Śledź mnie na:

Chciałoby się rzec: witajcie ponownie! Jakoś tak jednak dziwnie to brzmi. Przecież nigdzie nie wyjechałem. Po prostu... na blogu było pusto (co innego na fejsie). Przyczyna? A żeby to jedna. Między innymi problemy zdrowotne (nie, nie związane z alkoholem). Może Wam o tym napiszę w innym wpisie. Teraz zajmijmy się rzeczami ważnymi, czyli craftem.

Jurek wrzucił ostatnio nową etykietę piwa Blogger 2018, która delikatnie rzecz ujmując nawiązuje do pewnych... problematycznych zachowań pewnego/pewnych blogerów. Ot taka łatka przypięta nam w tym roku. Tyle dobrze, że teraz postanowili uwarzyć coś normalnego i zwyczajnie pijalnego (czeską dziesiątkę). Z tej okazji (i z racji tego, że nie będzie mnie na premierze) postanowiłem otworzyć zakurzoną butelkę monstrum uwarzonego przez brać blogerską w roku poprzednim. Czy umrę i znowu mi się odechce blogowania? Zobaczymy.



Co jak co, ale Brokreacja ma naprawdę spoko etykiety. Ta nawiązuje do granatów piwnych, z którymi borykamy się w crafcie do dziś niestety. Kapsel firmowy, za dużo na nim pierdół w postaci napisów według mnie... przecież takie fajne logo mają chłopaki. Piwo ma szalony, rudy kolor i zero piany. Nie jest też za bardzo zmętnione, ale to dzięki temu, że stało zapomniane w piwnicy.


Nie spodziewałem się, że zapach utrzyma się tak dobrze po roku. Widać to szczególnie po tym, jak wypala mi gałki oczne właśnie w tym momencie. Nie ma mnie kto zdzielić po łbie tak jak Pani z chemii na laborkach... GDZIE PCHASZ TEN NOS?! Wracając do piwa... mamy tu bardzo dojrzałe, a nawet już lekko fermentujące owoce. Raczej nie jest to kiwi, a bardziej jakaś brzoskwinia, pomarańczka czy nawet mandarynka. Są też spalone kable, całe mnóstwo. W tle naprawdę delikatna skórka od chleba. Wiecie co mnie jednak najbardziej zaskoczyło? Jak to ze sobą nie walczy... Całość dziwacznie współgra ze sobą.

Roczne odstanie na półce dało efekt i cały syf opadł na dno. Może mi się tylko tak wydawać, ale dzięki temu nie czuć tak bardzo ciałka. Owszem jest go trochę, ale tak na moje kubki smakowe poniżej 20 Plato. Wysycenie dość niskie, za niskie nawet jak na tak... skondensowane piwo. W smaku... dalej wypala, ale już nie tak jak rok temu. Pierwsza myśl: "no rzeczywiście coś to ma z Laphroaiga". Spalone kable dominują, ale tak delikutaśnie. Owoce prężnie próbują się przebić (tutaj znowu brzoskwinia z pomocą moreli). Pomaga im w tym woń fermentacyjno-alkoholowa (taki nowy typ perfum), która o dziwo wydaje się być nad wyraz przyjemna... Karmel pojawia się to tu, to tam, ale w naprawdę marginalnych ilościach. Szeroko pojętą podstawą jest skórka od chleba, ale także mocno przykrywa wcześniej wymienionymi delikwentami. Goryczka... bardzo niska, momentami ledwo co wyczuwalna. Przydałaby się wyższa, albo chociaż zastąpiona jakimś kwaskiem na przełamanie. O czym ja w ogóle piszę? Przecież to piwo to monstrum uwarzone dla jaj. Aaanyway... Na finiszu robi się trochę spokojniej. Zostają tylko słone, spalone kable. Tak tak, dobrze przeczytaliście. To dopiero tutaj wychodzi dodana sól. Degustowanie tego zajęło mi coś lekko ponad godzinę. Po roku naprawdę da się to pić.

----------

Styl: Ultra Islay Barrel Aged Salty Kiwi and Cocoa West Coast White Bitter
Alk: 10,2% Obj.
Ekstrakt: 24°
IBU: 75
Skład: słód (Maris Otter, Pale Ale, Crystal, Carafa Special typ III, Pszeniczny), chmiel Magnum, puree z kiwi, ziarna kakaowca, sól, drożdże.
Do spożycia: 13.11.2018


Wystarczająco clickbaitowy tytuł, aby przykuł Waszą uwagę? Tak? To dobrze. Wiem, że ostatnio bardziej przebywam na fejsie / instagramie, a na blogu pojawia się stosunkowo mało treści, ale coś mi dzisiaj przyszło do głowy... po rozmowie z jednym z właścicieli sklepów specjalistycznych. Pamiętacie o nich? To takie małe pomieszczenia, gdzie praktycznie każdy z nas, jeszcze z wypiekami na twarzy, zaczynał swoją przygodę z craftem.

Może Was to zdziwić, ale nawet tak niespotykanie spokojny człowiek jak ja może być czasami dość... natrętny. Wiem, wiem, sam tego nie mogę pojąć. Od samego początku działalności rodzimego browaru Świebodzin męczyłem chłopaków o coś naturalnie ciemnego. Niby uwarzyli black IPA na start, ale to jednak nie to samo co klasyka.

W końcu nadszedł ten dzień, ku mojemu zdziwieniu w pięknie sobotnie popołudnie. Siedząc w miejskiej restauracji zaproponowano mi "nowe ciemne piwo ze Świebodzina". Z początku myślałem, że chodzi o Sekala, ale kelnerka wyprowadziła mnie z błędu ukazując jakże piękną butelczynę z płynem o prawilnej ilości alkoholu w środku. Wtedy właśnie sobie przypomniałem, że chłopaki rzeczywiście mieli portera w tankach, ale byli dotychczas przekonani, że cały czas był "za młody". Przez to całe oczekiwanie zapomniałem już o nim kompletnie.


Etykieta nawiązuje do nazwy, chociaż znając ilości rynkowe tego trunku raczej nie zawojuje całego świata (HE HE). Na serio, jest go naprawdę mało. Niestety należy się karny penis za brak pełnego składu. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Nawet pod ostre słońce ciężko jest coś dostrzec. Piany za to jak na lekarstwo, nawet przy burzliwym nalewaniu. Coś mnie się wydaje, że nagazowane zbytnio nie jest... a to dobrze przy porterze.


Nie będę się zbytnio rozwodził nad aromatem, bo nie w nim drzemie siła tego piwa. Zapaszek może i jest przyjemny, bo jak inaczej można nazwać delikatnie wędzoną śliwkę (nie mam pojęcia skąd ta wędzoność) zalaną czekoladą? W dodatku fajnie otuloną nutą pieczonej skórki od chleba. Całość jednak jest też niestety średnio intensywna... Momentami trzeba się naprawdę mocno zaciągnąć, aby coś poczuć. Szkoda, bo człowiek mógłby się upić samym zapachem.

Gdy jednak bierzesz pierwszy łyk... ojezusfakinkrajst. Zanurzasz się w teku (czy z czego tam akurat degustujesz) i czujesz jak Ci się ten węgiel w płynie przykleja do języka. Jestem na 99,9% pewny, że nie piłem jeszcze tak gęstego porteru, klasycznie imperialnego. RiSy-srisy owszem, ale piwowarskiego skarbu Polski nie. Ciałko też czuć i to tak mocno (jak zresztą przystało na taki ekstrakt). Wysycenie na niskim poziomie, co można było zauważyć już przy nalewaniu. Pierwsze uderzenie smakowe wydało mi się cholernie mocne, jak jakiś pierun z jasnego nieba. Przy kolejnych łyczkach (tak moi drodzy, to jest piwo deserowe i pije się je powoooli) zrozumiałem jednak, że to było złudzenie. Importer jest po prostu cholernie wyraźny i intensywny w smaku. Na pierwszym planie oczywiście czekolada i słodycz słodowa, z delikatnie zaznaczonym toffi. Ciekawe połączenie z racji tego, że sama czekolada ma takie lekko gorzkawe zacięcie. Cholera... przy ogrzaniu nawet orzechy wychodzą z ukrycia. Po drugiej stronie barykady ustawiły się ciemne owoce z dojrzałą śliwką na czele. Taką przyjemną, likierową (tutaj też wchodzi do gry fajny, ale też dobrze ukryty alkohol). Pomaga jej trochę wiśnia, która uwydatnia się wraz z rosnącą temperaturą trunku. Zdawałoby się, że zaraz skoczą sobie do gardeł, ale wbrew temu zaczynają się ściskać jak Kargul z Pawlakiem, niszcząc płot dzielący ich posesje. Goryczka, o dziwo, dobrze zaznaczona. Profil ma taki delikatnie palony. Nie wpycha się niepotrzebnie i tylko zaznacza swoją obecność. Na finiszu słodycz zdaje się już stanowczo wygrywać, ale w ostatniej chwili pojawia się mur nie do przejścia. To kawusia przyszła z odsieczą, aby nas tutaj nie zacukrzyło na śmierć. Goddamn... zapewne wydaje się Wam, że jestem zwyczajnym fanboyem browaru z mojego rodzinnego miasta, ale... nic nie poradzę. Chłopaki idealnie wpasowali się tym porterem w moje gusta.

----------

Styl: Imperial Baltic Porter
Alk: 10,5% Obj.
Ekstrakt: 27°
IBU: 7/12
Skład: słody jęczmienne, chmiele, drożdże.
Do spożycia: 31.12.2019


"Życie, życie jest nobelom" jak to mawiał klasyk gatunku. Raz pijesz beznadziejne, niskoalkoholowe "cuda" z Doctor Brew (z tej, odważę się nawet napisać, gównianej serii San Escobeer), a z drugiej masz znanego i lubianego Koczkodana z 1 na 100. Tak na marginesie... na serio unikajcie tej serii od Doktorów. Większego shitu w polskim crafcie nie widziałem chyba od ładnych paru lat.

Kormoran za to ma dość stabilną pozycję w top 3 piw niskoalkoholowych w kraju. Jakoś na początku sierpnia na półki sklepowe trafiło ich najnowsze dzieło z pigwowcem i miodem. Oryginał (o którym przeczytacie tutaj) zawojował nasz rynek i ludzie byli delikatnie rzecz ujmując... sceptyczni. Dużo osób bało się po prostu, że tymi dodatkami browar zepsuje rześkość i lekkość poprzednika. Czy tak się stało? Sprawdźmy, na plaży, po bardzo delikatnym pedałowaniu.



Etykieta zbytnio się nie wyróżnia. Owszem mamy podmiankę koloru tła na pomarańczowy, ale na tym się zmiany kończą. Kapsel firmowy jest nowy i przyznam się szczerze, że bardziej mi przypadł do gustu niż ten poprzedni. Samo piwo razi słońcem aż miło. Piękny pomarańczowy kolor, zmętnione, z dość niską pianą. Na swój sposób naprawdę uroczo wygląda, szczególnie w tych warunkach.


Już w aromacie czuć zmiany, ale chyba nie takie, których się spodziewałem niestety. Całość nie ma już tego efektu "boom" i jak się łatwo domyśleć można nie jest jakoś super intensywne. Z początku aromaty wydają się być podobne, z przewagą zbożowości (w tym żyta) i lekkiej cytrusowości. Pigwa może i jest, ale ginie w bliżej nieokreślonym miksie żółtych owoców. Miód pojawia się, ale tylko na chwilę gdzieś pod koniec, gdy piwo się już ogrzeje.

Co się jednak okazało, już po pierwszym łyku banan wrócił mi na twarz. To jest to co pamiętam: dość wyraźne ciałko jak na ten ekstrakt, ale też mega wysokie orzeźwienie i lekkość na swój sposób. Do tego zadziwiająca i w ogóle nie muląca lepkość w ustach, zapewne przez miód. Wysycenie średnie, idealne wręcz, wchodzi jak złoto. Smakowo znowu wyraźna zbożowość z żytem w roli głównej. Do tego pigwa, tutaj już mocniejsza i specyficznie kwaskowata. Miód zlepia to wszystko bardzo przyjemnie, ale też nie doprowadza do zasłodzenia piwa. Całość jest tak mniej więcej na granicy wytrawności. Sam miód, na moje oko, jest wielokwiatowy. Jakoś tak zalatuje miksem kwiatów polnych. Goryczka średnia, ujdzie w tłumie. Nic jej nie brakuje i ma lekko cytrusowy (grapefruitowy?) profil. Na finiszu trochę więcej żółtych owoców, w tym zdecydowanie wyraźniejsza pigwa. Wprowadza na końcu konkretną kwaskowatość owocową. Tutaj już nie może być mowy o zbożowym kwasku. A właśnie, trochę mi jednak brakuje tej minimalnej dominacji żyta z oryginału. Mimo tego piwo naprawdę dobre, według mnie zaraz po pierwowzorze w klasyfikacji piw niskoalkoholowych.
----------

Styl: Lite Ale / Niskoalkoholowe
Alk: 1% Obj.
Ekstrakt: 8,5% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (jasne, ciemne, żytnie, pszeniczny), naturalny miód (3%), naturalny sok z pigwowca (2,4%), chmiel, drożdże.
Do spożycia: 01.11.2018


Z niektórymi browarami już tak mam, że koniecznie chcę, aby wypadły dobrze (albo przynajmniej przyzwoicie). Z Ursą mam bardzo duży problem... głównie przez ich brak powtarzalności w butelkach, bo z kranu to zazwyczaj jest wszystko OK. Ostatnio pity przeze mnie Dziki Kot (Boże jak to zdanie dziwne brzmi) nie wypadł za dobrze...

Dwa Winne Miśki mogą to nadrobić, chociaż uczucia mam mieszane szczerze mówiąc. Flandersa łatwo jest spieprzyć i zrobić z niego siuśki octowe. Nie ma co jednak wróżyć z fusów, lejemy całość do szkła i sprawdzamy organoleptycznie



Dwa WINNE Misie... ahaaa. Dopiero jak zobaczyłem etykietę zrozumiałem, że sama nazwa piwa miała drugie dno. Sama grafika ładna (jak zwykle zresztą), a papier miły w dotyku i trwały. Kapsel firmowy też jest, ale... znowu... po co te napisy? O wiele ładniej by się prezentował bez nich. Piwo czerwone, można nawet rzec, że krwiste. Bardzo delikatnie zmętnione w dodatku. Piany żadnej, nawet przy intensywnym nalewaniu. 


Można powiedzieć, że jakiś tam aromat wydobywa się ze szkła. Intensywnością jednak on nie grzeszy dlatego przygotujcie nozdrza. Jest owocowo, głównie po tej czerwonej stronie. Przeważają porzeczki, ale momentami wyczuwalne są też wiśnie. Nie wiem czy przypadkiem tylko mi się tak wydaję, ale wyczuwam też w tle delikatną chlebowość. Całość bardzo łagodnie zapowiada kwaśne odczucia w ustach.

Już na starcie czuć, że trochę treściwości jednak tutaj brakuje. Może i nie jest wodniste per say, ale zdawało mi się, że przy takim ekstrakcie powinno go być trochę więcej, nawet jak na sour'a. Wysycenie średnie, tutaj się wszystko zgadza. W smaku znowu owoce. Bardzo fajny miks składający się z czerwonych porzeczek, wiśni, skórki pomarańczy i delikatnych śliwek, dodających odrobinę słodyczy do tego dość kwaśnego towarzystwa. W tle słodowość, ale taka bardzo nieśmiała. Goryczka niska, pestkowa (ale w dobrym stylu). Do tego momentu było naprawdę przyjemnie, niestety finisz trochę zawodzi. Zaczyna się fajnie, przeważającą śliwka przy akompaniamencie wiśni. W mgnieniu oka jednak całość zanika i pozostaje pustka... Aż zatęskniłem za tym flandersowym miksem z początku. Podsumowując piwo smaczne i nawet po części udane. Nadrabia zaległości po poprzedniku, bo jest zwyczajnie w świecie przyzwoite. Nie spodziewajcie się jednak fajerwerków.

----------

Styl: Belgian Style Sour Ale
Alk: 4,5% Obj.
Ekstrakt: 15,4% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód jęczmienny, chmiel, drożdże, bakterie kwasu mlekowego, dzikie drożdże Wyeast Brettanomyces bruxellensis.
Do spożycia: 31.12.2018


Jakoś mi ostatnio całkiem dobrze wchodzą "winopodobne produkty"... Jeszcze trochę i wyrobię sobie jakiś tam gust smakowy. O co to to nie! - pomyślał mój wewnętrzny piwosz Janusz. Walczę z nim ostatnio i Wy mi w tym pomagacie w pewnym sensie...

W ankiecie na fejsie aż 70% z Was wybrało Lódolfa, na niekorzyść Preparatu z Artezana. Dziwne... byłem przekonany, że mają oni więcej fanboi w internetach. Czynnik sztosowy był jednak po stronie tego pierwszego. Nie dość, że jest to wymrażane piwo to jeszcze leżakowane w beczkach po białym winie. Dodatkowo jest to kooperacja z browarem Harpagan, a Ci słyną z bardzo smacznych piw.


Haftowanych etykiet z tej konkretnej, diamentowej serii Spółdzielczego nie muszę chyba przedstawiać? Marzy mi się jeszcze kapsel firmowy z diamentem (takim samym jak na grafice) i całość można wysyłać na wszelakie konkursy "Best of Opakowania" czy cuś. Tak na marginesie to trochę śmieszki z browaru, bo jeżeli mnie pamięć nie myli poprawna nazwa wina to Sauvignon Blanc (a nie Blanck, bo tak jest na etykiecie). Co się później okazało, naklejka została przyklejona przypadkiem. Beczki są po czerwonym winie Rioja. Samo piwo jest dość ciemne. Ma głęboki, rubinowy kolor, który na pewien sposób hipnotyzuje. Nawet brak piany mi nie przeszkadza. W sumie... to przy takich parametrach i metodzie wytwarzania ciężko by ją było utrzymać.


Nie przeklinam na ramach bloga, ale tym razem jestem bardzo bliski... Jak to k%$^# wspaniale pachnie chciałoby się rzec. Wyraźny aromat śliwkowy (w postaci powideł, konfitur czyli 3x bardziej intensywny) zmieszany z rodzynkami, melasą i delikatnym miodem gryczanym. Do tego chlebek w tle i lekko szumiąca beczka. Potężnie się to zapowiada, czuć to w nozdrzach. 

Jest... gruuubooo, żeby nie napisać thick (bo za bardzo mi się to sformułowanie kojarzy z teledyskami czarnoskórych raperów). Wymrażanie zrobiło swoje i to "piwo" ma konsystencje niemalże syropu. Lepi się każdego zakątka języka, podniebienia, plomb w zębach... no wszystkiego. Wysycenie bardzo niskie, chyba tylko po to, aby chociaż trochę kojarzyło się z naszym ulubionym trunkiem. Jeżeli chodzi o smak... to ciężko tak po dwóch, trzech łykach coś napisać. Tyle tego jest. Może na początek... owoce. Jak z karabinu strzelają do nas śliwki, rodzynki, daktyle i winogrona. Te ostatnie bardzo ładnie podkreślają winne korzenie piwa co idzie idealnie w parze z wszechobecną beczką (jeszcze bardziej uwydatniającą konkretne wino, czyli wcześniej wspomniane Rioja). Szeroko pojęte bakalie też się znajdą. Wszystko na chlebowej podbudowie. Goryczka średnia, tak delikatnie wspomagana alkoholem. Ten jest przyjemny, rozgrzewający i zadziwiająco dobrze ukryty jak na taką ilość procentową. Na finiszu wino zaczyna przejmować kontrolę wraz z dębową beczką, jakby człowiek sam wgryzał się w zamoczone drewno. Chyba pierwszy raz mam takie skojarzenia w piwie. Jak dla mnie jest to najlepsza wymrażanka ze stajni Browaru Spółdzielczego, i chyba najlepsza w Polsce... Pokazuje wręcz idealnie, dlaczego warto to robić. Intensywność razy kazylion.

----------

Styl: Iced Dark Strong Ale BA
Alk: 16%
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słody, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 30.09.2019


Szmat czasu to piwo przeleżało u mnie w piwnicy... jak na ten styl oczywiście. Berlinery, jak prawie każde piwa kwaśne, najlepiej pić świeże. Ja wmawiałem sobie, że wezmę je "niedługo" na rower, bo przecież idealnie się nada w te upały. Pierwszą wersję zabrałem do lasu, to dlaczego nie miałbym też drugiej?

Ano dlatego, że ileż można czekać... Jakoś tak ostatnio nie chce mi się brać plecaka na rower. O wiele wygodniej jeździ się bez niego (szczególnie jeśli większość czasu spędzasz na szosie). Zabrałem więc Rzutkowe na działkę do kumpla, gdzie rozegraliśmy partię w Magię i Miecz, przy akompaniamencie karkóweczki z grilla oczywiście.


Etykieta jakoś nieszczególnie się zmieniła. Dalej mamy ten sam knot tyle, że tło nawiązuje do jednego ze składników. Kapsla firmowego dalej nie ma. Piwo trzyma się tych samych zmian kolorystycznych i ma dość szalony, krwisty odcień. Porzeczki najwyraźniej zrobiły swoje. Piana wysoka, taka trochę nadmuchana. Powoli opada od środka pozostawiając po sobie bardzo lekki kożuch.


Jakbym nie czytał składu, to bym w ciemno powiedział, że to książkowy berliner. Jest kwaskowatość, jogurcik i delikatna nuta pszeniczna. Porzeczki wchodzą dopiero po czasie, ale nie jestem pewny czy to efekt ogrzania się piwa czy zwykłej autosugestii. Jak dla mnie zaczyna się fajnie, rześko i z przytupem. 

Po pierwszym łyku zaczynam trochę żałować, że jednak nie zabrałem tego piwa na MTB do lasu. Weszłoby jak złoto w tak upalny, duszny dzień. Jest lekko treściwe, orzeźwiające i mocno wysycone. Takie, jakie powinno być. Kwaskowatość dominuje, znowu jogurcik przychodzi na myśl. Bakterię zrobiły robotę muszę przyznać. Nie jest to jednak uber lambicowy kwas, nie w tym stylu. Jako tło przyjemna pszenica. Porzeczka... no jest, na pewno wyraźniejsza niż w aromacie. Na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się zbytnio, bo bardzo dobrze podkreśla ogólną kwaskowatość piwa. Dopiero po chwili człowiek zaczyna wyczuwać jej subtelną owocowość. Goryczki żadnej, bo nie jest ona wymagana. Na finiszu wyraźny posmak owocowy, jakby same porzeczki próbowały się wybić w ostatniej próbie zdominowania całości. Nie, nie moje drogie. To piwo jest idealnie ułożone i pozostaniecie na swoim miejscu. Piłbym litrami przez całe lato.

----------

Styl: Berliner
Alk: 3,5% Obj.
Ekstrakt: 1/5 Plato (?)
IBU: 0
Skład: słód (jęczmienne, pilzneński, pszeniczny), chmiel HHT, czarna porzeczka, drożdże WB-06.
Do spożycia: 31.12.2018


Na pewno kojarzycie serię piw z browaru Fortuna o nazwie "Miłosław warzy śmiało". Akcję tą rozkręca ostatnimi czasy Marcin Ostajewski, który pracuje tam bodajże od ponad roku. Chłop trochę doświadczenia ma trzeba mu przyznać, wcześniej pracował np. w Olimpie. Musi mieć też jakiś posłuch w branży, bo udało mu się namówić do kooperacji... AleBrowar.

Szczerze? Nigdy bym się takiej kooperacji nie spodziewał. Jeszcze tylko niech Pinta uwarzy coś z EDIm i będę mógł umrzeć w spokoju. A tak na serio... jeżeli Fortuna chce się bardziej wbić w rynek craftowy to dlaczego nie miałaby poprosić o pomoc ojców (żeby nie napisać dziadków) tegoż craftu? Sprawdźmy więc, czy kooperacja dostępna od ręki w Żabojadzie jest warta naszej uwagi.



Nie wiem jak Wy, ale ja mam jakąś awersję do kształtu etykiet Miłosława... Zazwyczaj są też one niechlujnie naklejone. W sklepie wybrałem tę najbardziej reprezentatywną, a i tak kontra nie trzymała się za dobrze butelki. Co do samej oprawy graficznej to pomysł był dobry. Połączenie znanych grafik obu browarów mogło zadziałać, gdyby nie otaczało je mnóstwo niepotrzebnego tekstu. Na kapslu też lepiej wyglądałaby sama facjata. Piwo ma ładny, złoty (wchodzący w pomarańcz) kolor i jest średnio zmętnione, duh. Piana wysoka, z początku trochę dziurawa, ale po paru małych bąblach zaczyna się trzymać całkiem dobrze. No i pozostawia spory lacing na szkle. 


Nie nooo... pachnie to całkiem przyzwoicie. Fajny, dość rześki aromat składający się głównie z cytrusów (pomarańcza, trochę grapefruita) i jaśminu. Bardzo wyraźny jest ten "śmiały składnik" trzeba przyznać. Do tego pszenica w tle i nuty kolendry. Oho, czyżbyśmy mieli idealnego kompana na plażę?

O proszę, w smaku też niczego sobie. Jest fajnie zaznaczone ciałko, ale w takim lekkim, pszenicznym stylu. Wysycenie średnie, tak "w pytkę" można rzec. Orzeźwienie z aromatu ciągnie się dalej, co ostatnimi czasy jest dość trudne we wszelakich pszenicach na naszym rynku. Dużo z nich stało się wręcz... męczące. Ale może wróćmy do "śmiałej kooperacji". W smaku typowy amerykański witbier: cytrusy + tropiki, wspomagane fajną pszenicą i stonowaną kolendrą. Z owoców głównie skórka z pomarańczy i oczywiście grapefruit. Jaśmin trochę zanikł, ale jak się postaracie to go spokojnie wyczujecie. Goryczka średnia, według mnie wystarczająca. Lekko grapefruitowa w smaku. Na finiszu trochę kwasku, dopompowana kolendra (ale bez przesadyzmu) i cytrusy. Całość naprawdę dobrze zgrana i wszystko zdaje się być na swoim miejscu. Smaczne piwko, nie zaprzeczę. Udana kooperacja, w której jaśmin okazał się być fajnym dodatkiem (i dzięki Bogu nie głównym aktorem).

----------

Styl: American Witbier
Alk: 5,6% Wag.
Ekstrakt: 13% Wag.
IBU: 40
Skład: słód (pilzneński, pszenica), płatki owsiane, chmiel (Centennial, Cascade, Mosaic, Hallertauer Blanc), kwiat jaśminu 0,2%, zest z grapefruita, kolendra, drożdże Vermont Ale.
Do spożycia: 21.06.2019


Jakoś na początku czerwca byłem w Porto w Portugalii, gdzie tak naprawdę craft nie był zjawiskiem powszednim. Co miał więc zrobić biedny degustator? No jak to co, zacząć pić lokalne wina. Dobrze wiecie, że takowego nie lubię, ale trzeba było się przemóc. Co się okazało samo Porto podeszło mi dość fajnie... Może dlatego, że bliżej mu do bimbru?

Samo wino, na swój sposób, może też być orzeźwiające. Dlatego właśnie postanowiłem sprawdzić ostatniego stwora ze stajni browaru Faktoria. Niektórzy mogą powiedzieć, żem szalony. No bo gdzie tyle alkoholu w tak upalny dzień przyjąć? W Portugalii, nawet gdy skwar leje się z nieba, mieszkańcy zaczynają dzień od lampki... to co, ja nie dam rady?


Chyba coś się zaczyna dziać na produkcji w browarze, bo papier jest jakiś taki lepszy. Albo mi się tylko wydaję... Sama grafika standardowa jak na nich. Dużo detali, lekki chaos. Ktoś musi im pomóc w zaprojektowaniu nowych, to na pewno. Piwo prezentuje się wyśmienicie za to. Ładny, wręcz mesmerajzing kolor miedzi, lekko zmętnione. Piana niska, ale przy takiej ilości alkoholu można jej to wybaczyć. Kożuszek zostaje prawie, że do końca picia.


Oho, jakie miłe zaskoczenie. Piwo z ponad 10% zawartością alkoholu pachnie wręcz... orzeźwiająco. Na pierwszym planie winogrona, trochę rodzynek, pomarańczki i delikatne banany. Całość przyprawiona wyraźną dawką pieprzu. Może mi się wydaje, ale czuć też gdzieś w tle delikatne sianko. Wyraźne, jedynie pod koniec picia aromat się ulotnił całkowicie. Zapowiada się wyśmienicie.

Goddamn... i tak właśnie jest. Attilla zaskakuje już na starcie samym odczuciem w ustach. Niby ciałko czuć, ale w życiu nie powiedziałbym, że to tripel. Po prostu "wchodzi jak woda". Orzeźwia, jednocześnie lekko zalepiając język. Wysokie nagazowanie w ogóle nie przeszkadza, a nawet można powiedzieć, że pasuje. W smaku uderzenie naprawdę wyraźnych owoców: rodzynki, wszelakie bakalie, pomarańcza, winogrona (ale o nich za chwilę) i chyba największe zaskoczenie... wiśnie. A jak to wszystko ładnie współgra ze sobą, ożeż w mordę! Wcześniej wspomniane winogrona dodają wyraźny efekt wow tego piwa, czyli elementy winne. Tak jak średnio przepadam za tym fermentacyjnym ustrojstwem, tak tutaj naprawdę dobrze się to wkomponowało w nasz ulubiony trunek. Fenoli przyprawowych trochę mniej, ale nadal czuć je dość wyraźne w tle. Goryczka niska, już bardziej czuć przyjemną kwaskowatość i lekkie szczypanie po języku. Na finiszu specyficzna... zieleń. Trochę wyraźniejsze winogrona, trochę więcej cierpkości. Całość pozostaje jednak słodka, ale o dziwo nie jest ona muląca, ani w żaden sposób przeszkadzająca. No i ten alkohol, którego nie czuć. W taki upał może się to okazał zabójczo zdradliwe. Nie spodziewałem się, że tak mi to piwo podejdzie. Czapki z głów panie piwowar z Faktorii. 

----------

Styl: Wine Tripel
Alk: 10,5% Obj.
Ekstrakt: 19% Wag.
IBU: ~25
Skład: słód (pilzneński, pszeniczny, Abbey), chmiel Warrior, cukier kandyzowany, suszone winogrona Furmint z botrytis cinerea, drożdże Wyeast Ardennes.
Do spożycia: 01.02.2019


Znowu nadszedł ten dzień w roku, gdy mój znajomy przywozi mi najnowsze piwa z browaru Ursa Maior, bo akurat wrócił z wojaży bieszczadzkich. Wszyscy pamiętamy shitstormy z ich udziałem, ale czas leczy rany i chyba wszystko już gra w relacji browar - reszta świata craftu. A przynajmniej mam taką cichą nadzieję.

Dziki Kot z Berehów to piwo szczególnie ważne, bo część kasy ze sprzedaży idzie na cele charytatywne. Tym bardziej człowiek ma nadzieję, że będzie... no chociaż pijalne. Mój wewnętrzny chochlik nie śpi jednak. Bo jeśli piwo ma trafić do mas i sprzedać się w jak największej ilości to zazwyczaj jest robione na pół gwizdka co nie? Tak nas doświadczenie nauczyło. Chodzi o to, co by tych mniej craftowych klientów też zaciągnąć. 



Etykieta (jak każda Ursy z resztą) jest mega przyjemna dla oka. Fajny, kredowopodobny papier, niespotykany kształt, no i ta grafika. Tym razem jest to praca plastyczna podopiecznej fundacji, na którą przeznaczana jest część dochodów ze sprzedaży. Kapsel firmowy jak zawsze spoko. Samo piwo ma ładny, ciemnozłoty kolor i jest delikatnie zmętnione. Piana wysoka, trochę dziurawa. Trzyma się jednak dzielnie pozostawiając niewielki kożuch do samego końca.


No... mało czuć. Aż mnie taka niemoc chwyciła. Bo człowiek chce dobrze, ma pozytywną energie... a tu nie ma z czego brać inspiracji do pisania. Tak na dobrą sprawę aromat pojawił się może na parę sekund, zaraz po przelaniu piwa do szkła. Potem znikł, tak po prostu. Szkoda, bo było to całkiem fajne połączenie owoców (tutaj głównie gruszka, ananas i pomarańcza) i herbatnika. Potem były już tylko lekko gotowane warzywa i nicość. 

W smaku trochę lepiej pod względem intensywności, ale cholera... z całą resztą jest kiepsko. Ciałko takie jakiego byście się spodziewali po tym ekstrakcie. Czuć coś, ale nie zapcha Was za szybko co w sumie jest nawet fajne jak na takie belgijskie wannabe. Wysycenie średnie, też całkiem dobrze dobrane. Problem jest w smaku... belgijskość przejęła władzę i to niestety nie w najlepszym stylu. Jest owocowo, pomarańcze, gruszka, mandarynki, te klimaty. Niestety czuć, że już stanowczo za długo leżały na słońcu i to psuje cały odbiór piwa. W dodatku pojawia się lekko denerwująca nuta alkoholowa. W tle delikatna pieprzowość i tostowo-herbatnikowa słodowość. Goryczka wyczuwalna, ale jakaś taka męcząca. Dziwne, bo przy tak mulących doznaniach powinienem jej wyszukiwać z utęsknieniem. Zdaje się mieć delikatnie ziołowy profil. Finisz nijaki, trochę pieprzowy, trochę herbatnikowy. Jakby nie patrzeć kontynuuje maksymę życiową tego piwa: być mulącym i na swój sposób bez wyrazu. Nie wiem... naprawdę chciałem jak najlepiej. Z kija na miejscu było podobno bardzo smaczne. Niestety Dziki Kot z butelki jest cholernie męczącym piwem, a weźcie pod uwagę to, że wziąłem poprawkę na styl. 

----------

Styl: New Belgian India Pale Ale
Alk: 6% Obj.
Ekstrakt: 15,5% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), chmiel, drożdże.
Do spożycia: 31.10.2018


Deweloperka craftowa trwa w najlepsze, chociaż jedynym sprzedającym (jak narazie) jest właściciel Ciechana, Pan Jakubiak. Po Tenczynku przyszedł czas, aby jego kolejne "dziecko" odłączyło się od stada. Mowa tu oczywiście o Bojanowie. Muszę przyznać, że nic o tym wcześniej nie słyszałem dopóki mi sam przedstawiciel browaru tego nie oznajmij.

Ciekawa jest to strategia, wykupić upadający/zamknięty browar, wyremontować go i sprzedać po krótkiej chwili. Zajmijmy się jednak piwem może co? A konkretnie kosmiczną APA o 1% zawartości alkoholu. Wiecie, że jestem jak najbardziej za takimi wynalazkami. Szczególnie jeśli nie smakują jak koncernowe soczki słodowe. Jak będzie tym razem?



Widać, że browar jeszcze się nie przestawił na samodzielność. Nadal używają butelek z grawerem BRJ. Etykieta zmieniona, aczkolwiek w kształcie, którego wręcz nienawidzę. Kojarzy mi się on za bardzo z Witnicą... Koloratkę wyrzuciłbym w cholerę, kapsel może zostać. Kolor piwa był nie lada zaskoczeniem z początku. Spodziewałem się jaśniejszej barwy, a dostałem rażącą miedź. W dodatku fajnie zmętnioną. Piana może nie za wysoka, ale za to trwała i bez dziur. No ładne cacko.


Z przykrością muszę stwierdzić, że zapaszek nie urywa tyłka, szczególnie intensywnością. Rzadko kiedy się zdarza, że piwa niskoalkoholowe buchają wręcz aromatami... No ale tutaj jest naprawdę ubogo. Czuć lekką słodowość i trochę kwiatów polnych. W tle zacięcie melanoidynowe w postaci skórki od chleba.

W ustach to już kompletnie inna bajka na szczęście. Jest leciutko, orzeźwiająco i zgrabnie. Ciałko malutkie, ale o wodnistości nie ma mowy. Wysycenie średnie, momentami mocniejsze się wydaje. Jest słodowo, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Czuć skórkę od chleba, czuć też lekko kwaskowate żyto. Zaskakujące jest to, że całość nie jest wcale taka słodka i "koncernowo słodowa". W tle pojawia się też pewnego rodzaju ziemistość. Brakuje mi trochę goryczki. Ta jest naprawdę delikatna, a przydałoby się troszku większe kopnięcie. Profil ma... hmm... "zielony" w pewnym sensie, żywicznopodobny. Na finiszu dominuje ziemia wspomagana odrobiną kory drzewnej. Naprawdę spoko podejście do niskoalkoholowego piwa. Pije się z przyjemnością i z chęcią chwyciłbym kolejne. Poprawić te błędy i mamy top 3 piw w tym stylu w Polsce.

----------

Styl: American Pale Ale Light
Alk: 1%
Ekstrakt: 7,5%
IBU: b/d
Skład: słód (), chmiel (Marynka, Fuggles, Citra, Mosaic), drożdże.
Do spożycia: b/d


Ależ praży ostatnio słoneczko. Aż człowiek wodą się nie nadąża orzeźwiać. Coraz częściej trzeba sięgać po bardziej radykalne środki w postaci gazowanego trunku, piwa oczywiście. Nienawidzę wody z bąbelkami, szatan wymyślił to ustrojstwo żeby karać biednych, spragnionych śmiertelników. Chyba gorsze są tylko rodzynki w babeczkach czekoladowych...

Schłodzenie mogło nastąpić poprzez zapodanie sobie płynów ze stajni Piekarni Piwa. Do wyboru miałem ich witbiera i stout. Może i lepszym wyborem wydawał się być ten pierwszy, ale nie piłem jeszcze drugiej kawy tego dnia więc postanowiłem ustrzelić dwa gołębie jednym kamieniem. Dobre rozumowanie co nie? Inna sprawa, że tym mleczno-kawowym stoutem podniecało się pół Polski pewnego czasu. Sprawdźmy więc czy będzie to udany debiut Piekarni na blogu.


Etykiety browaru są trochę chaotyczne. Prosty napis, logo i to tło... które z pewnej odległości nic kompletnie nie przypomina. Osobiście nie jestem fanem wklejania zdjęć w background jeśli mają one dużo detali. Piwo nadrabia zaległości, bo w szkle prezentuje się wyśmienicie. Jest czarne, z dobrze ukrytymi brązowymi przebłyskami. Zmętnione z tego co zauważyłem. Piana na dwa palce trzymała się dość długo po czym pozostawiła po sobie trwały kożuch.


To jest coś, co tygryski lubią najbardziej. Szczególnie te z nałogiem kawowym. Jednym z lepszych "uczuć" według mnie jest zimna kawa coldbrew wypita zaraz przed maratonem rowerowym (zazwyczaj jest to ta z Etno Cafe). Imperialny Coffee Twist pachnie podobnie. Mocna, świeżo zmielona kawa aż bucha ze szkła, nie trzeba się specjalnie wysilić żeby ją poczuć. Przegryza się też przez nią taki świeży popiół i bardzo delikatna słodycz mleczna. Oj będzie deserowo, czuję to w kościach.

Konsystencja bajkowa, ciałko wyczuwalne, gęste, ale całość aksamitna i gładka zarazem. Wysycenie średnie do niskiego, nie wchodzi w paradę. Dosłownie kogel-mogel w ustach. Smakowo z początku wydaje się być słodkie, ale to tylko pozory. Mamy bowiem fajnie paloną (popiołową wręcz) podstawę słodową, przykrytą toną kawy i posypaną szczyptą kakao. Do tego lekko przegryzająca się słodycz laktozowa. Wszystko współgra ze sobą, to piwo nie jest ani przesadnie słodkie, ani za mocno palone. Oczywiście przechyla się lekko w tę słodką stronę, ale to w końcu jest mleczny stout przecież. Goryczka wyczuwalna, palona. Mogłaby być odrobinę mocniejsza jak na mój gust. Na finiszu czuć lekką kwaskowatość od palonych ziaren kawy i wanilię, o dziwo uzyskaną z samych płatków dębowym. Naprawdę pyszny, kawowo-mleczny deser.

----------

Styl: Double Coffee Milk Stout
Alk: 5,5%
Ekstrakt: 19%
IBU: 4,5/12
Skład: słód (pale ale, monachijski I, żytni, karmelowy, pszeniczny, czekoladowy, Carafa Specjal III), jęczmień palony, chmiel Iunga, laktoza, łuska kakao, kawa, płatki dębowe, drożdże Fermentis Safale S-04.
Do spożycia: 30.08.2018


Zapewne nie znacie mnie z tej strony, ale jestem zwierzęciem bardziej... domowym. Że niby bloger taki nieświatowy i zacofany? Janusz prawie że?! No, co zrobisz. Nie czuję potrzeby wyjazdu gdzieś hen daleko podczas urlopu. Równie dobrze mogę spędzić dwa tygodnie wolnego bycząc się niedaleko miejsca zamieszkania. To samo ze spontanicznymi wyjazdami, szczególnie nad morze.

Jakoś wolę południe Polski, nad Bałtykiem (według mnie) nie ma co robić. Na ostatni weekend przemogłem się jednak i pojechaliśmy małą ekipą do Wisełki na jeden dzień, bez noclegu. Miejscówka jeszcze spoko, bo nie jest tak mocno oblegana przez turystów z parawanami, a z tego co widziałem jest też gdzie na rowerze pojeździć. Jako, że nie byłem kierowcą zabrałem ze sobą rybkę kooperacyjną, bo na świeżuteńką, złocistą specjalność kurortów nadmorskich z jakże świeżego oleju nie miałem ochoty.



Grafika na etykiecie, jak każda z tej serii, nawiązuje do jakiegoś monstrum z głębin. Przyznam się jednak szczerze, że te drukowane na papierze zwykłym jakoś tak nie przyciągają oka. Pamiętacie te malowane białą kreską? To były sztosy butelkowe. Kapselek firmowy, z tego co pamiętam przy Kiss The Beast jest też firmowy, ale Birbanta. Piwo w szkle jest nieprzejrzyście czarne z dość wysoką pianą. Ładnie zbitą w dodatku. Trzymała się dzielnie nawet przy morskim wietrze i moim nieogarnięciu podczas robienia zdjęć.


Pierwsze skojarzenia po dramatycznej próbie wywąchania czegoś przez ten nadmorski wiatr okazały się być bardzo pozytywne. Takie trochę czekoladowe ciasteczko w płynie, z delikatną posypką orzechową. I to wcale nie dlatego, że przed chwilą zjadłem muffinka domowej roboty. Zapach ciemnych słodów, kakao z delikatną kawą w tle i z lekko przypieczoną skórką od chleba. Do tego wcześniej wspomniane orzechy jak ta wisienka na torcie.

Ciałko jest naprawdę ekstra, szczególnie w to jakże chłodne (i wietrzne) popołudnie. Wyczuwalna 18', w dodatku naprawdę gładziutka i na swój sposób aksamitna. Wysycenie średnie, z początku myślałem, że odrobinę za wysokie, ale szybko się przyzwyczaiłem. W smaku już zdaje się nie być tak słodkawe, ale deserowe skojarzenia pozostają. Ciemne słody, taki jakiś palony słonecznik, czekolada i skórka od chleba naprawdę robią robotę. Gdzieś na końcu mózgu pojawiają mi się migawki przypominające ciemne ciasto babcine, ale nie do końca potrafię je zmaterializować. Co by nie było za gorzko wchodzi co jakiś czas karmel, ale taki przyjemny i niezamulający. Goryczka też niczego sobie z takim fajnym ziemistym charakterem. Na finiszu obudziły się orzechy (delikatnie niedojrzałe), które bardzo fajnie wkomponowały się w to całe towarzystwo. Tutaj też karmel zanika znacznie. Naprawdę fajne, wyraźne i bardzo dobrze skomponowane ciemne piwo. Ależ miałem ochotę na coś takiego, nawet sobie nie zdajecie sprawy.

----------

Styl: Double Brown Ale
Alk: 7,2% Obj.
Ekstrakt: 18% Wag.
IBU: 4/6
Skład: słód (Pale Ale, Brown Malt, Chocolate Malt, Caramalt), płatki owsiane, chmiel (Palisade, Willamette), drożdże WLP028 Scottish Ale.
Do spożycia: 19.04.2019



Zapewne wielu z Was zauważyło, że ostatnio na fanpage'u bloga pojawiało się dużo wzmianek o pedałowaniu. Zanim mnie zbanujecie pozwólcie, że wytłumaczę... chodzi oczywiście o rower i wszystko co z nim związane. Czy to coś zmienia? Czy przestaje powoli pić piwo?

Jak człowieka dopadnie pech, to nie ma na to rady. Wziąłem sobie wczoraj z piwnicy stouta z De Molena. Jak dotąd mnie nie zawiedli w tym akurat stylu i według mnie robią jedne z lepszych stoutów w Europie. Wyciągnąłem swój super duper hipsterski kieliszek do powolnej degustacji i poszedłem na ogród zdjęcia porobić.

Najpierw szturchnąłem butelkę otwierając ją. Powiedzmy, że łyk się wylał na ziemię. Potem, podczas robienia zdjęć, trawa postanowiła zrobić ze mnie abstynenta i zwyczajnie w świecie przewróciła kieliszek na bok. Oczywiście cała zawartość poszła w glebę, ku uciesze mrówek. Mogło być gorzej... prawie się wywróciłem na posadzce wchodząc do domu. "Co jest..." pomyślałem.



Każdy, kto się chociaż trochę interesuje craftem wie jak wyglądają etykiety tego browaru. Są... specyficzne. Złośliwi mogą powiedzieć, że zrobione na odwal, ale według mnie mają swój urok... jakiś tam. Piwo jest nieprzejrzyście czarne z ładnie zbitą pianą. Nawet w tak małym szkle trzyma się ona dzielnie.


Po De Molenie nie spodziewałbym się niczego innego. Aromat dosłownie wbija w ziemię czekoladą i orzechami. W sumie to nie tak do końca czekolada... a bardziej takie kakao. Całość zlepia mocna kawa typu espresso. Cały aromat przypomina dziwacznie taką intensywną, suchą mieszankę. Nie wiem jak to może być możliwe...

Oho, i mamy pierwsze zdziwienie. Spodziewałem się bardziej cielistego trunku, a dostałem coś pokroju porteru z dolnej granicy tabelki BJCP. W sumie nie jest to nic złego, po prostu przyzwyczajony jestem do grubszych imperialnych stoutów. Wysycenie niskie, takie jak być powinno. Niby nie jest tak mocno cieliste, ale można je zaliczyć do piw deserowych. Jest aksamitne i na swój sposób oblepiające. W smaku... no kawa, dużo kawy, takiej premium w dodatku. Już widzę siebie w drogiej kawiarni popijając espresso za 25 ojro. Żarty na bok... jest naprawdę dobrze. Dopełnia ją kakao, delikatne orzechy i chyba wanilia. Całość lekko kwaskowata. Goryczka stanowcza, palona. Niby pasuje do profilu piwa, ale wyraźnie się wyróżnia od reszty o dziwo. Finisz ziarnisty, kawowy, palony. W dodatku przyjemnie zalega. De Molen nie zawodzi, dalej warzy idealne piwa deserowe do pociumkania.

----------

Styl: Coffee Imperial Stout
Alk: 10%
Ekstrakt: 23,7% Plato
IBU: 81
Skład: słód (pils, karmelowy, palony), chmiel goryczkowy Premiant, kawa, drożdże.
Do spożycia: 23.11.2022

www.brouwerijdemolen.nl

Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com