato
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny wędzony bukiem, Monachijski typ II, Brown, Caramunich typ III, Specjal B, Chocolate, Chocolate Rye), cukier brązowy, chmiel Perle, drożdże.
Do spożycia: b/d


W dzisiejszych czasach trzeba ostro kombinować. Z jednej strony szkoda wszystkich eventów, nie tylko piwnych, ale z drugiej... nikt chyba nie życzy sobie w swoim CV punktu z wywołaniem nowego ogniska Koronki.

Właśnie dlatego trochę średnio rozumiem niektóre imprezy, które powoli pojawiają się w kraju. Niby na papierze wszystko jest: 2 metry odstępu, maseczki w razie czego itd. Dobrze jednak wszyscy wiemy jak ludzie się zachowują, a co najgorsze, jak to organizatorzy potrafią zlać. Przecież się starali, wytyczne były. Właśnie dlatego Warszawski Festiwal Piwa przeniósł się w tym roku do internetów. Wczoraj mieliśmy mały przedsmak tego, kolejna data to 5 września, zapiszcie sobie.



O etykiecie mogę tylko tyle powiedzieć, że jest hipsterska. Nawiązuje do nazwy i insynuuje, że Miami lat 80'tych było prawdziwym rajem. Kapselek urzekł mnie bardziej, sumik pierwsza klasa. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste i widać gołym okiem, że także gęste jak cholera. Piana niska, szybko redukująca się do małej obrączki.


Aromacik "sycący". Jest kokosik, czekolada i wanilia. Te dwa pierwsze nie dają jednak odczucia podobnego do Bounty. Może to przez czekoladę, która nie przypomina za mocno mlecznej. No i ta dość wyraźna nuta ciemnych słodów, która miesza w kotle. 

Aha, browar napisał u siebie, że przez dodanie kokosa i wanilii udało im się uzyskać RiSa całorocznego (nie żebym miał problem kiedykolwiek z piciem ich przez cały rok). Coś tu jednak nie gra, bo za cholerę mi to nie pasuje do tych dzisiejszych upałów. Żarty żartami, ale ciałka to to ma, ojjj ma. Przyjemnie lepi się do przełyku, w czym pomaga też niskie wysycenie. Na pierwszym planie lekko gorzkawa czekolada, z domieszką kawy zbożowej. Potem trochę paloności, która przybiera na sile wraz z ogrzewaniem się piwa. Kokos słabszy niż w aromacie, ale nadal dość przyjemnie wyczuwalny. Wanilia za to przybrała na wadze i osładza to całe towarzystwo. Przez cały czas piwo balansuje na granicy słodkości/wytrawności. Goryczka średnia do niskiej, moooże z lekko palonym profilem. Na finiszu robi się bardziej kawowo i kokosowo. Ten ostatni jakby nawet taki przypalany trochę. Alkohol mocno rozgrzewa, ale głównie z ukrycia. Czasami gdzieś się pojawi w szlachetnej formie. Fajnie to wszystko gra muszę przyznać. Się znają chłopcy z USandA na crafcie.

----------

Styl: Imperial Stout with Coconut & Vanilla
Alk: 13%
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: b/d
Do spożycia: b/d


Lubię wracać do dobrych rzeczy. Nie muszą być to oczywiście piwa, ale jakoś tak zazwyczaj wychodzi, że są... Takie hobby, co zrobisz. W tym przypadku postanowiłem (a tak na serio to Wy zadecydowaliście w ankiecie) wrócić do starych czasów kooperacji zagranicznych Piwoteki. I to nie jakiś tam pierdów, bo przecież De Molen to chyba każdy zna.

Prawie 3 lata temu opisałem wersję z whisky (łooo tutaj) i przypadła mi ona do gustu, nawet bardzo z tego co pamiętam. Tę z Sherry zakopałem w piwnicy i o niej zapomniałem... Dobrze, że na nowym lokum mam większą piwnicę i wszystko ładnie widać na półkach.


Etykieta to szeroko pojęte połączenie obu browarów. Mamy grafikę piwotekową i rozmiar papieru jak u De Molena. Ładna ta grafika muszę przyznać. Jedna z niewielu, gdzie nie przeszkadza mi taka ilość tekstu. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Piana bardzo niska, szybko zanikająca. Przy takiej ilości alkoholu i leżakowaniu jakoś mnie to nie dziwi. 


Jak na piwo, które przeleżało w piwnicy prawie 3 lata całkiem dobrze i intensywnie to pachnie. Jest potężna, gorzka czekolada i tak 1/3 normalnej dawki kawy. Potem palone (ale nie spalone) zboże i może delikatne podpiekane orzeszki. Żeby tego było mało czuć czerwone owoce, nuty winne i beczki. Te ostatnie na granicy bardzo starego drewna z lekko wilgotnej piwnicy. 

Oho, dobrze, że się akurat chłodno wieczorem zrobiło. Chociaż... blogerzy mają takie fetysze, aby grube, ciemne piwa pić latem (co nie Majkel?). Ciałka jest w tym sporo. Ekstrakt sięgający prawie 30% wagowo to już nie w kij dmuchał trzeba przyznać. Szczególnie przy tak niskim wysyceniu. Gęste to cholerstwo jest, ale zadziwiająco mało oblepiające zarazem. Czekolada i w smaku wiedzie prym, ale nie jest jakoś szczególnie zachłanna i pozwala dojść do głosu reszcie. Na przykład dobrze wpasowanej kawie, delikatnie zbożowej. Potem palone słody, trochę drewna (tego samego co w aromacie) i śliwki z wiśnią. No... te dwa ostatnie może z deka bardziej "trochę". Ciągle mi chodzą po głowie takie super duper premium praliny gorzkie, co może raz mi dane było w życiu je spróbować... Nie mogę sobie jednak ich nazwy przypomnieć. Całość okraszona nutą miodu gryczanego. Tak wiem, mnie też to mocno zdziwiło. Goryczka niska, ale wyczuwalna. W sumie to dobrą robotę zrobiła już wcześniej gorzka czekolada. Na finiszu wychodzą (dopiero) winne akcenty, lekkie taniny i bardzo zamglony posmak winogron. Gorzka czekolada nadal jednak dominuje. Nie przeszkadza mi to, bo jej profil jest wręcz przezajebisty. Tak jak całe piwo. Alkohol się pięknie schował i rozgrzewa mocno, ale po kryjomu.

----------

Styl: Russian Imperial Stout with Rowanberry Sherry BA
Alk: 13,8% Obj.
Ekstrakt: 29,7% Wag.
IBU: 110 (hehe)
Skład: słód (belgisjki pils, monachijski, mild, karmelowy 120, czekoladowy, zakwaszający, pszeniczny), płatki owsiane, palony jęczmień, jarzębina, chmiel Zeus, drożdże Danstar Nottingham.
Do spożycia: 18.08.28


Przyznam się, że na początku wykluczyłem szosę z tego cyklu, bo "na asfalcie" picie piwa jednak mi się jakoś kłóci z osobistym podejściem do życia (co innego na MTB w lesie). Zapomniałem jednak, że przecież craftowcy wypuścili parę fajnych opcji bezalko ostatnimi czasy.

Chodzi za wami czasami jakieś piwo? Za mną często, ale nie aż tak jak The Barber z Brokreacji ostatnio. Może to dlatego, że kupiłem sobie zapas w Lidlu? No co, nie wiedzieliście, że panowie trafili na półki tego marketu? Tak wiem, że trzeba #wspieraćpolskikraft itd... ale mój lokalny sklep (bagatela 50km ode mnie) dwa razy wystrychnął mnie na dudka wielką tabliczką "ZAMKNIĘTE".

Jak z jakością owej NEIPA? Zaraz się przekonacie. Wiadomo, są nam powszechnie znane mity i legendy jakoby warzenie do marketów było robione po macoszemu, co by przyoszczędzić jak najwięcej. Czy tak będzie i tym razem?



Jedno co mi się zawsze podobało w Brokreacji to trzymanie się tego samego stylu etykiet od samego początku. Każde piwo to jakaś postać, rysowana w tym samym stylu. Naprawdę spoko to wygląda i uważam, że mają jedne z najlepszych IMAGE (licząc też czas od rozpoczęcia działalności) w naszym świecie piwnym. Co do samego piwa... no new england jak nic. Soczyście pomarańczowy kolor zmętniony dość obficie, bez farfocli jakichkolwiek. Piana wysoka, średnio utrzymująca się, ale też ładnie przyklejająca się do ścianki szkła.


Aromacik uderzył mnie zaraz po odkapslowaniu, a nie miałem nosa jakoś szczególnie blisko butelki. Ostre walnięcie cytrusowo-tropikalne z delikatną żywicą. Naprawdę spoko zapaszki, szczególnie gdy człowiek doda jeszcze kapkę trawy gdzieś w tle. Intensywność zanika jednak gdzieś mniej więcej w połowie szklanki.

Czyli patrząc na czas picia, dość szybko. To piwo pije się bowiem naprawdę dużymi łykami. Ku "uciesze" purystów piwnych napiszę nawet, że jest cholernie... pijalne. Ciałko w punkt, takie "półtreściwe" można rzec. Wysycenie w miarę wysokie. Jak na IPA dużo słodów, ale wszystko się wyrównuje, bo chmiele nie dają za wygraną. Moooże delikatnie bardziej po tej słodkiej stronie z początku. Cytrusowe (tutaj skórka cytryny i pomelo się kłania) z dopełniającymi tropikami w tle. Goryczka średnia, wyraźna w miarę, ale mogłaby być wyższa trochę. Ma profil grapefruitowy o dziwo. Finisz zmienia się diametralnie, bo wchodzi naprawdę wysoka wytrawność w postaci albedo grapefruita, żywicy i delikatnych igieł sosny. Te ostatnie zalegają nawet lekko. Szczerze? Bardzo mi podeszło to piwo, szczególnie po wysiłku fizycznym. Chyba najlepszy wybór, jeżeli chodzi o Lidla na dzisiaj. Muszę jednak nadmienić, że w jednej butelce na cztery czułem delikatną cebulkę, ale też jakoś nieszczególnie mi przeszkadzała.

----------

Styl: New England IPA
Alk: 5,8%
Ekstrakt: 15
IBU: 40
Skład: słód (pale ale, pszeniczny), płatki owsiane, chmiel (Mosaic, Amarillo, Citra), drożdże FM55 Zielone Wzgórze.
Do spożycia: 


Kurde, nie spodziewałem się, że odnowiony cykl Pijanego Rowerzysty (czyli CANdencja) będzie mi służył nie tylko do wrzucania zdjęć z wypraw rowerowych... Dzisiaj bowiem porozmawiamy sobie o słodyczach, w puszce.

Na pewno mieliście kiedyś moment, gdy zwyczajnie w świecie zapytaliście siebie w myślach: "ale... dlaczego?". Wiele osób na pewno tak ma przy boomie na pastry sour, ale my nie o tym dzisiaj. Chodzi mi o wymrażanie kwasów. Gdy zobaczyłem pierwszy raz butelkę Lódmiły z Browaru Spółdzielczego miałem jeden wielki mętlik w głowie.

Ich wymrażane piwa miały zazwyczaj sens, głównie te ciemne. Jasne też w sumie, ale... kwaśne? Coś co powinno być orzeźwiające w założeniu? Po co z tego robić molocha alkoholowego? Sprawdzimy sobie to dzisiaj na plaży, nad Bałtykiem. Pogoda idealnie się wpasowała w to piwo, bo niby było ciepło, ale wiatr się czasami taki zrywał jakby miała wieczna zima nadejść.



Wyszywana etykieta jak zwykle na wysokim poziomie. Nie wiem tylko dlaczego brwi Lódmiły kojarzą mi się z tymi okropnymi, sztucznymi, które tak bardzo Karyny sebiksowe lubią sobie robić. Piwo ma ciemny, miedziany kolor i pełno jest w nim brudu (nie, nie nasypałem sobie piasku do szkła). Nie dało się tego zatrzymać na dnie butelki niestety. Piany żadnej, ale to norma przy tych piwach.


Mimo dość mocnego wiatru dało się wyczuć wszystkie zapaszki ze szkła. Piękny, owocowy aromat (głównie taka śliweczka likierowa) z przyjemnym alkoholem. W tle pojawia się też kompot z rabarbaru (dość wyraźny, aż się sam zdziwiłem) i bardzo fajna konfitura z daktyli, ale to dopiero po lekkim ogrzaniu. Gdybym robił ślepy test powiedziałbym, że to jakaś naleweczka, a nie piwo.

Hmm... możecie mnie nazwać szaleńcem, ale te ponad 18% piwo jest dość... orzeźwiające. Czuć gęstość, co do tego nie mam wątpliwości, ale nie jest też jakoś szczególnie zapychające. Taka nalewka, delikatnie nagazowana i kwaśna. Prym wiodą śliwki z bardzo dobrze wyczuwalnym rabarbarem na drugim planie. Do tego (w takim jakby tandemie ze śliwką) nuty opiekane, chlebowe. Skojarzenia z kompotem babcinym są jak najbardziej na miejscu (z nalewką też, ale to już wyższy poziom wspomnień...). Goryczka minimalna, ledwo wyczuwalna. Na finiszu trochę bardziej kwaskowato i winnie. Cholernie dobrze się to sączy na plaży nad morzem. Alkohol, jak na taki wolumen, pięknie wkomponowany w całość. Nie mogę ogarnąć jak wymrażanie kwaśnego piwa mogło się w ogóle udać (i że sama kwaśność pozostała), a co dopiero z tak przyjemnym rezultatem. Weźcie jednak pod uwagę, że trochę już u mnie leżało to piwo i mogło się ułożyć w butelce.

----------

Styl: Rabarbar Ice Sour Ale
Alk: 18,3%
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słody, chmiele, drożdże, rabarbar.
Data rozlewu: 20.06.2019


No i stało się. Cykl Pijany Rowerzysta przechodzi restrukturyzację... po części. Ostatni raz widzieliśmy się 10 miesięcy temu. Długo szukałem powodów, a miałem je przed nosem: jestem leniwy po prostu. Nie chciało mi się wozić plecaka z butelką i aparatem. Jakoś tak nie lubię mieć nic na plecach podczas jazdy...

Na dobre rzeczy warto czekać, ale co z takimi, które są zagadką? Istnym hazardem wręcz? Można powiedzieć, że craftopijcy to tacy hazardziści, nałogowi w dodatku. Nie żebym ja taki był, o co to to nie. Akurat to piwo dostałem od browaru, jeżeli mnie pamięć nie myli. Wiem jednak, że zabutelkowane było w bardzo wczesnym stadium jak na ten styl.

Sam Majkel (Chmielobrody), który uwarzył je w kooperacji z browarem Dwóch Braci tak stwierdził, jak je degustował z innymi blogierami chyba jakoś pod koniec stycznia. Do mnie trafiła jakiś czas temu, ale postanowiłem dać mu jeszcze trochę czasu, portery to lubią. Czy te 4 miesiące z hakiem starczyły? Sprawdźmy.



Etykieta prezentuje się mega dobrze, aczkolwiek zawsze się denerwuję, gdy nie mogę całości uchwycić na jednym zdjęciu (popatrzcie na napis). Piwo, jak grafika, ciemne i raczej nieprzejrzyste. Piana na max dwa palce szybko redukuje się do moooże jednego i tak pozostaje przez dłuższy czas. Nawet ładnie wygląda, lekko beżowa i zbita. No i chwyta się ścianek jak należy.


Na pierwszym planie mamy bardzo przyjemną czekoladę, Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że gorzką na swój sposób. Może to przez tę delikatną nutę paloną gdzieś w tle. Dalej trochę owoców dopełniających: porzeczka z bliżej nieokreślonymi, czerwonymi braćmi. Naprawdę przyjemnie to pachnie, niby klasycznie, ale rzadko napotykam w polskich porterach akurat taki miks owoców.

Piękny jest to porter, nie zapomnę go nigdy. Naprawdę. Nie spodziewałem się, że coś tak podstawowego będzie mi wchodzić tak dobrze dzisiaj. Przemiłe ciałko, gęste, nisko wysycone. Przy tak chłodnym wieczorze (w maju) nic lepszego nie mogło mi się przytrafić w szkle. Na początku klasycznie czekolada (taka lepsiejsza), może troszeczkę słodsza niż w aromacie, ale nadal z wyczuwalną palonością. Ta jest bardziej kawowa, niż taka "typowo" słodowa. Owoce, nadal czerwone, pozamieniały się trochę miejscami i na czele mamy rasowe wiśnie, delikatnie wspomagane wcześniejszą porzeczką. Gdy się ogrzeje wychodzi też żurawina. O dziwo same wiśnie nie kojarzą mi się z tymi alkoholowymi w czekoladzie (za którymi zbytnio nie przepadam), co na swój sposób jest godne uwagi. Goryczka punktowa, wyczuwalna, moooże delikatnie palona. Na finiszu wchodzi wyższa wytrawność, kakaowo-kawowa, która przepięknie wręcz zamyka całość. W dobie pastry-wszystkiego porter Dwóch Braci jest jak bohater, którego bardzo potrzebujemy, ale na którego zwyczajnie w świecie nie zasługujemy. Matko bosko jak to się fajnie ułożyło przez te 4 miesiące. Dlaczego miałem tylko jedną butelkę?!

----------

Styl: Imperial Baltic Porter
Alk: 9,6% Obj.
Ekstrakt: 24% Wag.
IBU: 3/5
Skład: słód (monachijski, pilzneński, wiedeński, Caraaroma, Carafa II, jęczmienny wędzony bukiem), jęczmień palony, chmiel Columbus, drożdże.
Do spożycia: 2022.01.20


Nowe mieszkanie to masa nowych możliwości, głównie tych do focenia w moim przypadku. Mam większe okna, od lepszej strony w dodatku i już raczej nie będę się musiał martwić o brak doświetlenia zdjęć (co widać na tych fotach). Zmiany to dobra rzecz jak widać.

Dzisiejsze piwo wybrałem podobnie jak ostatnio, kierowałem się stopniem schłodzenia butelki. Na razie mam dość mało miejsca w lodówce i muszę jakoś kombinować (niedługo to się zmieni na szczęście). Dodatkowo słyszałem gdzieś, że dodatek (mahleb), którego użyli, ma podobne wartości smakowe co tonka. Lubię tonkę, nie to co 75% craftopijców. Wracając do dodanych nasion wiśni, mahlab to przyprawa wytwarzana z wcześniej wymienionych, używana głównie na Bliskim Wschodzie i w Turcji. Mahlep to same nasiona, patrząc na etykietę nie jestem pewien czego dokładnie dodali.



Etykieta, jak przystało na Brokreacje, rysunkowa. Przyjemne pociągnięcia ostrym pędzlem (albo i nawet rysikiem) tworzą naprawdę zajebiste obrazy. Aż trochę szkoda to wszystko przykrywać tekstem. Kapsel firmowy, o wiele lepiej by się prezentował z samym logo. Piwo jest czarne z bardzo delikatnymi przebłyskami brązowymi. Piana niska i zbita, ale za to szybko ulatniająca się niestety.


Zgłupiałem jak tylko zacząłem wąchać to piwo. "To przecież tonka jak nic" - pomyślałem sobie. O dziwo nie ma jej w składzie, dlatego zacząłem się mocno drapać po świeżo ogolonej głowie. Czy nasiona wiśni mogą tak pachnieć? Cholera wie. Ważne, że całość jest wręcz przezajebista. Oprócz wcześniej wymienionego, tonkowego marcepanu mamy też czerwone owoce (wiśnie, czereśnie) i dość przyjemne nuty winne (co dla mnie jest szokiem, bo wiecie jak bardzo "lubię" wino). Mocno w tle trochę gorzkiej czekolady się nawet przewija. Całość wystarczająco intensywna.

Ahm, interesujące... Spodziewałem się grubszego ciałka po 25° Plato, a już na pewno mniejszego wysycenia (to jest na średnim poziomie). Dziwne trochę, ale to nie pierwszy raz takie rzeczy odczuwam przy piwach leżakowanych w beczkach po winie. W tym przypadku nie uznałbym tego za wadę, bo trunek broni się sam. W smaku mamy bowiem bombę, ale taką złożoną z głową. Za co by się tu zabrać najpierw... może za gorzką czekoladę, która na początku chowa się bardziej z tyłu, aby potem zaatakować na finiszu? Przed nią płaszczą się wiśnie, trochę czereśni słodkich i odrobina rodzynek. Marcepan też jest wyczuwalny, ale bardziej jako drugoplanowa postać. Jest też trochę wanilii (raczej od beczki) i ogólnych przypraw. Winność (jak dla mnie) na wystarczającym poziomie. Samej dębiny jak na lekarstwo, ale jak się człowiek skupi to ją też wyczuje. Goryczka... no może coś tam jest, ale nie ma to znaczenia zbytnio przy takim piwie. Na finiszu, oprócz wcześniej wymienionej czekolady, pojawiają się (i zaskakują nie wiedzieć czemu) nuty palone, może i nawet lekko kawowe. Alkohol praktycznie niewyczuwalny To chyba najbardziej "winne" (i przyjemnie kwaskowate przez to) piwo z tych, które udało mi się w życiu wypić. W dodatku prawdopodobnie też najlepsze z nich, bo balans jest utrzymany w ryzach mimo tego.

----------

Styl: Imperial Mediterranean Porter with mahleb
Alk: 10,5% Obj.
Ekstrakt: 25°
IBU: 50
Skład: słód (Pale Ale, Wiedeński, Special W, Caraamber, Simpsons DRC), chmiel (Lubelski, Marynka), mahleb, drożdże W-34/70.
Data rozlewu: 18.03.2020



Najgorsze w przeprowadzkach jest to, że potrafią się ciągnąć w nieskończoność. Weźcie mój przykład: pyk pyk ślub, myślę sobie dwa tygodnie max i można wracać do normalności. Niestety tak nie jest... Dopiero co przewiozłem całe szkło do piwa, a w starej piewni zostały jeszcze leżakowane portery i RiSy. Na opisywanie piwa też nie ma czasu, bo przecież ściany się same nie pomalowały, a łóżko nie skręciło. 

Na szczęście mam już więcej czasu, podstawowe rzeczy w nowym domu też. Wybór pierwszego piwa do degustacji w nowym miejscu był dość łatwy, bo... tylko Into The Void stał w lodówce. Reszta była stanowczo za ciepła. Oczywiście samą przeprowadzkę opiłem czymś bardziej sztosowym na spokojnie, ale tego mogliście się dowiedzieć z fejsa. No to co? Wychylylybymy tę kooperację Nepomucena z Golemem?



Etykieta nepomucenowa, z charakterystycznym wycięciem u góry. Spoko grafika, taka komiksowa, nawiązująca do nazwy piwa. Kapsel firmowy też spoko. Piwo ciemnobrązowe, w shakerze pewnie wydawałoby się czarne. Mętne jest też dość wyraźnie. Piany praktycznie żadnej, trochę mnie to zmartwiło przy tym stylu.


Aromacik pierwsza klasa, to chłopakom trzeba przyznać. Jest wszystko, jak w nazwie stylu. Na początku (i też lekko w dominacji) kawusia. Taka lepsza, ale "parzona" na zimno, czyli coldbrew. Jakby nie patrzeć dodali dużo kawy z aeropressu przecie. W tle trochę żytnich, kwaskowatych nut zbożowych. Dodatkowo wyczuwam też bliżej nieokreślone nuty koźlakowe, co niektórzy mogą uznać za szaleństwo. Mi to pasuje. Szczególnie, że po ogrzaniu wchodzi jeszcze trochę przypieczonego pieczywa.

Już po pierwszym łyku czuć efekt żyta. Treściwość jest wyśmienita i zdaje się być wyższa jak na to BLG. Piwo jest gęste (ale nie klejące), średnio do niskiego wysycone i naprawdę przyjemnie sobie hula po przełyku (to pewnie też po części zasługa płatków owsianych). Smakowo znowu kawa, czuć krzyk zmielonych ziaren przy wyciskaniu. Do tego przyjemnie gładka podstawa z palonych słodów i żyta, delikatnie kwaskowata. Koźlakowe skojarzenia znikły, ale leciuteńka nuta skórki od chleba pozostała. Goryczka krótka, punktowa, ale na swój sposób wyczuwalna. Ma taki trochę palony profil. Na finiszu to już praktycznie sam coldbrew z nutą ziemistości. Może i nie ma w tym piwie nie wiadomo ile rzeczy, ale wszystko gra tak pięknie ze sobą, że starczy to co jest. Piłbym codziennie.

----------

Styl: Coffee Rye Stout
Alk: 6,5% Obj.
Ekstrakt: 16,5°
IBU: 2/6
Skład: słód (jęczmienny, żytni), płatki owsiane i jęczmienne, palony jęczmień, kawa, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 30.01.2021


Każdy kojarzy Piwotekę. To taki swoisty moloch craftowy: sklep, pub i browar w jednym. Przez to właśnie ich właścicieli dość mocno poturbowała koronka, dlatego robią zrzutkę na przetrwanie. Link macie tutaj. Możecie też pomóc tak jak ja dzisiaj, kupując ich piwo w sklepie lub internecie.

Nie powiem, miałem chrapkę na wersję podstawową tego piwa, ale jakoś nie udało mi się go ustrzelić. Najwyraźniej Duch Craftu chciał, abym przeżył ekstremalną podróż organoleptyczną z wersją wzmocnioną, czyli z wasabi. Lubię ten chrzan, głównie jako dodatek do sushi. Czy w piwie mi podpasuje? Zobaczmy.



Etykieta piwotekowa, czyli z fajną "płaską" grafiką i tekstem na froncie, który nie kłuje w oczy. Kapsel firmowy, ale też specjalnie zrobiony pod tę edycję. Piwo złotawe, zamglone. Może trochę przyciemnione. Nie wiem czemu, ale spodziewałem się innego koloru... Piana bardzo niska i szybko znikająca ze szkła. Nie dziwi mnie to przy takich dodatkach szczerze mówiąc.


Łomatkobosko, cofnęło mnie o jakiś tydzień. Aż do Wielkanocy. Zapach chrzanu jest tak ostry i dominujący, że brakuje mi tu tylko jeszcze białej kiełbasy i moooże trochę bigosiku. Jak łatwo się domyśleć, uwielbiam chrzan, a ćwikłę to już szczególnie. Musi wykręcać nos, a Końska dawka właśnie to robi. Miałem też lekkie skojarzenia z jedzeniem sushi, ale to głównie chyba przez imbir w składzie (nie bójcie się, ryb w tym nie czuć).

Po pierwszym zachwycie przyszło zmartwienie, bo jeśli całe piwo będzie tak jednowymiarowe... no to będziemy mieli problem. Na szczęście okazało się, że tak nie jest (po części). Piwo jest nisko wysycone, co pasuje do średniej pełni. Na początku myślałem, że trochę za mało tego ciałka, ale po paru łykach dziękowałem piwowarowi za to. Całą uwagę bowiem człowiek musi skupić na tym, aby przetrwać tę smakową rewolucję. Chrzan, a raczej już wyraźne wasabi nadal dominuje. Po każdym łyku oczyszcza lepiej niż niejedna inhalacja. Co ciekawe w tle czuć też lekko saisonowe owoce, głównie pomarańcze i brzoskwinie. Nie mają one jakichkolwiek szans z chrzanem, ale miło, że próbują. Całość na fajnej, słodowej podstawie. Goryczka? No proszę Was. Nawet jakby była to by nikt jej nie wyczuł w tej kompozycji. Na finiszu wychodzi trochę imbiru i co zaskakujące: lekka przyprawowość. Czyli w sumie jest to saison, przykryty toną chrzanu, ale zawsze saison. Naprawdę mocno się zdziwiłem (i to pozytywnie), że czuć cokolwiek innego. Tak bez niczego ciężko będzie Wam je wypić. Polecam kiełbaskę, albo i nawet grilla jakiegokolwiek. Ja akurat miałem gołąbki, które też dobrze weszły z tym piwem. W skrócie: trzeba je czymś zagryźć, jak wódeczkę.

----------

Styl: Wheat Wasabi Saison
Alk: 6,2% Obj.
Ekstrakt: 12,5% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pszeniczny, pale ale), wasabi w proszku, imbir marynowany, chmiel Magnum, drożdże Danstar Belle Saison.
Do spożycia: 06.09.2020


Wiecie, że nigdy nie piłem piwa z cyklu #pintamiesiąca? Najbliższy multitap otworzył się stosunkowo niedawno w oddalonej o 50km Zielonej Górze, a w innych bywam sporadycznie (przy okazji wizyt we Wrocku czy Wawie). Taki los i szczęście, bo jak już byłem np. we Wrocławiu, to akurat piwa z tej serii już nie mieli...

Aż tu nagle, szczęście w nieszczęściu. Pinta postanowiła wlać swoje ostatnie piwo na kwiecień do butelek. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: puby są teraz zamknięte przez pandemię, a leżakowanie go w tankach raczej by chmieleniu nie pomogło. Inna sprawa, że sam browar postanowił włączyć się w akcję #wspieramypolskikraft i dochód ze sprzedaży Golden April poleci do zaprzyjaźnionych przybytków, jak tylko się ponownie otworzą.



Etykieta prosta. Jest po prostu kopią grafik, które promują poszczególne piwa z tego cyklu w social mediach. Piwo jasne, złociste, momentami słomkowe nawet. Bardzo delikatnie zamglone. Piana skromna, na jeden palec. Utrzymuje się jednak dość długo i pozostawia zadziwiająco mocny lacing na szkle.


Takiego aromatu można było ze świecą szukać w gorące, wiosenno-letnie wieczory. Fajny, orzeźwiający, lagerowy z dobrą dawką chmieli. Jest żywica, są iglaki, a nawet zroszona, poranna trawa na wiosnę i trochę cytrusów. W dodatku po lekkim (oby nie za dużym) ogrzaniu pojawia się też ciekawy miks mango i grapefruita. Jest tego na tyle dużo, że można to piwo spokojnie zaliczyć do stylu.

Można się sprzeczać, czy #pintamiesiąca to miejsce dla piw tak... prostych? Może inaczej napiszę... Mało sztosowych? Już lepiej, wiecie na pewno o co mi chodzi. Problem w tym, że nawet gdybym tak myślał, to nie mógłbym złego słowa napisać o Golden April. Jest najzwyczajniej w świecie... zajebiste. Chrupkie, do granic pilsowych możliwości. Orzeźwiające, z trafionym w punkt ciałkiem jak przy dobrym, czeskim pilsie (tak, są takie rzeczy). Już po paru łykach nie chce mi się szukać tego dobrego (mitycznego) pilsa za trzy złote. Wysycenie też w punkt, średnie do wysokiego. Jest podstawa słodowa, wyraźna, ale też lekko przykryta przez chmiel (i momentami taka nawet chlebowa). Tutaj znowu cytrusy, dużo "białego shitu" z grapefruita (czyt. albedo) i skórki pomarańczy. Combo jak dla mnie idealne. W tle też specyficzna ziemistość. Goryczka mocna, ale punktowa. No prawidłowo pilsowa po prostu. Profil ma według mnie rzadko spotykany w dzisiejszych czasach, bo taki trawiasto-ziołowy. Na finiszu dochodzi żywica, która dominuje dość wyraźnie. Cholernie dobry pils. Nic więcej nie muszę pisać. Może tylko żal mi dupę ściska, że nie jest to regularny wypust Pinty.

----------

Styl: American Pilsner
Alk: 4,8% Obj.
Ekstrakt: 12°
IBU: b/d
Skład: słód (pilzneński, wiedeński), chmiel (Columbus, Citra, Amarillo, Falconer's Flight), drożdże SafLager W 34/70.
Do spożycia: 30.09.2020


Temat koronki będzie się za nami ciągnął jeszcze parę tygodni (albo i nawet miesięcy). Kolejnym problemem z nim związanym jest brak festiwali piwnych. Tak jak większość śmieszkowała, że po co komu te spędy pijaństwa tak teraz... siedzą w domach i płaczą. Na ten weekend np. miał mieć miejsce Beer Geek Madness. Dlatego dzisiaj sprawdzimy sobie piwo uwarzone właśnie na tę edycję przez Browar Szpunt.

W domu mam jeszcze pale ale z tej serii, ale w ankiecie na FB wybraliście ciemniaka, czyli to bliższe mym kubkom smakowym. Purystów ostrzegam, piwo zawiera aromaty i ten przebrzydły brokat spożywczy. Tak swoją drogą cieszy mnie to, że browary postanawiają wlewać te wszystkie specjalnie uwarzone piwa do butelek.


Etykieta na zamglonej naklejce średnio do mnie przemawia. Sama grafika spoko, naprawdę. Problem mam z tłem, które według mnie powinno być przezroczyste. Piwo nadrabia za to, bo przy zachodzącym słońcu wygląda po prostu... zajebiście. Brokat mieni się pięknie w tym iście ciemnobrązowym płynie. Skojarzenia z kosmosem murowane. Piana jasny beż, na maks dwa palce. Średnio się trzyma i redukuje się do dziurawego kożucha.


Ohohoho, rzeczywiście jest to sweet stout. Bez dwóch zdań. W aromacie słodka, mleczna czekolada. Taka trochę wymieszana z kakao nawet, ale takim kupnym (gotowym) dla dzieci. Potem trochę karmelu, takiego niezamulającego i naprawdę, ale to naprawdę lekka palona nuta. Ładnie to pachnie, aż człowiek zapomina, że są w tym aromaty. Po ogrzaniu jeszcze coś mi przyszło do głowy... toż to pachnie jak cappuccino z kakao!

Normalnie bym cappuccino nie ruszył, ale na szczęście w smaku już takich skojarzeń nie ma. Ciałko spoko. Czuć je, ale spokojnie wypiłbym jeszcze ze dwie butelki. I to na dużym luzie. Wysycenie średnie, do niskiego czasami. Właśnie takie plato mi najbardziej odpowiada w tzw. codziennych piwach ciemnych (oho, prawie rym). Na pierwszym planie czekolada, a nawet dwie. Czuć wyraźnie tę zwykłą i tę gorzką (tak na 90%). Do tego wchodzi paloność. Jest zdecydowanie mocniejsza niż w aromacie, ale nie dominuje. Ma też takie dość ciekawe zacięcie kawowe. Jest jeszcze (jak na ten styl przystało) dość spora dawka słodyczy, ale ładnie się wyrównuje z palonością, co jest ciężkie do uzyskania. Owa słodycz jest trochę laktozowa i karmelowa zarazem. Może coś w stylu tych cukierków, które każdy z nas zna, a mi akurat wyleciała ich nazwa z głowy... Goryczka niska, punktowa i palona trochę. Na finiszu uwydatnia się kawa i ma taki trochę zbożowy profil. Fajne piwo, smaczne, a nawet "codzienne" można rzec. Co bym dodał/poprawił to ten karmel w smaku. Mogłoby go być więcej i mógłby być bardziej podobny do kajmaku albo tofii.

----------

Styl: Chocolate & Caramel Sweet Stout
Alk: 6,1% Obj.
Ekstrakt: 18°
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), chmiel, drożdże, aromaty naturalne, brokat jadalny.
Do spożycia: 30.09.2020


W życiu każdego człowieka przychodzi czas, że musi w końcu do czegoś dorosnąć. Czy to posadzenie drzewa, czy wybudowanie domu albo spłodzenie potomka. W crafcie jest trochę inaczej... chociaż podjęcie decyzji jest prawie, że tak samo trudne.

Chodzi oczywiście o wypicie przehajpowanego na maksa piwa, za które dało się "trochę" dukatów i po prostu... szkoda otworzyć. Komes z Fortuny, wymrażany i leżakowany w beczkach po koniaku to był dla mnie istny koszmar pod tym względem. Z każdej strony byłem bombardowany ohami i ahami na temat tego piwa... przez to bałem się je tak po prostu wypić. Ogólnopolska kwarantanna dała mi jednak dużo czasu do myślenia... i degustacji.



Etykieta trochę taka szpuntowata (jak np. w tym piwie). Wzór mieni się wieloma kolorami, w zależności jak na niego popatrzysz. Według mnie bardzo ładnie się prezentuje. Tak samo firmowy kapsel. Piwo jest ciemno-rubinowe, a jak pięknie wygląda pod słońce! Piany żadnej, ale jak to już ustaliliśmy na tej kwarantannie (w końcu trochę grubych piw już wypiłem) nie jest to minus przy tych parametrach.


Nooo, pachnie to intensywnie. Tak "dostaniesz pałką policyjną w mordę" intensywnie. Jako pierwsze czuć suszone owoce, ale to nie one są na pierwszym planie. Figi, daktyle i chyba czereśnie. Te ostatnie dodają bardzo specyficznego zapaszku. Najmocniej jednak czuć lekko karmelową słodowość i alkohol, w tym przypadku koniak (chociaż nie wiem czemu mi się bardziej kojarzy z bourbonem). Oj szlachetny jest on, mocny i przyjemny zarazem. Gdzieś w tle wychodzi też chlebowość, która pięknie dopełnia dzieła.

Oleiste to jest i gęste jak skurczybyk. I to tak bym powiedział top 3 jeżeli chodzi o wszystkie pite przeze mnie wymrażanki. Wysycenie na bardzo niskim poziomie, od tak tylko żeby przypomnieć, że to jednak piwo. Jeżeli wcześniej dostaliśmy z pałki w twarz, to teraz dodatkowo nas butują jeszcze. Toż to jest tak intensywne (i przez gęstość utrzymujące się w ustach), że naprawdę trzeba mieć parę lat doświadczeń (złych i dobrych) z polskim craftem, aby to przyjąć na klatę. Owoce dostały takiego powera, że się zastanawiam czy nie powinny być pod jakimś specjalnym nadzorem. Takiego skondensowanego likieru z fig, daktyli, wiśni i moreli nie piłem chyba nigdy. Żeby było śmiesznie czuć tam nawet gruszkę momentami, karmelizowaną oczywiście. Podbija to wszystko karmel. Zwykły i co ciekawe przypalony też trochę. Całość na delikatnie dopełniającym chlebku. Goryczka wyraźna, jak na taką bombę, ale nie próbuje się przepychać do przodu. Finisz mocno rozgrzewający. To tutaj alkohol daje popalić, ale w bardzo szlachetny sposób. Trochę drewna też się pojawia. Podstawą są jednak: słodki alkohol (znowu te skojarzenia bardziej z bourbonem niż koniakiem) i bardzo kontrastowe, palone nuty. Coś na pograniczu kawy i palonego słodu. Na serio, to piwo jest tak zróżnicowane i złożone zarazem, że cieszę się niezmiernie z każdej wydanej na nie złotówki. Tak, blogerzy płacą za takie prawdziwe sztosiki... czasami.

----------

Styl: Iced Barley Wine Cognac BA
Alk: 20% obj.
Ekstrakt: 46% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, cookie, karmelowy, czekoladowy, pszeniczny), ekstrakt słodowy jęczmienny, chmiel (Amarillo, Columbus, Citra, Chinook), drożdże US-05.
Do spożycia: 31.12.2024


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com