Śledź mnie na:

Wiecie, że ostatni wpis z cyklu Pijanego Rowerzysty pojawił się w maju... rok temu? Aż sam się zdziwiłem. W sumie to się zastanawiam nad zmianą nazwy, bo mnie chyba googlowe i facebookowe algorytmy zjedzą doszczętnie (zasięgi w sensie).

I co? Zadowoleni jesteście? Bo Wam trochę gorąco było i już trzeba było tak narzekać? Teraz macie... 18°C w lipcu. Bóg Was pokarał i przy okazji też mi się dostało rykoszetem. Lubię ciepło... lubię też jazdę na rowerze w jednej warstwie ubrań. Teraz się tego nie da zrobić...

W dodatku kwasy czy też inne sesyjne piwa nie wchodzą już tak dobrze i człowiek musiał skoczyć do piwnicy po coś mocniejszego. Tak się składa, że miałem ukrytą na półce drugą warkę porteru bałtyckiego z Maryensztadtu. Trochę się o tym piwie naczytałem w tamtym roku i nie powiem, ślinka mi pociekła.



Etykieta ma fajną grafikę, ale nie pasuje mi zbytnio wszystko, co na nią wkleili. Rozumiem, że chcieli się pochwalić medalami itd, ale psuje to mocno ogólny odbiór. W dodatku napisy zrobiłbym mniejsze trochę. Kapsel firmowy, ładnie wygląda z białym tłem. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Beżowa piana zrobiła się dość wysoka, nawet przy spokojnym nalewaniu do tak małego szkła. Trochę szybko zaczęła się redukować, ale pozostawiła po sobie pokaźny kożuch, który zabawnie czepiał się ścianek tworząc pewnego rodzaju krater.


Shieeeet... Tak by zapewne powiedział jeden z moich kumpli wąchając to piwo. Tak w skrócie... ma złe doświadczenia z wędzonymi piwami, a tutaj wędzonki nie brakuje. Przoduje oczywiście wędzona śliwka, w dodatku ta z lepszych. Trochę przypomina kompot świąteczny, mniam. Dalej coś słodkiego, jakiś owoc. Może to być suszona figa, ale pewny nie jestem. W tle ciemne słody, trochę czekolady i co przyjemnie zaskakujące: orzechy laskowe.

Daaamn son, jakie to jest aksamitne i gładkie. Przy tak puszystym i pełnym ciele można się rozmarzyć, nie ma to tamto. Wysycenie niskie, idealnie w punkt przy takiej... piance. Smakowo dość zadziwiające, bo na pierwszym planie (minimalnie, ale zawsze) pojawia się czekolada, taka gęsta, kakaowa i tylko trochę mleczna. Wtopiona w nią jest wędzona śliwka. Gdybym pił kiedyś srunum-prunum to bym pewnie napisał, że podobne... NO ALE dalej czeka w piwnicy w kartoniku. Wróćmy do Gwiazdy Północy, o czym my tutaj... aaa, owoce. Figa jest już o wiele bardziej wyczuwalna i na swój sposób zastępuje te bardziej klasyczne ciemne owoce znane z porterów. Podstawą za to jest ciemne pieczywo z nutą toffi i moooże delikatnym popiołem. Goryczka niska, ale wystarczająco wyczuwalna. W końcu to piwo deserowe, czy też do pociumkania. Na finiszu robi się troszku bardziej popiołowo i wychodzi też lekka kawa zbożowa, taka delikatnie kwaskowata. Całość perfekcyjnie ułożona, co przy takiej różnorodności nie jest łatwe.

----------
Styl: Imperial Smoked Plum and Fig Baltic Porter
Alk: 10,1% Obj.
Ekstrakt: 26% Wag.
IBU: b/d
Skład: słody jęczmienne, wędzone śliwki, suszone figi, chmiel, drożdże.
Data rozlewu: 11.01.2019


Wzięło mnie ostatnio na wspominki. Na początku craftu w Polsce, gdy sam raczkowałem w tym środowisku popijając Ciechana Miodowego, w Łodzi pojawiła się Piwoteka. Już nie pamiętam co to dokładnie było za piwo, ale przy jednym miałem spinę z Markiem, bo chyba ostro je pojechałem. Może to był Ślepy Maks? Za cholerę nie pamiętam...

Do dziś się nie zgadzamy w paru kwestiach (jak np. w temacie lagerów craftowych), ale ogólnie się dogadujemy i szanuję go za wkład, który włożył w piwną rewolucję. Dlaczego o tym sobie przypomniałem? Bo dzisiaj mamy degustację urodzinowego piwa z Piwoteki.



Trochę mi zajęło zanim odczytałem nazwę piwa z etykiety. Średnio mi się podoba takie umiejscowienie wyrazu "urodziny"... już lepiej by całość wyglądała kompletnie bez niego. Kapselek firmowy, z bardzo dobrej jakości nadrukiem warto zaznaczyć. Piwo ma kolor ciemnego złota wchodzącego już trochę w miedź. Jest średnio zmętnione, co nie powinno dziwić po przeczytaniu stylu. Piana z początku wysoka dość szybko ulotniła się ze szkła pozostawiając dość wysoki kożuch.


Oj jak przyjemnie. Oh jak fantastycznie. Nie trzeba specjalnie wkładać nosa do shakera, aby poczuć przyjemny zapaszek jogurciku z owocami. Oczywiście takiego kwaskowatego (czyli w sumie kefiru bardziej). Są maliny i porzeczki, bardzo ładnie grające z kwaskiem. Gdzieś w tle trochę cynamonu i wanilii. Co najlepsze nawet przy ogrzaniu aromat pozostaje tak samo intensywny.

Oho, tutaj to dopiero czuć kwasek. Na początek jednak może coś o ciałku... to jest zaskakująco wysokie jak na sour ale. Mimo tego całość pozostaje orzeźwiająca i pije je się cholernie szybko i z przyjemnością. Nagazowanie takie na granicy wysokiego bym powiedział. Znowu mam mocne skojarzenia z kefirem i kwaśnymi, czerwonymi owocami. Są to głównie porzeczki, maliny i może trochę żurawiny. Całość zamyka przyjemna nuta pszeniczna gdzieś w tle. Na wyróżnienie zasługuje też słodycz laktozowa połączona z cynamonem, która pojawia się co jakiś czas. Niska goryczka wspomagana jest wcześniej wymienionym kwaskiem i według mnie tak właśnie powinno być. Na finiszu kwaśność wzrasta, ale ta bardziej owocowa. Naprawdę przyjemne i wielowymiarowe piwo. Dodatki zagrały jak trza (no może poza migdałami, których w ogóle nie wyczuwam) i nie zakryły reszty. Mogłem sobie zrobić większy zapas na te upały...

----------

Styl: Cinnamon, Vanilla and Almond Milk Sour Ale
Alk: 6% Obj.
Ekstrakt: 16,5% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), płatki owsiane, laktoza, chmiel (Citra, Cascade), drożdże US-05, kwas mlekowy, cynamon, wanilia, migdały.
Do spożycia: 06.02.2020


Na polskiej, jak i zagranicznej scenie craftowej pojawia się wiele trendów. Trochę słabe jest jednak to, że nie potrafimy za bardzo wykreować własnych (no może oprócz popytu na grodziskie parę lat temu). Podobnie jest i tym razem, chociaż chyba w trochę mniejszej skali. Moda na craftowe lagery zaczęła się w tamtym roku i jej, chyba, najbardziej znanym przedstawicielem było piwo Kryształ (teraz, po pewnych prawnych perturbacjach związanych z Perłą po prostu "K"), czyli kooperacja Pinty i browaru Łańcut.

Ludzie rozchwytywali to piwo, blogerzy nazywali je fenomenem, a ja siedziałem sobie wtedy z boku i drapałem się po głowie. Tak samo jak w przypadku Pierwszej Pomocy z Pinty, które swojego czasu chodziło po 8-9zł za butelkę... Odświeżona wersja Kryształu kosztowała w jednym z multitapów bodajże 16zł. Ja rozumiem, że każdy może sobie robić co chce w swoim lokalu, ale to akurat pokazuje skalę odrealnienia społecznego, które nas dosięgnęło. Że tak się zapytam wprost: gdzie tu ku$!% craft? 



Dobra, zajmijmy się samym piwem, bo mnie ten wewnętrzny hejt zje do reszty. Z zewnątrz całość wygląda spoko. Etykieta wzorowana na te starodawne, mocno kojarzące się z "jasnym pełnym" dawnych czasów. Kapselek firmowy, łańcutowy. Piwo mieni się ślicznie złocistym kolorem z zerowym zmętnieniem i ma typową dla lagerów pianę: bielutką i dość wysoką. Opada w średnim tempie przy akompaniamencie sporych bąbli.


No pachnie to... lagerowo. Co prawda tak poprawnie i intensywnie (co nie jest spotykane dość często w koncernowych lagerach), ale nadal... lagerowo. Słodowość na pierwszym planie, jest słodko, ale też nie ulepkowo na szczęście. Wyróżnia się chmiel, co jest wielkim zaskoczeniem. Duża porcja chmielowych ziół i trochę mokrej trawy. Nie powiem, już teraz robi się rześko i przyjemnie.

Zachęcony wziąłem spory łyk i muszę przyznać, że coś we mnie pękło. Kojarzycie tą scenę z Ratatouille z flashbackiem? Tak się poczułem właśnie. Życie stało się prostsze, bez zbędnych udziwnień. Całość chrupka, jak ten wymarzony pils za trzy zyle. Wysycenie średnie do dużego. W smaku słody (takie trochę ciasteczkowe, czy też biszkoptowe) przegryzione sporą dawką chmielu, który pozostaje jednak na drugiej pozycji. Tutaj znowu zioła i dopiero co zroszona trawa, świeżo skoszona. Goryczka nadzwyczaj wyraźna, ale też przyjemnie punktowa. Na finiszu troszku więcej ziół wyczuwam. Całość cholernie orzeźwiająca, z czystym lagerowym profilem, którego ze świeczką można szukać w koncernowych piwach. Tak, zachwyciłem się. Niestety bardzo szybko przypomniałem sobie o cenie i typowym podejściem kopyrowym, jako że craft musi być drogi i szczerze? Odechciało mi się.

----------

Styl: Lager/ Jasne Pełne
Alk: 5,2%
Ekstrakt: 12,5°
IBU: b/d
Skład: słód (premium pilsner, carapils), płatki ryżowe, chmiel (Styrian Cardinal, Styrian Wolf), drożdże dolnej fermentacji.
Do spożycia: 31.01.2020


Parę miesięcy temu piwną Polskę obiegła bardzo smutna wiadomość... minibrowar Haust przestał istnieć. Dla mnie osobiście było to dość druzgocące info, bo między innymi właśnie w jego murach zaczynałem przygodę z piwną rewolucją. Chyba każdy zna ich Citre, a i jakby nie patrzeć to właśnie tam zaczęły się początki browaru Birbant. Co najgorsze zamknięcie Hausta nie miało za dużo wspólnego z piwowarstwem, a bardziej z właścicielami budynku itd.

Rok temu nie zawędrowałem na Wrocławski Festiwal Dobrego Piwa... w sumie to już nawet nie pamiętam dlaczego. Pewnie jak zwykle jakieś zaliczenia miałem na studiach. W tym roku los się do mnie uśmiechnął, bo weekend festiwalowy miałem (jako jedyny w czerwcu) wolny. Masakra nie?

Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com