Śledź mnie na:

Przyznam się, że na początku wykluczyłem szosę z tego cyklu, bo "na asfalcie" picie piwa jednak mi się jakoś kłóci z osobistym podejściem do życia (co innego na MTB w lesie). Zapomniałem jednak, że przecież craftowcy wypuścili parę fajnych opcji bezalko ostatnimi czasy.

Chodzi za wami czasami jakieś piwo? Za mną często, ale nie aż tak jak The Barber z Brokreacji ostatnio. Może to dlatego, że kupiłem sobie zapas w Lidlu? No co, nie wiedzieliście, że panowie trafili na półki tego marketu? Tak wiem, że trzeba #wspieraćpolskikraft itd... ale mój lokalny sklep (bagatela 50km ode mnie) dwa razy wystrychnął mnie na dudka wielką tabliczką "ZAMKNIĘTE".

Jak z jakością owej NEIPA? Zaraz się przekonacie. Wiadomo, są nam powszechnie znane mity i legendy jakoby warzenie do marketów było robione po macoszemu, co by przyoszczędzić jak najwięcej. Czy tak będzie i tym razem?



Jedno co mi się zawsze podobało w Brokreacji to trzymanie się tego samego stylu etykiet od samego początku. Każde piwo to jakaś postać, rysowana w tym samym stylu. Naprawdę spoko to wygląda i uważam, że mają jedne z najlepszych IMAGE (licząc też czas od rozpoczęcia działalności) w naszym świecie piwnym. Co do samego piwa... no new england jak nic. Soczyście pomarańczowy kolor zmętniony dość obficie, bez farfocli jakichkolwiek. Piana wysoka, średnio utrzymująca się, ale też ładnie przyklejająca się do ścianki szkła.


Aromacik uderzył mnie zaraz po odkapslowaniu, a nie miałem nosa jakoś szczególnie blisko butelki. Ostre walnięcie cytrusowo-tropikalne z delikatną żywicą. Naprawdę spoko zapaszki, szczególnie gdy człowiek doda jeszcze kapkę trawy gdzieś w tle. Intensywność zanika jednak gdzieś mniej więcej w połowie szklanki.

Czyli patrząc na czas picia, dość szybko. To piwo pije się bowiem naprawdę dużymi łykami. Ku "uciesze" purystów piwnych napiszę nawet, że jest cholernie... pijalne. Ciałko w punkt, takie "półtreściwe" można rzec. Wysycenie w miarę wysokie. Jak na IPA dużo słodów, ale wszystko się wyrównuje, bo chmiele nie dają za wygraną. Moooże delikatnie bardziej po tej słodkiej stronie z początku. Cytrusowe (tutaj skórka cytryny i pomelo się kłania) z dopełniającymi tropikami w tle. Goryczka średnia, wyraźna w miarę, ale mogłaby być wyższa trochę. Ma profil grapefruitowy o dziwo. Finisz zmienia się diametralnie, bo wchodzi naprawdę wysoka wytrawność w postaci albedo grapefruita, żywicy i delikatnych igieł sosny. Te ostatnie zalegają nawet lekko. Szczerze? Bardzo mi podeszło to piwo, szczególnie po wysiłku fizycznym. Chyba najlepszy wybór, jeżeli chodzi o Lidla na dzisiaj. Muszę jednak nadmienić, że w jednej butelce na cztery czułem delikatną cebulkę, ale też jakoś nieszczególnie mi przeszkadzała.

----------

Styl: New England IPA
Alk: 5,8%
Ekstrakt: 15
IBU: 40
Skład: słód (pale ale, pszeniczny), płatki owsiane, chmiel (Mosaic, Amarillo, Citra), drożdże FM55 Zielone Wzgórze.
Do spożycia: 


Kurde, nie spodziewałem się, że odnowiony cykl Pijanego Rowerzysty (czyli CANdencja) będzie mi służył nie tylko do wrzucania zdjęć z wypraw rowerowych... Dzisiaj bowiem porozmawiamy sobie o słodyczach, w puszce.

Na pewno mieliście kiedyś moment, gdy zwyczajnie w świecie zapytaliście siebie w myślach: "ale... dlaczego?". Wiele osób na pewno tak ma przy boomie na pastry sour, ale my nie o tym dzisiaj. Chodzi mi o wymrażanie kwasów. Gdy zobaczyłem pierwszy raz butelkę Lódmiły z Browaru Spółdzielczego miałem jeden wielki mętlik w głowie.

Ich wymrażane piwa miały zazwyczaj sens, głównie te ciemne. Jasne też w sumie, ale... kwaśne? Coś co powinno być orzeźwiające w założeniu? Po co z tego robić molocha alkoholowego? Sprawdzimy sobie to dzisiaj na plaży, nad Bałtykiem. Pogoda idealnie się wpasowała w to piwo, bo niby było ciepło, ale wiatr się czasami taki zrywał jakby miała wieczna zima nadejść.



Wyszywana etykieta jak zwykle na wysokim poziomie. Nie wiem tylko dlaczego brwi Lódmiły kojarzą mi się z tymi okropnymi, sztucznymi, które tak bardzo Karyny sebiksowe lubią sobie robić. Piwo ma ciemny, miedziany kolor i pełno jest w nim brudu (nie, nie nasypałem sobie piasku do szkła). Nie dało się tego zatrzymać na dnie butelki niestety. Piany żadnej, ale to norma przy tych piwach.


Mimo dość mocnego wiatru dało się wyczuć wszystkie zapaszki ze szkła. Piękny, owocowy aromat (głównie taka śliweczka likierowa) z przyjemnym alkoholem. W tle pojawia się też kompot z rabarbaru (dość wyraźny, aż się sam zdziwiłem) i bardzo fajna konfitura z daktyli, ale to dopiero po lekkim ogrzaniu. Gdybym robił ślepy test powiedziałbym, że to jakaś naleweczka, a nie piwo.

Hmm... możecie mnie nazwać szaleńcem, ale te ponad 18% piwo jest dość... orzeźwiające. Czuć gęstość, co do tego nie mam wątpliwości, ale nie jest też jakoś szczególnie zapychające. Taka nalewka, delikatnie nagazowana i kwaśna. Prym wiodą śliwki z bardzo dobrze wyczuwalnym rabarbarem na drugim planie. Do tego (w takim jakby tandemie ze śliwką) nuty opiekane, chlebowe. Skojarzenia z kompotem babcinym są jak najbardziej na miejscu (z nalewką też, ale to już wyższy poziom wspomnień...). Goryczka minimalna, ledwo wyczuwalna. Na finiszu trochę bardziej kwaskowato i winnie. Cholernie dobrze się to sączy na plaży nad morzem. Alkohol, jak na taki wolumen, pięknie wkomponowany w całość. Nie mogę ogarnąć jak wymrażanie kwaśnego piwa mogło się w ogóle udać (i że sama kwaśność pozostała), a co dopiero z tak przyjemnym rezultatem. Weźcie jednak pod uwagę, że trochę już u mnie leżało to piwo i mogło się ułożyć w butelce.

----------

Styl: Rabarbar Ice Sour Ale
Alk: 18,3%
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słody, chmiele, drożdże, rabarbar.
Data rozlewu: 20.06.2019


No i stało się. Cykl Pijany Rowerzysta przechodzi restrukturyzację... po części. Ostatni raz widzieliśmy się 10 miesięcy temu. Długo szukałem powodów, a miałem je przed nosem: jestem leniwy po prostu. Nie chciało mi się wozić plecaka z butelką i aparatem. Jakoś tak nie lubię mieć nic na plecach podczas jazdy...

Na dobre rzeczy warto czekać, ale co z takimi, które są zagadką? Istnym hazardem wręcz? Można powiedzieć, że craftopijcy to tacy hazardziści, nałogowi w dodatku. Nie żebym ja taki był, o co to to nie. Akurat to piwo dostałem od browaru, jeżeli mnie pamięć nie myli. Wiem jednak, że zabutelkowane było w bardzo wczesnym stadium jak na ten styl.

Sam Majkel (Chmielobrody), który uwarzył je w kooperacji z browarem Dwóch Braci tak stwierdził, jak je degustował z innymi blogierami chyba jakoś pod koniec stycznia. Do mnie trafiła jakiś czas temu, ale postanowiłem dać mu jeszcze trochę czasu, portery to lubią. Czy te 4 miesiące z hakiem starczyły? Sprawdźmy.



Etykieta prezentuje się mega dobrze, aczkolwiek zawsze się denerwuję, gdy nie mogę całości uchwycić na jednym zdjęciu (popatrzcie na napis). Piwo, jak grafika, ciemne i raczej nieprzejrzyste. Piana na max dwa palce szybko redukuje się do moooże jednego i tak pozostaje przez dłuższy czas. Nawet ładnie wygląda, lekko beżowa i zbita. No i chwyta się ścianek jak należy.


Na pierwszym planie mamy bardzo przyjemną czekoladę, Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że gorzką na swój sposób. Może to przez tę delikatną nutę paloną gdzieś w tle. Dalej trochę owoców dopełniających: porzeczka z bliżej nieokreślonymi, czerwonymi braćmi. Naprawdę przyjemnie to pachnie, niby klasycznie, ale rzadko napotykam w polskich porterach akurat taki miks owoców.

Piękny jest to porter, nie zapomnę go nigdy. Naprawdę. Nie spodziewałem się, że coś tak podstawowego będzie mi wchodzić tak dobrze dzisiaj. Przemiłe ciałko, gęste, nisko wysycone. Przy tak chłodnym wieczorze (w maju) nic lepszego nie mogło mi się przytrafić w szkle. Na początku klasycznie czekolada (taka lepsiejsza), może troszeczkę słodsza niż w aromacie, ale nadal z wyczuwalną palonością. Ta jest bardziej kawowa, niż taka "typowo" słodowa. Owoce, nadal czerwone, pozamieniały się trochę miejscami i na czele mamy rasowe wiśnie, delikatnie wspomagane wcześniejszą porzeczką. Gdy się ogrzeje wychodzi też żurawina. O dziwo same wiśnie nie kojarzą mi się z tymi alkoholowymi w czekoladzie (za którymi zbytnio nie przepadam), co na swój sposób jest godne uwagi. Goryczka punktowa, wyczuwalna, moooże delikatnie palona. Na finiszu wchodzi wyższa wytrawność, kakaowo-kawowa, która przepięknie wręcz zamyka całość. W dobie pastry-wszystkiego porter Dwóch Braci jest jak bohater, którego bardzo potrzebujemy, ale na którego zwyczajnie w świecie nie zasługujemy. Matko bosko jak to się fajnie ułożyło przez te 4 miesiące. Dlaczego miałem tylko jedną butelkę?!

----------

Styl: Imperial Baltic Porter
Alk: 9,6% Obj.
Ekstrakt: 24% Wag.
IBU: 3/5
Skład: słód (monachijski, pilzneński, wiedeński, Caraaroma, Carafa II, jęczmienny wędzony bukiem), jęczmień palony, chmiel Columbus, drożdże.
Do spożycia: 2022.01.20


Nowe mieszkanie to masa nowych możliwości, głównie tych do focenia w moim przypadku. Mam większe okna, od lepszej strony w dodatku i już raczej nie będę się musiał martwić o brak doświetlenia zdjęć (co widać na tych fotach). Zmiany to dobra rzecz jak widać.

Dzisiejsze piwo wybrałem podobnie jak ostatnio, kierowałem się stopniem schłodzenia butelki. Na razie mam dość mało miejsca w lodówce i muszę jakoś kombinować (niedługo to się zmieni na szczęście). Dodatkowo słyszałem gdzieś, że dodatek (mahleb), którego użyli, ma podobne wartości smakowe co tonka. Lubię tonkę, nie to co 75% craftopijców. Wracając do dodanych nasion wiśni, mahlab to przyprawa wytwarzana z wcześniej wymienionych, używana głównie na Bliskim Wschodzie i w Turcji. Mahlep to same nasiona, patrząc na etykietę nie jestem pewien czego dokładnie dodali.



Etykieta, jak przystało na Brokreacje, rysunkowa. Przyjemne pociągnięcia ostrym pędzlem (albo i nawet rysikiem) tworzą naprawdę zajebiste obrazy. Aż trochę szkoda to wszystko przykrywać tekstem. Kapsel firmowy, o wiele lepiej by się prezentował z samym logo. Piwo jest czarne z bardzo delikatnymi przebłyskami brązowymi. Piana niska i zbita, ale za to szybko ulatniająca się niestety.


Zgłupiałem jak tylko zacząłem wąchać to piwo. "To przecież tonka jak nic" - pomyślałem sobie. O dziwo nie ma jej w składzie, dlatego zacząłem się mocno drapać po świeżo ogolonej głowie. Czy nasiona wiśni mogą tak pachnieć? Cholera wie. Ważne, że całość jest wręcz przezajebista. Oprócz wcześniej wymienionego, tonkowego marcepanu mamy też czerwone owoce (wiśnie, czereśnie) i dość przyjemne nuty winne (co dla mnie jest szokiem, bo wiecie jak bardzo "lubię" wino). Mocno w tle trochę gorzkiej czekolady się nawet przewija. Całość wystarczająco intensywna.

Ahm, interesujące... Spodziewałem się grubszego ciałka po 25° Plato, a już na pewno mniejszego wysycenia (to jest na średnim poziomie). Dziwne trochę, ale to nie pierwszy raz takie rzeczy odczuwam przy piwach leżakowanych w beczkach po winie. W tym przypadku nie uznałbym tego za wadę, bo trunek broni się sam. W smaku mamy bowiem bombę, ale taką złożoną z głową. Za co by się tu zabrać najpierw... może za gorzką czekoladę, która na początku chowa się bardziej z tyłu, aby potem zaatakować na finiszu? Przed nią płaszczą się wiśnie, trochę czereśni słodkich i odrobina rodzynek. Marcepan też jest wyczuwalny, ale bardziej jako drugoplanowa postać. Jest też trochę wanilii (raczej od beczki) i ogólnych przypraw. Winność (jak dla mnie) na wystarczającym poziomie. Samej dębiny jak na lekarstwo, ale jak się człowiek skupi to ją też wyczuje. Goryczka... no może coś tam jest, ale nie ma to znaczenia zbytnio przy takim piwie. Na finiszu, oprócz wcześniej wymienionej czekolady, pojawiają się (i zaskakują nie wiedzieć czemu) nuty palone, może i nawet lekko kawowe. Alkohol praktycznie niewyczuwalny To chyba najbardziej "winne" (i przyjemnie kwaskowate przez to) piwo z tych, które udało mi się w życiu wypić. W dodatku prawdopodobnie też najlepsze z nich, bo balans jest utrzymany w ryzach mimo tego.

----------

Styl: Imperial Mediterranean Porter with mahleb
Alk: 10,5% Obj.
Ekstrakt: 25°
IBU: 50
Skład: słód (Pale Ale, Wiedeński, Special W, Caraamber, Simpsons DRC), chmiel (Lubelski, Marynka), mahleb, drożdże W-34/70.
Data rozlewu: 18.03.2020



Najgorsze w przeprowadzkach jest to, że potrafią się ciągnąć w nieskończoność. Weźcie mój przykład: pyk pyk ślub, myślę sobie dwa tygodnie max i można wracać do normalności. Niestety tak nie jest... Dopiero co przewiozłem całe szkło do piwa, a w starej piewni zostały jeszcze leżakowane portery i RiSy. Na opisywanie piwa też nie ma czasu, bo przecież ściany się same nie pomalowały, a łóżko nie skręciło. 

Na szczęście mam już więcej czasu, podstawowe rzeczy w nowym domu też. Wybór pierwszego piwa do degustacji w nowym miejscu był dość łatwy, bo... tylko Into The Void stał w lodówce. Reszta była stanowczo za ciepła. Oczywiście samą przeprowadzkę opiłem czymś bardziej sztosowym na spokojnie, ale tego mogliście się dowiedzieć z fejsa. No to co? Wychylylybymy tę kooperację Nepomucena z Golemem?



Etykieta nepomucenowa, z charakterystycznym wycięciem u góry. Spoko grafika, taka komiksowa, nawiązująca do nazwy piwa. Kapsel firmowy też spoko. Piwo ciemnobrązowe, w shakerze pewnie wydawałoby się czarne. Mętne jest też dość wyraźnie. Piany praktycznie żadnej, trochę mnie to zmartwiło przy tym stylu.


Aromacik pierwsza klasa, to chłopakom trzeba przyznać. Jest wszystko, jak w nazwie stylu. Na początku (i też lekko w dominacji) kawusia. Taka lepsza, ale "parzona" na zimno, czyli coldbrew. Jakby nie patrzeć dodali dużo kawy z aeropressu przecie. W tle trochę żytnich, kwaskowatych nut zbożowych. Dodatkowo wyczuwam też bliżej nieokreślone nuty koźlakowe, co niektórzy mogą uznać za szaleństwo. Mi to pasuje. Szczególnie, że po ogrzaniu wchodzi jeszcze trochę przypieczonego pieczywa.

Już po pierwszym łyku czuć efekt żyta. Treściwość jest wyśmienita i zdaje się być wyższa jak na to BLG. Piwo jest gęste (ale nie klejące), średnio do niskiego wysycone i naprawdę przyjemnie sobie hula po przełyku (to pewnie też po części zasługa płatków owsianych). Smakowo znowu kawa, czuć krzyk zmielonych ziaren przy wyciskaniu. Do tego przyjemnie gładka podstawa z palonych słodów i żyta, delikatnie kwaskowata. Koźlakowe skojarzenia znikły, ale leciuteńka nuta skórki od chleba pozostała. Goryczka krótka, punktowa, ale na swój sposób wyczuwalna. Ma taki trochę palony profil. Na finiszu to już praktycznie sam coldbrew z nutą ziemistości. Może i nie ma w tym piwie nie wiadomo ile rzeczy, ale wszystko gra tak pięknie ze sobą, że starczy to co jest. Piłbym codziennie.

----------

Styl: Coffee Rye Stout
Alk: 6,5% Obj.
Ekstrakt: 16,5°
IBU: 2/6
Skład: słód (jęczmienny, żytni), płatki owsiane i jęczmienne, palony jęczmień, kawa, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 30.01.2021


Każdy kojarzy Piwotekę. To taki swoisty moloch craftowy: sklep, pub i browar w jednym. Przez to właśnie ich właścicieli dość mocno poturbowała koronka, dlatego robią zrzutkę na przetrwanie. Link macie tutaj. Możecie też pomóc tak jak ja dzisiaj, kupując ich piwo w sklepie lub internecie.

Nie powiem, miałem chrapkę na wersję podstawową tego piwa, ale jakoś nie udało mi się go ustrzelić. Najwyraźniej Duch Craftu chciał, abym przeżył ekstremalną podróż organoleptyczną z wersją wzmocnioną, czyli z wasabi. Lubię ten chrzan, głównie jako dodatek do sushi. Czy w piwie mi podpasuje? Zobaczmy.



Etykieta piwotekowa, czyli z fajną "płaską" grafiką i tekstem na froncie, który nie kłuje w oczy. Kapsel firmowy, ale też specjalnie zrobiony pod tę edycję. Piwo złotawe, zamglone. Może trochę przyciemnione. Nie wiem czemu, ale spodziewałem się innego koloru... Piana bardzo niska i szybko znikająca ze szkła. Nie dziwi mnie to przy takich dodatkach szczerze mówiąc.


Łomatkobosko, cofnęło mnie o jakiś tydzień. Aż do Wielkanocy. Zapach chrzanu jest tak ostry i dominujący, że brakuje mi tu tylko jeszcze białej kiełbasy i moooże trochę bigosiku. Jak łatwo się domyśleć, uwielbiam chrzan, a ćwikłę to już szczególnie. Musi wykręcać nos, a Końska dawka właśnie to robi. Miałem też lekkie skojarzenia z jedzeniem sushi, ale to głównie chyba przez imbir w składzie (nie bójcie się, ryb w tym nie czuć).

Po pierwszym zachwycie przyszło zmartwienie, bo jeśli całe piwo będzie tak jednowymiarowe... no to będziemy mieli problem. Na szczęście okazało się, że tak nie jest (po części). Piwo jest nisko wysycone, co pasuje do średniej pełni. Na początku myślałem, że trochę za mało tego ciałka, ale po paru łykach dziękowałem piwowarowi za to. Całą uwagę bowiem człowiek musi skupić na tym, aby przetrwać tę smakową rewolucję. Chrzan, a raczej już wyraźne wasabi nadal dominuje. Po każdym łyku oczyszcza lepiej niż niejedna inhalacja. Co ciekawe w tle czuć też lekko saisonowe owoce, głównie pomarańcze i brzoskwinie. Nie mają one jakichkolwiek szans z chrzanem, ale miło, że próbują. Całość na fajnej, słodowej podstawie. Goryczka? No proszę Was. Nawet jakby była to by nikt jej nie wyczuł w tej kompozycji. Na finiszu wychodzi trochę imbiru i co zaskakujące: lekka przyprawowość. Czyli w sumie jest to saison, przykryty toną chrzanu, ale zawsze saison. Naprawdę mocno się zdziwiłem (i to pozytywnie), że czuć cokolwiek innego. Tak bez niczego ciężko będzie Wam je wypić. Polecam kiełbaskę, albo i nawet grilla jakiegokolwiek. Ja akurat miałem gołąbki, które też dobrze weszły z tym piwem. W skrócie: trzeba je czymś zagryźć, jak wódeczkę.

----------

Styl: Wheat Wasabi Saison
Alk: 6,2% Obj.
Ekstrakt: 12,5% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pszeniczny, pale ale), wasabi w proszku, imbir marynowany, chmiel Magnum, drożdże Danstar Belle Saison.
Do spożycia: 06.09.2020


Wiecie, że nigdy nie piłem piwa z cyklu #pintamiesiąca? Najbliższy multitap otworzył się stosunkowo niedawno w oddalonej o 50km Zielonej Górze, a w innych bywam sporadycznie (przy okazji wizyt we Wrocku czy Wawie). Taki los i szczęście, bo jak już byłem np. we Wrocławiu, to akurat piwa z tej serii już nie mieli...

Aż tu nagle, szczęście w nieszczęściu. Pinta postanowiła wlać swoje ostatnie piwo na kwiecień do butelek. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: puby są teraz zamknięte przez pandemię, a leżakowanie go w tankach raczej by chmieleniu nie pomogło. Inna sprawa, że sam browar postanowił włączyć się w akcję #wspieramypolskikraft i dochód ze sprzedaży Golden April poleci do zaprzyjaźnionych przybytków, jak tylko się ponownie otworzą.



Etykieta prosta. Jest po prostu kopią grafik, które promują poszczególne piwa z tego cyklu w social mediach. Piwo jasne, złociste, momentami słomkowe nawet. Bardzo delikatnie zamglone. Piana skromna, na jeden palec. Utrzymuje się jednak dość długo i pozostawia zadziwiająco mocny lacing na szkle.


Takiego aromatu można było ze świecą szukać w gorące, wiosenno-letnie wieczory. Fajny, orzeźwiający, lagerowy z dobrą dawką chmieli. Jest żywica, są iglaki, a nawet zroszona, poranna trawa na wiosnę i trochę cytrusów. W dodatku po lekkim (oby nie za dużym) ogrzaniu pojawia się też ciekawy miks mango i grapefruita. Jest tego na tyle dużo, że można to piwo spokojnie zaliczyć do stylu.

Można się sprzeczać, czy #pintamiesiąca to miejsce dla piw tak... prostych? Może inaczej napiszę... Mało sztosowych? Już lepiej, wiecie na pewno o co mi chodzi. Problem w tym, że nawet gdybym tak myślał, to nie mógłbym złego słowa napisać o Golden April. Jest najzwyczajniej w świecie... zajebiste. Chrupkie, do granic pilsowych możliwości. Orzeźwiające, z trafionym w punkt ciałkiem jak przy dobrym, czeskim pilsie (tak, są takie rzeczy). Już po paru łykach nie chce mi się szukać tego dobrego (mitycznego) pilsa za trzy złote. Wysycenie też w punkt, średnie do wysokiego. Jest podstawa słodowa, wyraźna, ale też lekko przykryta przez chmiel (i momentami taka nawet chlebowa). Tutaj znowu cytrusy, dużo "białego shitu" z grapefruita (czyt. albedo) i skórki pomarańczy. Combo jak dla mnie idealne. W tle też specyficzna ziemistość. Goryczka mocna, ale punktowa. No prawidłowo pilsowa po prostu. Profil ma według mnie rzadko spotykany w dzisiejszych czasach, bo taki trawiasto-ziołowy. Na finiszu dochodzi żywica, która dominuje dość wyraźnie. Cholernie dobry pils. Nic więcej nie muszę pisać. Może tylko żal mi dupę ściska, że nie jest to regularny wypust Pinty.

----------

Styl: American Pilsner
Alk: 4,8% Obj.
Ekstrakt: 12°
IBU: b/d
Skład: słód (pilzneński, wiedeński), chmiel (Columbus, Citra, Amarillo, Falconer's Flight), drożdże SafLager W 34/70.
Do spożycia: 30.09.2020


Temat koronki będzie się za nami ciągnął jeszcze parę tygodni (albo i nawet miesięcy). Kolejnym problemem z nim związanym jest brak festiwali piwnych. Tak jak większość śmieszkowała, że po co komu te spędy pijaństwa tak teraz... siedzą w domach i płaczą. Na ten weekend np. miał mieć miejsce Beer Geek Madness. Dlatego dzisiaj sprawdzimy sobie piwo uwarzone właśnie na tę edycję przez Browar Szpunt.

W domu mam jeszcze pale ale z tej serii, ale w ankiecie na FB wybraliście ciemniaka, czyli to bliższe mym kubkom smakowym. Purystów ostrzegam, piwo zawiera aromaty i ten przebrzydły brokat spożywczy. Tak swoją drogą cieszy mnie to, że browary postanawiają wlewać te wszystkie specjalnie uwarzone piwa do butelek.


Etykieta na zamglonej naklejce średnio do mnie przemawia. Sama grafika spoko, naprawdę. Problem mam z tłem, które według mnie powinno być przezroczyste. Piwo nadrabia za to, bo przy zachodzącym słońcu wygląda po prostu... zajebiście. Brokat mieni się pięknie w tym iście ciemnobrązowym płynie. Skojarzenia z kosmosem murowane. Piana jasny beż, na maks dwa palce. Średnio się trzyma i redukuje się do dziurawego kożucha.


Ohohoho, rzeczywiście jest to sweet stout. Bez dwóch zdań. W aromacie słodka, mleczna czekolada. Taka trochę wymieszana z kakao nawet, ale takim kupnym (gotowym) dla dzieci. Potem trochę karmelu, takiego niezamulającego i naprawdę, ale to naprawdę lekka palona nuta. Ładnie to pachnie, aż człowiek zapomina, że są w tym aromaty. Po ogrzaniu jeszcze coś mi przyszło do głowy... toż to pachnie jak cappuccino z kakao!

Normalnie bym cappuccino nie ruszył, ale na szczęście w smaku już takich skojarzeń nie ma. Ciałko spoko. Czuć je, ale spokojnie wypiłbym jeszcze ze dwie butelki. I to na dużym luzie. Wysycenie średnie, do niskiego czasami. Właśnie takie plato mi najbardziej odpowiada w tzw. codziennych piwach ciemnych (oho, prawie rym). Na pierwszym planie czekolada, a nawet dwie. Czuć wyraźnie tę zwykłą i tę gorzką (tak na 90%). Do tego wchodzi paloność. Jest zdecydowanie mocniejsza niż w aromacie, ale nie dominuje. Ma też takie dość ciekawe zacięcie kawowe. Jest jeszcze (jak na ten styl przystało) dość spora dawka słodyczy, ale ładnie się wyrównuje z palonością, co jest ciężkie do uzyskania. Owa słodycz jest trochę laktozowa i karmelowa zarazem. Może coś w stylu tych cukierków, które każdy z nas zna, a mi akurat wyleciała ich nazwa z głowy... Goryczka niska, punktowa i palona trochę. Na finiszu uwydatnia się kawa i ma taki trochę zbożowy profil. Fajne piwo, smaczne, a nawet "codzienne" można rzec. Co bym dodał/poprawił to ten karmel w smaku. Mogłoby go być więcej i mógłby być bardziej podobny do kajmaku albo tofii.

----------

Styl: Chocolate & Caramel Sweet Stout
Alk: 6,1% Obj.
Ekstrakt: 18°
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), chmiel, drożdże, aromaty naturalne, brokat jadalny.
Do spożycia: 30.09.2020


W życiu każdego człowieka przychodzi czas, że musi w końcu do czegoś dorosnąć. Czy to posadzenie drzewa, czy wybudowanie domu albo spłodzenie potomka. W crafcie jest trochę inaczej... chociaż podjęcie decyzji jest prawie, że tak samo trudne.

Chodzi oczywiście o wypicie przehajpowanego na maksa piwa, za które dało się "trochę" dukatów i po prostu... szkoda otworzyć. Komes z Fortuny, wymrażany i leżakowany w beczkach po koniaku to był dla mnie istny koszmar pod tym względem. Z każdej strony byłem bombardowany ohami i ahami na temat tego piwa... przez to bałem się je tak po prostu wypić. Ogólnopolska kwarantanna dała mi jednak dużo czasu do myślenia... i degustacji.



Etykieta trochę taka szpuntowata (jak np. w tym piwie). Wzór mieni się wieloma kolorami, w zależności jak na niego popatrzysz. Według mnie bardzo ładnie się prezentuje. Tak samo firmowy kapsel. Piwo jest ciemno-rubinowe, a jak pięknie wygląda pod słońce! Piany żadnej, ale jak to już ustaliliśmy na tej kwarantannie (w końcu trochę grubych piw już wypiłem) nie jest to minus przy tych parametrach.


Nooo, pachnie to intensywnie. Tak "dostaniesz pałką policyjną w mordę" intensywnie. Jako pierwsze czuć suszone owoce, ale to nie one są na pierwszym planie. Figi, daktyle i chyba czereśnie. Te ostatnie dodają bardzo specyficznego zapaszku. Najmocniej jednak czuć lekko karmelową słodowość i alkohol, w tym przypadku koniak (chociaż nie wiem czemu mi się bardziej kojarzy z bourbonem). Oj szlachetny jest on, mocny i przyjemny zarazem. Gdzieś w tle wychodzi też chlebowość, która pięknie dopełnia dzieła.

Oleiste to jest i gęste jak skurczybyk. I to tak bym powiedział top 3 jeżeli chodzi o wszystkie pite przeze mnie wymrażanki. Wysycenie na bardzo niskim poziomie, od tak tylko żeby przypomnieć, że to jednak piwo. Jeżeli wcześniej dostaliśmy z pałki w twarz, to teraz dodatkowo nas butują jeszcze. Toż to jest tak intensywne (i przez gęstość utrzymujące się w ustach), że naprawdę trzeba mieć parę lat doświadczeń (złych i dobrych) z polskim craftem, aby to przyjąć na klatę. Owoce dostały takiego powera, że się zastanawiam czy nie powinny być pod jakimś specjalnym nadzorem. Takiego skondensowanego likieru z fig, daktyli, wiśni i moreli nie piłem chyba nigdy. Żeby było śmiesznie czuć tam nawet gruszkę momentami, karmelizowaną oczywiście. Podbija to wszystko karmel. Zwykły i co ciekawe przypalony też trochę. Całość na delikatnie dopełniającym chlebku. Goryczka wyraźna, jak na taką bombę, ale nie próbuje się przepychać do przodu. Finisz mocno rozgrzewający. To tutaj alkohol daje popalić, ale w bardzo szlachetny sposób. Trochę drewna też się pojawia. Podstawą są jednak: słodki alkohol (znowu te skojarzenia bardziej z bourbonem niż koniakiem) i bardzo kontrastowe, palone nuty. Coś na pograniczu kawy i palonego słodu. Na serio, to piwo jest tak zróżnicowane i złożone zarazem, że cieszę się niezmiernie z każdej wydanej na nie złotówki. Tak, blogerzy płacą za takie prawdziwe sztosiki... czasami.

----------

Styl: Iced Barley Wine Cognac BA
Alk: 20% obj.
Ekstrakt: 46% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, cookie, karmelowy, czekoladowy, pszeniczny), ekstrakt słodowy jęczmienny, chmiel (Amarillo, Columbus, Citra, Chinook), drożdże US-05.
Do spożycia: 31.12.2024


Jak tak sobie patrzę na te wszystkie nowe zakazy spowodowane Koronką, to mnie jedna rzecz zastanawia... czemu to wszystko jest takie... ugrzecznione/bezpieczne? No dobra, wiem czemu. Bo wybory. Ale kurde jak już dają te godziny w sklepach tylko dla seniorów, to powinni im zakazać chodzenia w innym czasie. Proste, logiczne i jakże skuteczne w obronie osób starszych.

No, ale my nie o tym dzisiaj mieliśmy. Bardziej o moim backlogu piwnicznym, z którego postanowiłem wynieść kolejnego sztosika z Browaru Spółdzielczego (w tym przypadku w kooperacji z Funky Fluid). Co prawda na premierze (bodajże na BGM) dostało się im za to, ale jak to mówią czas leczy rany (szczególnie przy piwach).



Etykiet z wymrażanej serii nikomu przedstawiać nie trzeba. Szyte srebrzystą nicią są jedyne w swoim rodzaju, nie tylko na naszym rodzimym rynku. Tutaj mamy też firmowy kapsel. Piwo ma piękny rubinowy kolor i jest prawie że przejrzyste (trochę brudu zostało na dnie butelki). Piana wysoka i zbita, co mnie mocno zaskoczyło przy tego rodzaju piwie i takiej ilości alkoholu. W dodatku nawet długo się utrzymywała w szkle.


Już na samym początku człowiek się zastanawia czy jest sens oceniać to piwo według wytycznych stylu... Nie dość, że poczwórna IPA to jeszcze wymrażana i leżakowana w beczkach. W samym aromacie czuć, że nie ma co się spinać, bo ten jest kompletnie bez-ipowy, ale jakże przyjemny zarazem. Mamy tu mnogość ciemnych owoców (śliwka, wiśnia, może trochę rodzynek) i dość sporą dawkę karmelu. O dziwo całość nie jest mdła w żadnym stopniu. Może to przez dodatek bardzo fajnego alkoholu? Taki trochę rum, bo wina (Pinot Noir) to ja tutaj nie czuję na pewno.

Odczucie w ustach likierowe wręcz, jak na wymrażankę przystało zresztą. Wysycenie niskie. Lepi się jak Szatan i bardzo powoli spływa po przełyku. W smaku znowu przepotężny miks ciemnych owoców: śliwki, morele (suszone) i trochę rodzynek. Dalej karmel, jak w "najlepszej" warce RJ. Tutaj jednak masakrycznie dobrze się wpasował. W tle trochę zielonej skórki orzecha włoskiego i cała masa ogólnie pojętego ekstraktu słodowego. Początkowo pojawia się nawet jakaś goryczka, ale nie trudno się domyślić, że nie ma z tym wszystkich szans. Chociaż... finisz okazuje się być zaskakująco wytrawny. Przy tej całej słodyczy uderza jak grom z jasnego nieba, zalegając zresztą. Uwierzcie mi lub nie, ale pod koniec czuć nawet trochę żywicy i cytrusów (w aromacie też wtedy). Może to przez to, że zlałem ostatki z butelki? Dodatkowo mamy delikatną beczkę (drewno samo) i znowu te skórki orzecha. Piwo miało swoją premierę już jakiś czas temu i według mnie (i po tym co czytałem w internetach) dopiero teraz zaczyna się układać. Nie ma co w tym doszukiwać się skondensowanej IPA, ale np. takiej grubaśnej wymrażanki na te chłodne wieczory już jak najbardziej. Mi cholernie smakowało, szczególnie gdy alkohol jest tak dobrze ukryty/wkomponowany w całość. Przyjemnie rozgrzewa i tylko delikatnie piecze (przy tej ilości to jakaś magia) w przełyk. Takie sadomaso przyjemne.

----------

Styl: Ice QIPA Pinot Noir BA
Alk: 21%
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słody, chmiele (na pewno Citra i Mosaic przed rozlewem), drożdże.
Data rozlewu: 24.07.2019


Ja to mam dobre podejście do craftu... pić piwa bodajże parę miesięcy po premierze, gdy już większość ludzi o nim zapomniało. W tym przypadku miałem okazję przynajmniej sprawdzić oceny ludu internetowego i muszę Wam powiedzieć, że nie jest kolorowo. Jakieś octy, kiszonki, czy też nawet wylatujące z butelki egzemplarze się trafiały.

Swoją butelkę kupiłem w osiedlowym sklepie, który ciągle mnie zaskakuje wyborem. Teraz niestety jest on bardzo ograniczony przez szeroko pojętą kwarantannę, ale trzy sztuki artezanowego Cerises jeszcze mieli o dziwo. Uświadomiłem sobie też, że sam browar zawitał ostatni raz na bloga prawie 2 lata temu...


Butelka bardzo ładnie się prezentuje, takie trochę premium look można rzec. Całość trochę mi przypomina opakowanie win szczerze mówiąc. Etykieta też, szczególnie, gdy wydrukowana jest na szorstkim papierze (jakby kredowym). Piwo ma oczojebczy, rubinowy kolor i jest lekko zamglone. Piany ni mo żodnej.


Dziwna sprawa z tym zapaszkiem. Na początku czułem tylko wiśnie, i to takie bez wyrazu trochę. Poleżało chwilę w szkle (musiałem zdjęcia zgrać na kompa) i zaczęły wychodzić dodatkowe aromaty. Trochę drewna, trochę winka, momentami nawet delikatnie funky ze skórą w tle. Niestety całość nikła, nawet w szkle jakim jest teku.

Ooo teraz to mnie Artezany zaskoczyły. Tak, że nie wiem co mam myśleć... Od początku może jednak: ciałko średnie, wysycenie też. Mam dziwne wrażenie, że lepiej byłoby, gdyby tego ciała było więcej trochę. Potem w smaku... no właśnie. Niby całkiem spoko wiśnie pojawiają się na początku, ale szybko wypychane są przez cholernie agresywną dzikość, stajnie i pestkowość. Zadziwiające przy tak długim okresie leżakowania. Goryczki praktycznie żadnej, ale za to na finiszu dość ciekawie. Wychodzą bowiem nuty winne i drewniane. To pierwsze nawet delikatnie zalega. Ogólna kwaskowatość na średnim poziomie. Piwo jest naprawdę ciekawe (na swój sposób), ale też trochę negatywnie chaotyczne według mnie. Traktuję je bardziej jako eksperyment. No i jakby nie patrzeć w mojej butelce nie było czuć octu.

----------

Styl: Barrel Aged Mixed-Cultured Ale with Cherries
Alk: 7% Obj.
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), wiśnie, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 30.09.2022


Żarty żartami, ale przez tę całą Koronkę wszyscy staniemy się alkoholikami... albo przynajmniej utwierdzimy się w tym. Człowiek siedzi w domu i myśli od rana, co by sobie wypić przy tak pięknej pogodzie. Z racji dość niskiej temperatury do głowy może przychodzić tylko duży kaliber, jak ten dzisiejszy, w postaci porteru bałtyckiego.

#wspieramypolskikraft, ale i też ten estoński, bo jest to iście międzynarodowa kooperacja Pinty. Ciekawy pomysł na blenda (czyli połączenie dwóch piw). Mamy bowiem świeżutki porter wymieszany z tym leżakowanym w beczkach po bourbonie. Mnie osobiście interesuje, czy był to zamierzony pomysł, czy po prostu mieli gdzieś skitraną końcówkę tego drugiego (tego się jednak nigdy nie dowiemy).



O etykiecie Wam dużo nie napiszę, bo sam nie wiem co mam o niej myśleć. Ot fotki randomowo wrzucone w taki trochę hipsterski kolaż. Bardzo mało informacji jeśli chodzi o skład, daty przydatności też nie ma (przy takiej ilości alko nie muszą podawać). Kapsel firmowy, spoko nawet. Piwo czarne, nieprzejrzyste. Piana ładna, wysoka i dość dobrze zbita. Utrzymuje się średnio i nie pozostawia po sobie kożucha.


Na początku nie mogłem się domyśleć, co mi w tym aromacie odstaje od reszty. Był w nim jakiś owoc, coś cholernie specyficznego... Po bardzo, ale to baaardzo intensywnym wąchaniu wyszło szydło z worka: toż to czarna porzeczka. Bardzo fajnie wkomponowała się w podstawę (która wiedzie prym w aromacie) czyli: kakao z pumperniklem. Mocno w tle ciemne owoce i nuty alkoholowe, te takie przyjemniejsze.

W ustach fajne odczucie pełni i dość gładka tekstura. Nie jest za to jakoś nadzwyczajnie lepkie. Wysycenie niskie. Smakowo zdaje się być jeszcze bardziej intensywne niżeli aromat. Gorzka czekolada atakuje z każdej strony. W dodatku wspomagana jest nutami, tak jakby, palonego słodu. Po drugiej stronie barykady mamy ciemne owoce (tym razem głównie wiśnie), trochę gęstego jak cholera karmelu i nuty orzecha włoskiego. Całość na wyraźnej, pumpernikielowej (heeee) podstawie. Goryczka niska, palona lekko. Na finiszu głównie kakao, trochę melasy i bardzo lakoniczna, ale wysokiej jakości kawa zbożowa. Jak to wszystko jest zgrane ze sobą (mimo dość intensywnych czasami doznań) to aż uwierzyć nie mogę. Beczki jako takiej jednak nie wyczuwam. Alkohol na pograniczu, co przy tym wolumenie jest nie lada wyczynem.

----------

Styl: Porter Bałtycki
Alk: 12,5%
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: b/d w zrozumiałym języku
Do spożycia: 21.01.2022


Co to się porobiło... Nic tylko siedzieć w domu i pozbywać się zapasów z piwnicy. Ja jeszcze dodatkowo chcę wprowadzić do tej niby kwarantanny solo wyjazdy rowerowe czy też bieganie. Ważne, żeby nie spotykać się w grupach. Dziwne, że do pracy (ku chwale korporacji) można normalnie chodzić...

Dzisiejsze piwo na pewno mnie trochę uspokoi. 12% to nie w kij dmuchał. Oby tylko reszta poszła za tym wolumenem. Bawi mnie też trochę to, że nie miałem pojęcia o jego istnieniu. Kupiłem je w osiedlowym sklepie (sic!) i na pierwszy rzut oka nie wiedziałem nawet, że to z Deer Bear.



Dziwicie mi się? Wystarczy spojrzeć na etykietę, która za cholerę nie przypomina tych znanych z browaru. Dziwnie to jakieś takie... nie dla mnie. Kapsel za to fajny. Samo piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Piany praktycznie nie ma, no chyba, że zaliczycie do niej ten mały okrąg.


Nie wiem, czy to wina mojej abstynencji ostatniej czy nie, ale intensywność aromatów aż wywala sufit w tym piwie. Jest tu wszystko: zaczynając od mlecznej czekolady, przez kakao i takie wafelki waniliowe (wiecie które, te co pół paczki na raz się zjada), a kończąc na delikatnej kawie. Chłopaki umieją w te cholerne naturalne aromaty, to im trzeba przyznać. Mógłbym to wąchać cały dzień, istny deser w płynie. Alkoholu nie wyczuwam.

Nie jest to najbardziej gęste i aksamitne piwo jakie piłem, ale muszę przyznać, że utrzyma się w top 5 na pewno. Ciałka dużo, na propsie (chociaż nie podali ile to ma ekstraktu). Wysycenie niskie. Co mnie cholernie zdziwiło, to zamiana ról jeśli chodzi o sam smak. Na pierwszym planie kawa, taka mocna z ciśnieniówki. Dobrej jakości w dodatku. Nie wykręca mordy jednak, bo wraz z nią pojawia się wybornie grubaśna słodycz. Jak to opisać... taki syrop waniliowy i te wafelki nieszczęsne (to już kolejna paczka zjedzona, a brzuch rośnie). Dalej na swój sposób wspomagająca czekolada mleczna i takie zacięcie kakaowe. Jak się ogrzeje mocno to wychodzą też bardzo wyraźne nuty brownie. Co do samej goryczki, to nie wiem co autor miał na myśli pisząc na etykiecie "75". Jest jej tyle co kot napłakał, ale przy piwie deserowym jakoś mi to nie przeszkadza. Na finiszu niespodzianka, bo uwydatniają się ziarna kawy i kakaowca. Tak jakby samo piwo chciało chociaż trochę powalczyć ze słodyczą. Alkohol bardzo dobrze schowany, rozgrzewa od środka. Do tego wszystkiego jeszcze trzeba dodać delikatne nuty beczkowe, drewniane. Tyle rzeczy w jednym piwie? I to jeszcze tak dobrze zgranych? Masakra. Jakbym miał pić takie 12% deserki codziennie to bym nie miał nic przeciwko... gorzej z resztą rodziny.

----------

Styl: Coffee Cocoa Bourbon Barrel Aged Imperial Stout
Alk: 12% Obj.
Ekstrakt: b/d
IBU: 75 czegoś
Skład: zawiera słód jęczmienny i laktozę.
Do spożycia: b/d


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com