Śledź mnie na:

Jak tak sobie patrzę na te wszystkie nowe zakazy spowodowane Koronką, to mnie jedna rzecz zastanawia... czemu to wszystko jest takie... ugrzecznione/bezpieczne? No dobra, wiem czemu. Bo wybory. Ale kurde jak już dają te godziny w sklepach tylko dla seniorów, to powinni im zakazać chodzenia w innym czasie. Proste, logiczne i jakże skuteczne w obronie osób starszych.

No, ale my nie o tym dzisiaj mieliśmy. Bardziej o moim backlogu piwnicznym, z którego postanowiłem wynieść kolejnego sztosika z Browaru Spółdzielczego (w tym przypadku w kooperacji z Funky Fluid). Co prawda na premierze (bodajże na BGM) dostało się im za to, ale jak to mówią czas leczy rany (szczególnie przy piwach).



Etykiet z wymrażanej serii nikomu przedstawiać nie trzeba. Szyte srebrzystą nicią są jedyne w swoim rodzaju, nie tylko na naszym rodzimym rynku. Tutaj mamy też firmowy kapsel. Piwo ma piękny rubinowy kolor i jest prawie że przejrzyste (trochę brudu zostało na dnie butelki). Piana wysoka i zbita, co mnie mocno zaskoczyło przy tego rodzaju piwie i takiej ilości alkoholu. W dodatku nawet długo się utrzymywała w szkle.


Już na samym początku człowiek się zastanawia czy jest sens oceniać to piwo według wytycznych stylu... Nie dość, że poczwórna IPA to jeszcze wymrażana i leżakowana w beczkach. W samym aromacie czuć, że nie ma co się spinać, bo ten jest kompletnie bez-ipowy, ale jakże przyjemny zarazem. Mamy tu mnogość ciemnych owoców (śliwka, wiśnia, może trochę rodzynek) i dość sporą dawkę karmelu. O dziwo całość nie jest mdła w żadnym stopniu. Może to przez dodatek bardzo fajnego alkoholu? Taki trochę rum, bo wina (Pinot Noir) to ja tutaj nie czuję na pewno.

Odczucie w ustach likierowe wręcz, jak na wymrażankę przystało zresztą. Wysycenie niskie. Lepi się jak Szatan i bardzo powoli spływa po przełyku. W smaku znowu przepotężny miks ciemnych owoców: śliwki, morele (suszone) i trochę rodzynek. Dalej karmel, jak w "najlepszej" warce RJ. Tutaj jednak masakrycznie dobrze się wpasował. W tle trochę zielonej skórki orzecha włoskiego i cała masa ogólnie pojętego ekstraktu słodowego. Początkowo pojawia się nawet jakaś goryczka, ale nie trudno się domyślić, że nie ma z tym wszystkich szans. Chociaż... finisz okazuje się być zaskakująco wytrawny. Przy tej całej słodyczy uderza jak grom z jasnego nieba, zalegając zresztą. Uwierzcie mi lub nie, ale pod koniec czuć nawet trochę żywicy i cytrusów (w aromacie też wtedy). Może to przez to, że zlałem ostatki z butelki? Dodatkowo mamy delikatną beczkę (drewno samo) i znowu te skórki orzecha. Piwo miało swoją premierę już jakiś czas temu i według mnie (i po tym co czytałem w internetach) dopiero teraz zaczyna się układać. Nie ma co w tym doszukiwać się skondensowanej IPA, ale np. takiej grubaśnej wymrażanki na te chłodne wieczory już jak najbardziej. Mi cholernie smakowało, szczególnie gdy alkohol jest tak dobrze ukryty/wkomponowany w całość. Przyjemnie rozgrzewa i tylko delikatnie piecze (przy tej ilości to jakaś magia) w przełyk. Takie sadomaso przyjemne.

----------

Styl: Ice QIPA Pinot Noir BA
Alk: 21%
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słody, chmiele (na pewno Citra i Mosaic przed rozlewem), drożdże.
Data rozlewu: 24.07.2019


Ja to mam dobre podejście do craftu... pić piwa bodajże parę miesięcy po premierze, gdy już większość ludzi o nim zapomniało. W tym przypadku miałem okazję przynajmniej sprawdzić oceny ludu internetowego i muszę Wam powiedzieć, że nie jest kolorowo. Jakieś octy, kiszonki, czy też nawet wylatujące z butelki egzemplarze się trafiały.

Swoją butelkę kupiłem w osiedlowym sklepie, który ciągle mnie zaskakuje wyborem. Teraz niestety jest on bardzo ograniczony przez szeroko pojętą kwarantannę, ale trzy sztuki artezanowego Cerises jeszcze mieli o dziwo. Uświadomiłem sobie też, że sam browar zawitał ostatni raz na bloga prawie 2 lata temu...


Butelka bardzo ładnie się prezentuje, takie trochę premium look można rzec. Całość trochę mi przypomina opakowanie win szczerze mówiąc. Etykieta też, szczególnie, gdy wydrukowana jest na szorstkim papierze (jakby kredowym). Piwo ma oczojebczy, rubinowy kolor i jest lekko zamglone. Piany ni mo żodnej.


Dziwna sprawa z tym zapaszkiem. Na początku czułem tylko wiśnie, i to takie bez wyrazu trochę. Poleżało chwilę w szkle (musiałem zdjęcia zgrać na kompa) i zaczęły wychodzić dodatkowe aromaty. Trochę drewna, trochę winka, momentami nawet delikatnie funky ze skórą w tle. Niestety całość nikła, nawet w szkle jakim jest teku.

Ooo teraz to mnie Artezany zaskoczyły. Tak, że nie wiem co mam myśleć... Od początku może jednak: ciałko średnie, wysycenie też. Mam dziwne wrażenie, że lepiej byłoby, gdyby tego ciała było więcej trochę. Potem w smaku... no właśnie. Niby całkiem spoko wiśnie pojawiają się na początku, ale szybko wypychane są przez cholernie agresywną dzikość, stajnie i pestkowość. Zadziwiające przy tak długim okresie leżakowania. Goryczki praktycznie żadnej, ale za to na finiszu dość ciekawie. Wychodzą bowiem nuty winne i drewniane. To pierwsze nawet delikatnie zalega. Ogólna kwaskowatość na średnim poziomie. Piwo jest naprawdę ciekawe (na swój sposób), ale też trochę negatywnie chaotyczne według mnie. Traktuję je bardziej jako eksperyment. No i jakby nie patrzeć w mojej butelce nie było czuć octu.

----------

Styl: Barrel Aged Mixed-Cultured Ale with Cherries
Alk: 7% Obj.
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), wiśnie, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 30.09.2022


Żarty żartami, ale przez tę całą Koronkę wszyscy staniemy się alkoholikami... albo przynajmniej utwierdzimy się w tym. Człowiek siedzi w domu i myśli od rana, co by sobie wypić przy tak pięknej pogodzie. Z racji dość niskiej temperatury do głowy może przychodzić tylko duży kaliber, jak ten dzisiejszy, w postaci porteru bałtyckiego.

#wspieramypolskikraft, ale i też ten estoński, bo jest to iście międzynarodowa kooperacja Pinty. Ciekawy pomysł na blenda (czyli połączenie dwóch piw). Mamy bowiem świeżutki porter wymieszany z tym leżakowanym w beczkach po bourbonie. Mnie osobiście interesuje, czy był to zamierzony pomysł, czy po prostu mieli gdzieś skitraną końcówkę tego drugiego (tego się jednak nigdy nie dowiemy).



O etykiecie Wam dużo nie napiszę, bo sam nie wiem co mam o niej myśleć. Ot fotki randomowo wrzucone w taki trochę hipsterski kolaż. Bardzo mało informacji jeśli chodzi o skład, daty przydatności też nie ma (przy takiej ilości alko nie muszą podawać). Kapsel firmowy, spoko nawet. Piwo czarne, nieprzejrzyste. Piana ładna, wysoka i dość dobrze zbita. Utrzymuje się średnio i nie pozostawia po sobie kożucha.


Na początku nie mogłem się domyśleć, co mi w tym aromacie odstaje od reszty. Był w nim jakiś owoc, coś cholernie specyficznego... Po bardzo, ale to baaardzo intensywnym wąchaniu wyszło szydło z worka: toż to czarna porzeczka. Bardzo fajnie wkomponowała się w podstawę (która wiedzie prym w aromacie) czyli: kakao z pumperniklem. Mocno w tle ciemne owoce i nuty alkoholowe, te takie przyjemniejsze.

W ustach fajne odczucie pełni i dość gładka tekstura. Nie jest za to jakoś nadzwyczajnie lepkie. Wysycenie niskie. Smakowo zdaje się być jeszcze bardziej intensywne niżeli aromat. Gorzka czekolada atakuje z każdej strony. W dodatku wspomagana jest nutami, tak jakby, palonego słodu. Po drugiej stronie barykady mamy ciemne owoce (tym razem głównie wiśnie), trochę gęstego jak cholera karmelu i nuty orzecha włoskiego. Całość na wyraźnej, pumpernikielowej (heeee) podstawie. Goryczka niska, palona lekko. Na finiszu głównie kakao, trochę melasy i bardzo lakoniczna, ale wysokiej jakości kawa zbożowa. Jak to wszystko jest zgrane ze sobą (mimo dość intensywnych czasami doznań) to aż uwierzyć nie mogę. Beczki jako takiej jednak nie wyczuwam. Alkohol na pograniczu, co przy tym wolumenie jest nie lada wyczynem.

----------

Styl: Porter Bałtycki
Alk: 12,5%
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: b/d w zrozumiałym języku
Do spożycia: 21.01.2022


Co to się porobiło... Nic tylko siedzieć w domu i pozbywać się zapasów z piwnicy. Ja jeszcze dodatkowo chcę wprowadzić do tej niby kwarantanny solo wyjazdy rowerowe czy też bieganie. Ważne, żeby nie spotykać się w grupach. Dziwne, że do pracy (ku chwale korporacji) można normalnie chodzić...

Dzisiejsze piwo na pewno mnie trochę uspokoi. 12% to nie w kij dmuchał. Oby tylko reszta poszła za tym wolumenem. Bawi mnie też trochę to, że nie miałem pojęcia o jego istnieniu. Kupiłem je w osiedlowym sklepie (sic!) i na pierwszy rzut oka nie wiedziałem nawet, że to z Deer Bear.



Dziwicie mi się? Wystarczy spojrzeć na etykietę, która za cholerę nie przypomina tych znanych z browaru. Dziwnie to jakieś takie... nie dla mnie. Kapsel za to fajny. Samo piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Piany praktycznie nie ma, no chyba, że zaliczycie do niej ten mały okrąg.


Nie wiem, czy to wina mojej abstynencji ostatniej czy nie, ale intensywność aromatów aż wywala sufit w tym piwie. Jest tu wszystko: zaczynając od mlecznej czekolady, przez kakao i takie wafelki waniliowe (wiecie które, te co pół paczki na raz się zjada), a kończąc na delikatnej kawie. Chłopaki umieją w te cholerne naturalne aromaty, to im trzeba przyznać. Mógłbym to wąchać cały dzień, istny deser w płynie. Alkoholu nie wyczuwam.

Nie jest to najbardziej gęste i aksamitne piwo jakie piłem, ale muszę przyznać, że utrzyma się w top 5 na pewno. Ciałka dużo, na propsie (chociaż nie podali ile to ma ekstraktu). Wysycenie niskie. Co mnie cholernie zdziwiło, to zamiana ról jeśli chodzi o sam smak. Na pierwszym planie kawa, taka mocna z ciśnieniówki. Dobrej jakości w dodatku. Nie wykręca mordy jednak, bo wraz z nią pojawia się wybornie grubaśna słodycz. Jak to opisać... taki syrop waniliowy i te wafelki nieszczęsne (to już kolejna paczka zjedzona, a brzuch rośnie). Dalej na swój sposób wspomagająca czekolada mleczna i takie zacięcie kakaowe. Jak się ogrzeje mocno to wychodzą też bardzo wyraźne nuty brownie. Co do samej goryczki, to nie wiem co autor miał na myśli pisząc na etykiecie "75". Jest jej tyle co kot napłakał, ale przy piwie deserowym jakoś mi to nie przeszkadza. Na finiszu niespodzianka, bo uwydatniają się ziarna kawy i kakaowca. Tak jakby samo piwo chciało chociaż trochę powalczyć ze słodyczą. Alkohol bardzo dobrze schowany, rozgrzewa od środka. Do tego wszystkiego jeszcze trzeba dodać delikatne nuty beczkowe, drewniane. Tyle rzeczy w jednym piwie? I to jeszcze tak dobrze zgranych? Masakra. Jakbym miał pić takie 12% deserki codziennie to bym nie miał nic przeciwko... gorzej z resztą rodziny.

----------

Styl: Coffee Cocoa Bourbon Barrel Aged Imperial Stout
Alk: 12% Obj.
Ekstrakt: b/d
IBU: 75 czegoś
Skład: zawiera słód jęczmienny i laktozę.
Do spożycia: b/d


Chciałem sobie wypić piwo z sokiem dzisiaj... i nie wyszło. Ja rozumiem, że malinowy sour powinien być kwaśny, ale nie do tego stopnia, że aż sam wychodzi z butelki. Trochę szkoda, ale przynajmniej wymusiło to na mnie otwarcie innego piwa. W tym przypadku Ciacha z browaru w Bojanowie.

O aromatach pisali już chyba wszyscy (np. ostatnio The Beervault). Według mnie są dopuszczalne, póki browar nie używa ich do uzyskania rzeczy dość powszechnych w piwie (czyt. do poprawienia swojej nieudolności). Przy takim stylu, jakim jest pastry stout ciężko jest też uzyskać naturalnie np. masło orzechowe. Tak na marginesie... może aromaty powinny być dozwolone właśnie tylko przy tym stylu? Wtedy by się wszyscy zamknęli i zajęli innymi rzeczami może.



Etykieta z czasów, gdy podniecałem się jeszcze Ciechanem Miodowym. Tutaj nic się w Bojanowie nie zmieniło niestety. Kapsel firmowy, dość szczegółowy. Piwo ciemne, ale nie jest kompletnie czarne. Widać w nim zacięcie brązu, jest też lekko zmętnione. Piany praktycznie żadnej.


Bartek nie mylił się, pachnie to naprawdę po "pastrowemu". Aromaty jak widać zrobiły swoje i człowiek czuję tylko i wyłącznie Pieguski. Te takie podstawowe bez karmelu, czyli samo ciacho i czekolada mleczna. Warto zaznaczyć, że zapaszki utrzymują się praktycznie do ostatniego łyku i są mega intensywne.

Nie spodziewałem się dużo po smaku, wiadomo na co głównie działają aromaty. Nie jest to też imperialny stout i ma... no właśnie, ile ekstraktu? Browar pokusił się tylko o grafikę słodowości: 5/10. Na moje oko ta "liczba" jest odrobinę zawyżona, bo całość momentami robi się delikatnie wodnista (ale bez przesadyzmów). Wysycenie średnie. Po pierwszym łyku myślałem, że znowu wyczuwam Pieguski, ale przy drugim szybko się zreflektowałem. Mamy tutaj bowiem bardziej takie tańsze czekoladki z nadzieniem orzechowym. Niby mleczna czekolada, ale tak nie do końca. Jest też trochę takiej laktozowej słodyczy (której w sumie fizycznie nie dodali) i kakao daleko w tle, które chyba próbuje się postawić wszechobecnej słodyczy (ale sromotnie dostaje w mordę niestety). Goryczka na granicy autosugestii. Na finiszu dużo się nie dzieje, oprócz pojawiającego się znikąd, delikatnego posmaku kawy zbożowej. Ogólnie piwo odzwierciedla cenę, z grilla bym nie wygonił jak to mówią. Jest mega słodkie, jak na pastry stout przystało, ale brakuje mu głębi i złożenia, jak to jest w przypadku tych bardziej craftowych trunków. Muszę jednak przyznać (znowu) rację Bartkowi, piłem o wiele gorsze piwa w tym stylu i niestety o wiele droższe.

----------

Styl: Pastry Stout
Alk: 5% Obj.
Ekstrakt: 5/10
IBU: 2/10
Skład: słód (pilzneński, cookie, monachijski ciemny, czekoladowy jasny, czekoladowy ciemny, pszeniczny), chmiel, aromat, drożdże.
Do spożycia: 06.02.2021


Wiem, że ostatnio pisałem Wam o przesileniu kwasowo-IPowym w zimie, ale z tym piwem jest trochę inaczej. Siedząc w domu (i mając w piwnicy spory wybór) mogę sobie raz na jakiś czas pozwolić na coś... letniego. Tak było tym razem, bo miałem dziwne wrażenie, że nawet jakiś słabszy stout mógłby mnie zapchać.

Cyrulik jest dość dziwacznym tworem, bo jak inaczej nazwać coś kwaśnego i wędzonego zarazem. Nie ma co się dziwić, bo piwo uwarzone było na Beer Geek Madness. Browar Profesja raczej wie co robi, dlatego nie skończę chyba jak kumpel kiedyś... po wypiciu 3 grand championów wędzonych (to już historia na kiedy indziej).


Etykieta typowa dla Profesji, oczywiście z krasnalem. Mimo dużej ilości tekstu podoba mnie się, jak zwykle. Piwo w kolorze jasnego złota, może delikatnie wchodzi w słomkę (ale na moje oko zbyt ciemne na to jest). Piana wysoka, biała i zdawałoby się, że mocno zbita. Dość szybko jednak opada bardzo ładnie chwytając się przy tym ścianki szkła.


Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo była mi potrzebna taka wędzonka w tym stylu. W fajnie intensywnym aromacie delikatnie dominuje bowiem takie połączenie oscypka z szynką wędzoną. Jak się mocno zaciągnie człowiek, to wyczuje też trochę jogurtu, jak to na ten styl przystało. Sama wędzonka nie jest nachalna i czuć, że piwo będzie raczej orzeźwiające i lekkie.

No... i jest fajnie. Lekko i zwiewnie nawet można rzec. Wysycenie wysokie, ale też bez przesadyzmów znacznych. Pierwsze co mi przychodzi na myśl to zabranie Cyrulika do plecaka do lasu, czy to na rower, czy też na zwykłą przechadzkę. Berliner Weisse jest wręcz idealny do tego. Kwaśność, taka w sam raz. Profil czysty, mlekowy. Lekka pszenica w tle i trochę owocowości, taka cytrynka, albo i sam zest z niej. Dopiero po dwóch, trzech łykach czuć też wędzonkę. Ta jednak delikatnie, ale z klasą, komplementuje resztę. Goryczki nie ma, bo nie jest w tym stylu potrzebna. Finisz dość krótki, ale z jogurtowym przytupem bakteryjnym. Nie dość, że jest to bardzo proper berliner, to jeszcze z fajnym twistem. Jak się zrobi cieplej, to będzie idealny na wypady.

----------

Styl: Smoked Berliner Weisse
Alk: 3,6% Obj.
Ekstrakt: 9° Plato.
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny wędzony bukiem, pszeniczny), chmiel, drożdże Grodziskie, bakterie (Lactobacillus Brevis, Lactococcus Lactis, Lactobacillus Plantarum, Lactobacillus Delbrueckii).
Do spożycia: 18.01.2021


Byłem ostatnio we Wrocławiu na weekend i się załamałem. Ci, co obserwują profil na fejsie wiedzą już o tym. W skrócie: na 18 kranów w jednym z multitapów były tylko 2 piwa ciemne. Reszta to ipy-sripy lub kwasy głównie. W lutym. Jak ja mam przeżyć te wiatry halne i chłód na dworze? Z tego co pamiętam to Idiota z Trzech Kumpli ratował jakoś sytuacje.

Przyjechałem do domu i postanowiłem wypić coś innego. Coś, co tym wszystkim kwasom orzeźwiającym mogłoby napluć na brodę, potocznie mówiąc. Dlatego właśnie wyciągnąłem funky kwasa z browaru Piwojad, ich najnowsze piwo. Wiecie dlaczego? Bo to piwo pokazuje, że można zrobić coś w stylu, ale na chłodne dni. Żeby było zabawnie do tego piwa trafiło 9 różnych szczepów dzikich drożdży oraz bakterii.


Buteleczka smukła i unikatowa, browar lubi swoje lepsze piwa wlewać do takich właśnie. Do tego specjalnie szkło z grafiką z etykiety. Chyba nie muszę Wam mówić, że jest to moje ulubione szkiełko od czasu, kiedy je dostałem?  Piwo ma dość specyficzny kolor, taka miedź połączona z wiśnią. Przyciemniona w dodatku i lekko zmętniona (dość dużo syfu zostało na dnie butelki). Piana nieistniejąca.


Czytałem w internetach, że aromat wywala z butów. Może i byłaby to prawda gdyby nie fakt, że troszku temu werwy brakuje (czyt. intensywności). Czuć, że funk pochłonął chłopaków, bo stajni w tym nie brakuje, brudnych koni też. Do tego rodzynki i bliżej nieokreślona nuta rudej z Bowmore. Po ogrzaniu dodatkowo wchodzi beczka, drewno w sensie. Szczerze? Jakby całość była mocniejsza, to bym się za takiego kopa w nos nie obraził. Nie jest to typowy, craftowy miks polski - czyli tona chmielu nowofalowego i tyle.

Chciałem kopa, to mam. Ale dlaczego prosto w zęby? Łojezusie co tutaj się dzieje w tym szkle. Na początku muszę nadmienić, że ciałko jest dość zdradliwe. Niby nic takiego, pije się w miarę szybko i bezproblemowo. Wysycenie średnie, do wysokiego w dodatku. Tylko, że... to ma ponad 11% alko, którego w ogóle nie czuć. Można to pomylić z wyrazistym i mocno funky kwasem (takie uproszczenie). No to tak... znowu funk, ale z przeważającą derką. Do tego rodzynki, melasa i chyba wiśnia. Gdzieś w tle są nawet nuty palonego koźlaka, zadziwiające. Całość kwaśna od bakterii, ale z umiarem (chociaż początkujący beergeek miałby problem). Goryczka taka trochę nieistniejąca, ale przy takim piwie mnie to jakoś nie dziwi. Na finiszu unikat, bo jak inaczej można nazwać kwaśną beczkę/drewno z odrobiną wanilii? Podsumowując... piwo na pewno wyjątkowe. Jest w nim lekki chaos, ale o dziwo przemyślany na swój sposób. To, jak czasami kwas (a raz funk, wymieniają się) wychodzą przed szereg i dominują przez dosłownie pół sekundy jest atutem w tym przypadku. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić to to, że nie wyczuwam w tym torfu z Bowmore.

----------

Styl: Dark Strong Wild Ale Bowmore BA
Alk: 11,5%
Ekstrakt: 21°
IBU: b/d
Skład: słody jęczmienne, chmiel, drożdże, bakterie.
Do spożycia: 15.11.2021


Mam taką teorię, że oświetlenie w kuchni powinno się dobierać tak, aby ułatwić sobie blogowanie. Byłem ostatnio u szwagra na jego nowym mieszkaniu i w końcu założył z żoną ledy nad blatem w kuchni. Nie raz robiłem zdjęcia piwa właśnie na blacie kuchennym i doceniam dobre oświetlenie w tym miejscu. Muszę przyznać, że wybrali dobrze.

Delikatnie cieplejszy odcień oświetlenia pasował do piwa, nie wspominając już o wieczorze z planszówkami przy muffinkach. Trochę bałem się o nowe panele, bo wyczytałem gdzieś w necie, że akurat to konkretne piwo ma problem z przegazowaniem... Na szczęście nie w tym przypadku.


Etykieta nie wyróżnia się niczym szczególnym, jak każda z tej serii. Luźno nawiązuje do zabaw/placu zabaw. Dziwi mnie za to to, że browar nie załatwił sobie jeszcze kapsla firmowego. Logo wyglądałoby pięknie na białym tle. Piwo z początku wydawało się czarne, ale jak się dobrze przyjrzy człowiek to zauważy bardzo ciemny, brunatny odcień. Piana bardzo wysoka, trochę dziurawa miejscami. Trzyma się jednak dzielnie fajnie zdobiąc ścianki szkła przy opadaniu.


Po takim piwie spodziewałbym się bardziej kopnięcia w twarz, jeżeli chodzi o aromat oczywiście. Niestety mimo dość fajnych zapaszków całość nie za bardzo miała moc, aby się przebić. A byłoby co wąchać, oj byłoby. Jest czekolada mleczna, karmelowe cukierki i nuta marcepanu. W tle słabnące orzechy. Troszku szkoda...

Po pierwszym łyku gęba zaczęła mi się cieszyć na szczęście. Piwo jest wystarczająco cieliste, ale też gładkie i aksamitne (czy jak kto woli: owsiane). W dodatku ma dość niskie wysycenie. Całość zaskakująco mocno czekoladowa i to już nie tak słodko jak w aromacie. Wtóruje jej paloność, która łączy się trochę z karmelem i muska go swoimi płomieniami (tak, w poprzednim życiu byłem bardem za centa). Są też orzechy, gdzieś daleko, ale za cholerę mi nie przypominają masła orzechowego. Goryczka delikatniutka, lekko palona. W sumie piwo nie jest aż tak słodkie żeby jej tu nie wiadomo ile człowiek potrzebował. Na finiszu dopiero pojawiają się skojarzenia z tytułowym peanut butter i trochę marcepanu (oprócz wszędobylskiej czekolady oczywiście). Tutaj też wchodzi nuta kawy zbożowej. Alkohol całkiem dobrze ukryty, jak na taką jego ilość. Ogólnie dobre piwo, ułożone i na swój sposób przemyślanie. Nie jest jednak nie wiadomo jak oszałamiające jak niektóre trunki z tej serii. To chyba ten brak aromatów, o który tak zawzięcie wszyscy walczą w crafcie.

----------

Styl: Imperial Dark Ale
Alk: 10,8%
Ekstrakt: b/d
IBU: 20
Skład: słód (pale ale, caramel 30, caramel 150, chocolate dark, black), płatki owsiane, laktoza, masło orzechowe, chmiel Simcoe, drożdże S-04.
Do spożycia: b/d


Zabawne są te nagłe zwolnienia lekarskie. Najpierw człowiek się wkurza, bo musi siedzieć w domu nie ze swojej winy, ale potem... uświadamia sobie, że może np. skończyć DLC do Wieśka 3, które leżą na dysku już parę lat. No i znajduje zaległe wpisy na blogu, których nie opublikował.

Tak jest z tym FESem kooperacyjnym właśnie. Już nawet nie pamiętam przy jakiej okazji go wypiłem, ale wiem, że było to u szwagra. Oczywiście możemy polemizować, czy jakiekolwiek leżakowanie (nawet z płatkami drewna) ma sens poniżej 22° ekstraktu, ale po co? W dodatku uświadomiłem sobie, że Recraft jeszcze nie miał swojego debiutu na blogu. No, może oprócz pewnego incydentu sprzed ponad 2 lat...



O butelkach, a tym bardziej etykietach Recrafta nie ma co się rozpisywać. Wszystkie wyglądają praktycznie tak samo, ot taki pasek z podstawowymi danymi i tyle. Kapsel firmowy, ale dlaczego nie z logo? Piwo wyraźnie czarne, bez przebłysków (co mnie zdziwiło muszę przyznać). Piana praktycznie zerowa.


Fajny, ale prosty aromat. Może inaczej napiszę: jest nieprzekombinowany po prostu. Taka wyraźna, słodka czekolada i odrobina drewna w tle. Ta niby beczka nie jest stęchła na szczęście. Poootem gdzieś w oddali wyczuć można też nutę kawową. Zadziwiająco długo utrzymują się te zapaszki w szkle.

Ciałko na poziomie medium, jak to się człowiek z resztą spodziewał po FESie. Wysycenie tak samo, średnie. Całość nawet po tej aksamitnej stronie się wydaje. W smaku czekolada robi się mniej słodka i dochodzi do niej (już wyraźniejsza) nuta kawowa. Słodycz zmienia lekko swój profil przez dodany cukier Muscovado (który mi się trochę kojarzy z przypalanymi cukierkami z patelni). Goryczka niska z większymi zapędami czasami. Ma lekko palony profil. Płatki dębowe pojawiają się na finiszu (podobne jak w aromacie) wraz z delikatnym alkoholem. Na szczęście przyjemnym. Co mnie bardzo zaciekawiło w tym piwie, to kawa. Z początku była taka meh, jak najzwyklejsza rozpuszczalska. Potem jednak przeistoczyła się w lepszą, droższą, świeżo zmieloną. Dziwne, naprawdę dziwne. Ogólnie piwo ładnie ułożone i zwyczajnie przyjemnie, do wypicia przy wieczorze, a już na pewno przy jakimś mięsiwie.

----------

Styl: Foreign Extra Stout
Alk: 7% Obj.
Ekstrakt: 19°
IBU: 2/5
Skład: słód (jęczmienne, pszeniczny), cukier dark muscovado, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 28.10.2020


Pamiętam, jak na którymś festiwalu wypiłem wersję Bowmore tego piwa... nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić. Było tak dziwne. Z jednej strony macie podwójną kwaskowatość (żyto i kwas mlekowy), a z drugiej beczkę po whisky. Z każdym łykiem miałem zmianę nastawienia... z "Jakie to jest pyszne!" na "Nic tu nie gra!".

Wersja z Bordeaux wydaje się bardziej... na miejscu. I to piszę ja, Jarząbek. Człowiek, który nie lubi wina, a wręcz nim gardzi czasami. Muszę się też spieszyć, bo okazało się, że data ważności jest do końca stycznia. Wszyscy dobrze wiemy, że to nie jest styl, który lubi leżakowanie.


Buteleczka na półce wygląda jak towar premium, nie ma to tamto. Etykieta pasuje do niej idealnie, aczkolwiek wolałbym taką z mniejszą ilością tekstu. Loga browarów na kontrę i tyle. Piwo ma piękny miedziany kolor i jest klarowne. Piana dziurawa, niska i z krótki żywotem. Przy takich parametrach i beczce nie dziwi mnie to jednak.


Piwnica chyba wyszła na dobre temu piwu, przynajmniej jeśli chodzi o składowe aromatu. Mamy przyjemnie kwaśne owoce: soczyste wiśnie, trochę czerwonych winogron i nawet truskawki. W tle dorzucili też suszone owoce, głównie śliwkę. Jak się ogrzeje wychodzi też typowa dla żyta nuta słodowa, zakwaszana. Byłoby naprawdę zajebiście gdyby nie fakt, że przez zbliżający się termin przydatności całość straciła na intensywności i trzeba się dobrze zaciągnąć.

Niby ma tylko trochę ponad 16% ekstraktu, a wydaje się naprawdę gęste. Ciałko jest na bardzo fajnym poziomie muszę przyznać i to jeszcze nie takim zapychającym bez przesady. Wysycenie też trochę pomaga w tym odczuciu, bo jest na średnim poziomie. W smaku... miazga, już na samym początku mogę Wam to napisać. Jest kwaśne, naprawdę, ale też ułożyło się całkiem fajnie i człowiek nie czuje się tak, jakby dostał sztachetą od tyłu nagle. Sama kwaśność pochodzi po części od żyta, a po części od kwasu mlekowego. Mamy znowu owoce, głównie wiśnie z winogronem i  delikatne truskawki gdzieś w tle. Momentami pojawiają się też porzeczki czerwone, ale to nie zawsze. Czuć żyto i trochę beczkowego drewna. Skojarzenia z winem są praktycznie cały czas, ale takie subtelne bym powiedział. Goryczka niska, do prawie niewyczuwalnej. To kwasek jest tu głównym bohaterem. Finisz jest bardzo dziwny, ale też intrygujący. Oprócz przeważającej cierpkości czuć też... chlebek. Ładnie się to wszystko połączyło, na serio. Słodycz jest fajnie kontrowana przez kwasek, a i też doznań stricte smakowych nie brakuje.

----------

Styl: Sour Rye Ale Bordeaux BA
Alk: 7% Obj.
Ekstrakt: 16,6% Wag.
IBU: niskie
Skład: słód (pilzneński, karmelowy 150, carafa II, żytni), płatki owsiane, cukier biały, chmiel Warrior, drożdże US-05.
Do spożycia: 31.01.2020


Ostatnie wyczyny Pana Jakubiaka można skomentować tylko w jeden sposób... soczystymi epitetami. Ja wiem, że jak komuś się wali grunt pod nogami to taka osoba zaczyna zazwyczaj atakować swoje środowisko, no ale... szkoda strzępić ryja jak to mówią. Dzisiaj zajmiemy się tym, co najpiękniejsze w tej branży czyli piwem. I to takim już dość leciwym.

Dodatkowo stworzyłem nowego taga "leżak", będziecie mieli pod nim wszystkie degustowane przeze mnie piwa leżakowane. Sam porter z browaru Ciechan opisywaliśmy już sobie (o tutaj), ale jego starszy o prawie 5 lat brat zasługuje na nowy wpis. No i mamy piękne święto dzisiaj: Dzień Porteru Bałtyckiego. Świętujcie i radujcie się!



No co, dużo się nie zmieniło. Etykieta jak za Gierka została (w końcu to ta sama warka chyba). Kapsel firmowy też, choć lekko zardzewiał od spodu. Piwo nadal czarne z bardzo delikatnymi refleksami. Piana mimo upływu lat trzyma się dzielnie. Rośnie wysoka i chwyta się ścianki jak koala bidonu z wodą (przepraszam, już nie będę).


Ojezuschrystus, tego się nie spodziewałem. Aromat nie dość, że utrzymał swoją intensywność, to jeszcze ewoluował. Kojarzycie na pewno czekoladę Milka z solonym krakersem? Taki właśnie zapach dominuje tutaj.  Potem kawa zbożowa, odrobina skórki od chleba i śliwka z wiśnią w tle. Co jest jeszcze bardziej zaskakujące to to, że po ogrzaniu wychodzi marcepan. Skąd? Nie mam pojęcia.

Wziąłem szybko pierwszy łyk, jak nałogowiec na głodzie. Potem szybko drugi, bo coś mi nie pasowało. Niby te 22% ekstraktu, ale jakoś tak trochę brakuje ciała. Nie jest broń Boże wodniste, ale fajnie byłoby, gdyby trochę bardziej wypełniało człowieka. Struktura spoko, piwo jest aksamitne i dość nisko wysycone. W smaku znowu intensywność na najwyższym poziomie. Zaskakuje zgranie poszczególnych smaczków. Tak jak w wersji świeżej mamy tutaj odzwierciedlenie aromatu, no prawie. Czekolada nadal ma w sobie nutę krakersów, ale nie jest już tak słodka. Wiśnia dostaje porządnego kopa i to ona dominuje w owocowej części piwa, suszona śliwka poszła gdzieś na tyły. Kawa zbożowa nadal wyczuwalna, skórka od chleba też, ale zdaje się być jeszcze bardziej delikatna. Goryczka mnie cholernie pozytywnie zaskoczyła, bo... jest. Ostatnio o nią trudno w porterach. Wystarczająca, lekko palona. Dobrze wgryza się w słodycz całości. Finisz wytrawniejszy od reszty, kawa zbożowa uwydatnia się wraz z delikatną nutą paloną. Alkoholu nie czuć praktycznie. No chyba, że mam liczyć to jakże przyjemnie grzanie od środka. Jak to się pięknie ułożyło (choć nie musiało) to ja nie wiem. Szczególnie gdy pomyślę o tym failu, jakim był ciechanowy Porter Świąteczny z limitowanej edycji (z datą do 2014). Tamten był zwyczajnie rzecz ujmując płaski...

----------

Styl: Porter
Alk: 9% Obj.
Ekstrakt: 22% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, karmelowy, monachijski, barwiący), chmiel.
Do spożycia: 02.07.2015


Wielkimi krokami zbliża się Baltic Porter Day, dlatego postanowiłem wyciągnąć coś... innego z piwnicy. Owszem mogłem chwycić jakiś znany i lubiany trunek leżakowany sto lat, ale... po co. Może zrobię to jutro. W przeddzień chciałem sprawdzić jak się ma chyba najmniej hypowane piwo z moich zbiorów.

Oczywiście browar znacie, głównie przez śmiechy hihy w internetach i różne wypowiedzi prezesa (a chyba najbardziej przez jego zdjęcie, które rozsyłane jakiś czas temu było w mailach promocyjnych browaru). Od tego czasu dużo się zmieniło, choćby sama nazwa. Teraz jest to Pilsvar.



Etykieta przypomina mi trochę te stare z czasów tzw "regionalnej rewolucji piwnej", gdy większość z nas (czyli oświeconych) piła piwa regionalne. Już nie będę przytaczał wiadomego porównania z pewnym browarem na W. Kapsel firmowy, chaotyczny, za dużo na nim tekstu. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Przy nalewaniu lekko mętne. Piana z początku wysoka szybko się ulotniła pozostawiając dość ładny kożuch.


Oj uciekło trochę tego aromatu przez te dwa lata. Szkoda, bo jest naprawdę fajnie. Na pierwszym planie czuć słodszą czekoladę, wspomaganą delikatnym, palonym słodem. Jest też trochę skórki od chleba. Dalej nuta czerwonych owoców, głównie rodzynek. Ciekawi mnie, czy świeżak też tak pachniał... Jeśli tak, to zapewne o wiele intensywniej i za to mogę sobie strzelić liścia.

O proszę, jakie miłe zaskoczenie. Leżakowanie nie ukradło ani ciałka, ani smaku. Fajnie wypełniające, gęste nawet na swój sposób. Do tego przyjemna, gładka tekstura i niskie wysycenie. W smaku znowu czekolada, ale z wyraźnie przypieczoną skórką od chleba. Do tego wyraźna słodycz owocowa. Tutaj znowu rodzynki, ale też dobrze wpasowane śliwki i lekko kwaskowate wiśnie. Goryczka niska, mogłaby być zdecydowanie wyższa moim zdaniem. Na finiszu wszystko traci trochę na intensywności, ale za to wchodzi kawa, taka lekko zalegająca. Zdziwiłem się, naprawdę. Spodziewałem się tego, że wyśmieje porter z Grybowa i pójdę sobie dalej, a ten mnie cholernie pozytywnie zaskoczył. Jest wyraźny (przynajmniej w smaku), dobrze ułożony i z prawie, że niewyczuwalnym alkoholem. Nie wiem jednak jak moja leżakowana butelka ma się do wersji świeżej.

----------

Styl: Porter
Alk: 9,5% Obj.
Ekstrakt: 22° BLG
IBU: b/d
Skład: słód (monachijski, pilzneński, karmelowy, palony), chmiel (Marynka, Lubelski), no i pewnie drożdże.
Do spożycia: 28.02.2018


Z browarem Brewery Hills to tak jakoś dziwnie jest. Nasz craftowy światek nie wybacza wpadek i niestety przedstawicielom browaru trafiło się ich parę. Najbardziej znaną było wytłumaczenie czym jest IPA, albo coś w tym stylu. Jesteśmy tu jednak po to, żeby oceniać piwo. Pamiętajcie, że każdy popełniał błędy, nawet Mason.

Brewery Hills zmieniło miejsce warzenia jakiś czas temu i wyszło im to na dobre, tak przynajmniej mówią internety. Piłem już trochę ich puszek i muszę przyznać, że trzymają dość spoko poziom. Dlatego dzisiaj zobaczymy sobie ich najnowszą DDH z chmielem Nelson w roli głównej. Swoją drogą postawili wszystko na jedną kartę, a bardziej na jedną puszkę, bo chyba cały swój wypust przelewają do amelinium.


Nie jest to poziom Pinty (puszki Hazy Disco), ale i tak całość wygląda dość spoko. Etykiety z retro filtrem bardzo ładnie się prezentują. No i tekst jest dobrze umiejscowiony. Piwo złote (duh) i zmętnione, jak na NEIPA przystało. Piana z początku wysoka, ale po pewnym czasie robi się dziurawa. O dziwo dobrze chwyta się ścianki.


W aromacie fajna owocowość, coś pomiędzy cytrusami, a... winogronem? Do tego delikatna nafta po ogrzaniu. Całość dość wyraźna i utrzymująca się, nawet w shakerze. Do tych bardziej dziwnych rzeczy można zaliczyć ledwo co wyczuwalną nutę... cebulki? Koperku? Coś w tym stylu. Nie wiem, czy to pochodna chmielu, ale w niczym nie przeszkadza.

No i to jest dobra NEIPA, do carbonary jak znalazł. Średnie ciałko, dobre, średnie do wysokiego nagazowanie i wszechobecne orzeźwienie. Momentami jest takie nawet trochę chrupkie, jak dobry pils. W smaku mamy przyjemną podstawę o pszenicznym zacięciu wspomaganą przez delikatną żywicę. Tak się trochę zastanawiam skąd ona, ale co mi do tego. Dalej białe owoce, trochę agrestu i nafta. Ładnie to się wszystko połączyło muszę przyznać. Goryczka wyraźna, ale punktowa. Na swój sposób subtelna. Wydaję mi się, że ma też taki lekko albedowy profil. Na finiszu trochę więcej słodowości wymieszanej z agrestem. Fajny balans ogólnie, dobrze się pije. Mam jednak wątpliwości co do DDH, bo nie bucha nam ten chmiel w twarz jak to nas inne piwa podwójnie chmielone zdążyły przyzwyczaić już. 

----------

Styl: Double Dry Hopped IPA
Alk: 6,4%
Ekstrakt: 16° BLG
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), płatki owsiane, chmiel Nelson Souvin, drożdże.
Do spożycia: 16.12.2020

www.breweryhills.com

Oj uparty jest człowiek czasami, nie słucha się ludzi w internetach... Jednym z pierwszych przykazań polskiego craftu jest: Nie będziesz leżakował Imperium Prunum nadaremno. Ja, jak prawdziwy heretyk olałem to i swoją pierwszą butelkę (chyba z 2017 roku) wrzuciłem do piwnicy zamiast ją wypić. Tu na wstępie muszę się Wam przyznać jeszcze do jednej rzeczy, ominęła mnie ta cała nadęta bańka i hype przy okazji pierwszej warki. Po prostu jej nie kupiłem.

Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com