Śledź mnie na:

Jedni blogerzy robią sobie detoks alkoholowy, bo tak chcą, a inni... bo muszą. Nie chodzi o jakiś nadmierny alkoholizm oczywiście. Po prostu męczyłem się z chorobą "gardłowo-zatokową" prawie dwa tygodnie. Jeszcze w tym czasie przyjeżdżały #darylosu, które dobijały człowieka jeszcze bardziej...

Jednym z nich jest dzisiejsze piwo. Coś na co czekałem od bodajże ostatnich PTP. Dostałem wtedy spod lady namiastkę fortunowego barley wine i byłem nim wręcz zachwycony. "Jak tak młode piwo mnie onieśmieliło to co będzie po leżaku?" pomyślałem. Dzisiaj sprawdzimy sobie dziką wersję leżakowaną dodatkowo w beczkach po winie. Swoją drogą Pinta zbiera kasę na mini-browar tylko i wyłącznie pod beczki, a Fortuna już takie coś ma (w podobnej formie). Szczerze? Nie spodziewałem się po nich takiego czegoś, ale muszą ufać Marcinowi.



Etykieta minimalistyczna, ale jakoś tak pasuje do całości. Ładny papier, przypominający trochę ten kredowy. Pełny skład przy takich piwach zaskakuje pozytywnie, szczególnie gdy mamy do czynienia z browarem regionalnym. Kapselek też firmowy. Piwo ma piękny, ciemny, rubinowy kolor. Zdaje się być też dość klarowne. Piany nie ma w ogóle, ale przy tym stylu jest to wybaczalne.


Nie wiem czy to wina tej przerwy w piciu, czy też zasługa samego piwa, ale... jak mnie to "kopło" w nos to aż się cofnąłem o dwa metry. Tak wyraźny i elektryzujący jest aromat. Zacznijmy od podstawy: jest karmel, wyraźne pieczywo i trochę syropu, takiego z palonego cukru. Potem ciemne owoce: tutaj dominuje żurawina wspomagana śliwką. Oczywiście są też winogrona pod postacią czerwonego wina. Idealnie wtapia się w nie delikatny alkohol. Samej dzikości za bardzo nie czuję, ale wydaje mi się, że "poszła w smak".

Ahm, 27% ekstraktu jak w mordę strzelił. Uwielbiam to w barley wine'ach. Człowiek ma dziwnie zakodowane w głowie, że takie ciałko to tylko przy RiSach i porterach, a tutaj coś takiego przy piwie, przez które można coś nawet zobaczyć w szkle. Wysycenie średnie do niskiego. Pasuje, ale nie obraziłbym się gdyby było ciut niższe. Role się trochę pozmieniały, bo to owoce wyszły na pierwszy plan. Znowu mamy śliwkę (może nawet lekko podwędzaną), żurawinę i co zaskakujące... maliny, które wprowadzają dość specyficzną słodycz. Oczywiście jest też ta idealna wręcz podstawa słodowa czyli: skórka od chleba, melasa i karmel. Czerwone wino (lekko kwaskowate) wraz z beczką są przepiękną kontrą tego wszystkiego. Aż dziw, jak przy takim naporze smaków udało się im wybrnąć z opresji. Goryczka bardzo delikatnie zaznaczona, w ogóle mi ona tutaj nie jest potrzebna. Finisz w końcu ujawnia dziką stronę tego piwa. Derka szaleje aż miło przy akompaniamencie owoców (głównie malin i jeżyn). Alkohol wyczuwalny tylko przez rozgrzanie duszy i ciała. Wszystko tutaj jest wyraźne i zdaje się do siebie pasować. Nawet jeśli prowadzi walkę z resztą, co jest dziwne. Piękne piwo, kwintesencja powolnego sączenia i zachwytu nad doświadczeniem piwowara.

----------

Styl: Wild Barley Wine
Alk: 13.1% Obj.
Ekstrakt: 27% Wag.
IBU: b/d 
Skład: słód (pale ale, cookie, karmelowy, czekoladowy, pszeniczny), ekstrakt słodowy jęczmienny, chmiel (Amarillo, Columbus, Citra, Chinook), drożdże WLP648 Brettanomyces Bruxellensis Trois Vrai, US-05
Do spożycia: 31.03.2022


Siedzę sobie teraz w domu, bo mnie choroba zaatakowała i czytam różne rzeczy, głównie te w internetach. Nagle ktoś na Jepiwke wrzuca artykuł do strony pewnej gazety, której nie zdzierżę tak samo jak wszystkich innych, pseudo informacyjnych w naszym kraju. Tam Pan Złotówa narzeka, że pijemy piwo za 15zł. No, ale może zacznijmy od początku.

Wschodnia Europa rządzi się swoimi prawami. Taki Polak na przykład dostaje szału jak wyczuje na dworze temperaturę powyżej 10'C. Wyjmuje wtedy z lodówki dawno zamarynowane mięso (specjalnie oczekujące pierwszych ciepłych dni wiosennych) i idzie rozpalać grilla. Mamy podobnie ze znajomymi, ale dorzucamy jeszcze do tego planszówki pokroju Talizmanu itp.

Problem (jak co roku) pojawia się z wyborem piw. Wyjścia są dwa: albo kupujesz sprawdzone i modlisz się, aby jakość kolejnych warek trzymała poziom, albo ryzykujesz coś nowego. Wczoraj zaryzykowałem "najnowszą" (tak wiem, premierę miało to piwo już jakiś czas temu) Podróżą Kormorana, czyli goryczkowym, amerykańskim lagerem. Wredni mogą powiedzieć, że trochę słabo jak na craft, ale do grilla pozycja idealna się wydaje według mnie.



Etykieta nie zmieniła się w ogóle. Ładna grafika przypominająca człowiekowi stare dobre czasy, gdy craft się rozwijał prężnie i nikt nawet nie myślał o aferach. Niestety nadal jest niechlujnie przyklejona. Trochę szkoda, bo papier jest naprawdę premium, no i ktoś się namęczył przy tych ich "morskich opowieściach". Piwo ma złoty kolor i jest ciut zmętnione, duża porcja syfu zostaje bowiem w butelce. Piana wysoka, ale dziurawa. szybko się redukuje do dość pokaźnego krateru i taka już pozostaje przez dłuższy czas.


Nooo... nie zaczyna się za dobrze. Aromatu to to za dużo nie ma szczerze mówiąc. Głównie słodowe: trochę chlebka z odrobiną masła. Tego ostatniego już dawno nie czułem w piwie muszę przyznać. O jakichkolwiek chmielach (tym bardziej amerykańskich) słuch zaginął. Nie zdążyłem nawet przewrócić mięsa na grillu, a już zapaszków kompletnie nie było.

W smaku jest już lepiej, ale też nie przesadzałbym z zachwytami i innymi ohami i ahami. Ciałko jest jak przy dobrej czternastce, a i wysycenie dość mocne się wydaje. Całość ma takie przyjemne, chrupkie zacięcie. Jest słodowo, czysto i lagerowo (na serio w tej kategorii nie ma się co rozpisywać), ale też wytrawnie. Trochę mnie to przy tym stylu zmyliło, ale tak zaskakiwany to ja mogę być codzienne. Goryczka niska, można by było popracować trochę nad jej wzmocnieniem. Finisz psuje trochę odbiór piwa, bo zalega nieprzyjemnie taką jakąś dziwną nutą kredową. Ogólnie spoko, do karkówki jak znalazł (szczególnie w kontekście pospolitych eurolagerów). Nawet dość duża ilość alkoholu jest naprawdę bardzo dobrze ukryta. Problem polega na tym, że za cholerę nie ma wyczuwam w tym amerykańskich chmieli... No i nie pasuje mi to jako całość do cyklu Podróże Kormorana, w ogóle.

----------

Styl: Brut American Lager
Alk: 7,5% Obj.
Ekstrakt: 14,5% Wag.
Goryczka: b/d
Skład: słody jęczmienne, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 27.05.2019


Strefa nowych browarów na WFP jest... dziwna. Z jednej strony fajnie, że festiwal stara się dać im szansę, ale z drugiej... miejsce gdzie ich umiejscowili zdawało się być (z braku lepszego słowa) ciasne. Pomijając ten fakt można było tam wyhaczyć parę piwnych perełek.

Dwie z nich były tworem dość młodego browaru Funky Fluid. Niestety swojego kwasa uwarzonego specjalnie na Beer Geek Madness nie mieli w butelkach, ale już "zamuloną" IPA tak. Trochę teraz żałuję, że nie kupiłem też ich szkła, ale to przy następnej okazji.


Chłopaki musza mi wybaczyć, ale ta etykieta jest chyba jedną z najbrzydszych jakie widziałem. No sorry ziomki, ale kleks z cholernie niepasującym w tym akurat miejscu logo wygląda tragicznie w moich oczach. Piwo za to przyciąga uwagę (pozytywnie). Ładny złoty kolor, równiutko zmętnione w dodatku. Piana niska, nie chciała się zbytnio tworzyć. O dziwo sam kożuch widoczny poniżej utrzymywał się bardzo długo.


Ano, takie je zapamiętałem po wizycie w Warszawie. Soczysty aromat cytrusowo-tropikalny jest cholernie wyraźny i tak samo intensywny. O dziwo najbardziej wyczuwalne są mandarynka i pomelo. Potem trochę brzoskwini i pomarańczy, a na końcu lekka pszenica. Jest też jeszcze bardzo, ale to bardzo delikatna nafta, która w tym przypadku akurat pasuje idealnie.

W ustach pierwsze co uderza to dość wysokie nagazowanie, ale tutaj akurat człowiek się do niego przyzwyczaja dość szybko. Takie wysycenie może tylko pomóc NEIPA według mnie. Ciałko jest, owszem, ale nie wchodzi w paradę nikomu i nie zapycha. Smakowo powtórka z rozrywki czyli: soczyste owoce na lekkiej podbudowie pszenicznej (trochę przypominającej nawet pieczywo). Tym razem to pomelo wskakuje na pierwsze miejsce, zaraz za nim pomarańcza, brzoskwinia i limonka. Owoce kłują delikatnie, ale w taki przyjemny sposób (tak jak cytrusy powinny), a nie tak jak Antracyt z Gzuba... Przez cały czas pilnuje tego wszystkiego biała skórka od chyba pomelo. Goryczka na średnim poziomie, punktowa i taka lekko grapefruitowa. Na finiszu albedo wchodzi na wyższe obroty, ale nie macie się czego obawiasz, bo całość traci wtedy na intensywności. Naprawdę fajna i poprawna "błotnista" IPkA. Nie wiem też czy mi się tylko zdaje, ale po lekkim ogrzaniu wychodzą iglaki nawet.

----------

Styl: New England IPA
Alk: 5,4% Obj.
Ekstrakt: b/d
Goryczka: 3/5
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), płatki owsiane, chmiel (Citra, Mosaic, Simcoe, Chinook), drożdże.
Do spożycia: b/d 


Jedną z nielicznych butelek zakupionych przeze mnie na Warszawskim Festiwalu Piwa (relacja tutaj) był "zwyczajny" RiS z browaru Gzub. Dlaczego? No chyba nie muszę Wam tego tłumaczyć? Nie przypominam sobie browaru w Polsce z taką butelką-granatem.

Jak tak sobie teraz myślę, to z Gzuba za dużo piw w swoim życiu nie wypiłem. Kto wie, może to będzie początek niespodziewanej miłości? Na swoim stanowisku w Warszawie mieli jakieś tam wzięcie to chyba wpadki nie będzie?


Pięknie dziwaczna butelczyna oklejona jest dość prostą, ale jakże pasującą etykietą. Skojarzenia z opakowaniami starych lekarstw w jeszcze starszych aptekach są jak najbardziej na miejscu. Nawet papier przypomina swoją chropowatością ten z dawnych lat. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Piana bardzo wysoka, ale miejscami dziurawa. Na szczęście dość długo się trzyma i ma charakterystyczną "piankę" na wierzchu. Lacing też niczego sobie.


Coś tu jest jednak nie tak... Pierwszy niuch przyniósł aromaty... winne. Takie delikutaśne, ale zawsze. Raczej czerwone wino, bo właśnie takie owoce przychodzą na myśl jak czerwony winogron i trochę wiśni. Bardzo daleko w tle trochę czekolady i w sumie nic więcej. Po dość wyraźnym ogrzaniu dochodzi też lekki karmel. Mam złe przeczucia...

Zapnijcie pasy, wsiadamy na shitstormowy rollercoaster. Po pierwsze: całość jest przegazowana, jak jakiś podły schwarzbier. Dodatkowo ciałka w tym jak na lekarstwo. W życiu bym nie powiedział, że ten "RiS" ma powyżej 20° ekstraktu. W smaku jest kłująco, nieprzyjemnie, za ostro nawet jak na ten styl. Nic tutaj do siebie nie pasuje, wszystko się gryzie ze sobą. Dobra wojenka smaków nie jest zła w RiSie, ale tutaj to... szkoda gadać. Na początku szczypie (ale bardzo krótko) gorzka czekolada, potem wchodzi jakiś sfermentowany owoc, albo i nawet dwa (winogron i rodzynki). Do tego dochodzi delikatna nuta rozpuszczalnikowa. Każde z nich uderza jak igła, bez przysłowiowej spoiny, lub czegokolwiek innego. Goryczka? Jakaś tam jest, może i nawet lekko palona. Niestety szybko o niej człowiek zapomina, bo na finiszu wchodzi kolejna igła pod postacią zwietrzałej kawy. Nie zrozumcie mnie źle... uwielbiam sado-maso w ciemnych piwach. Antracyt jest po prostu beznadziejnym chaosem o intensywności zwykłego ciemniaka, a nie RiSa z krwi i kości.

----------

Styl: Russian Imperial Stout
Alk: 10,8% Obj.
Ekstrakt: 23°
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), chmiel, drożdże.
Do spożycia: 01.12.2020


Możecie mi uwierzyć lub nie, ale nie byłem nigdy na Warszawskim Festiwalu Piwa. Wiem, dziwne to się wydaje dla kogoś, kto z piwa rzemieślniczego zrobił sobie hobby. W dodatku sam event jest dwa razy do roku, czego nie rozumiałem kompletnie... do dzisiaj.

Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com