Śledź mnie na:

Byłem ostatnio we Wrocławiu na weekend i się załamałem. Ci, co obserwują profil na fejsie wiedzą już o tym. W skrócie: na 18 kranów w jednym z multitapów były tylko 2 piwa ciemne. Reszta to ipy-sripy lub kwasy głównie. W lutym. Jak ja mam przeżyć te wiatry halne i chłód na dworze? Z tego co pamiętam to Idiota z Trzech Kumpli ratował jakoś sytuacje.

Przyjechałem do domu i postanowiłem wypić coś innego. Coś, co tym wszystkim kwasom orzeźwiającym mogłoby napluć na brodę, potocznie mówiąc. Dlatego właśnie wyciągnąłem funky kwasa z browaru Piwojad, ich najnowsze piwo. Wiecie dlaczego? Bo to piwo pokazuje, że można zrobić coś w stylu, ale na chłodne dni. Żeby było zabawnie do tego piwa trafiło 9 różnych szczepów dzikich drożdży oraz bakterii.


Buteleczka smukła i unikatowa, browar lubi swoje lepsze piwa wlewać do takich właśnie. Do tego specjalnie szkło z grafiką z etykiety. Chyba nie muszę Wam mówić, że jest to moje ulubione szkiełko od czasu, kiedy je dostałem?  Piwo ma dość specyficzny kolor, taka miedź połączona z wiśnią. Przyciemniona w dodatku i lekko zmętniona (dość dużo syfu zostało na dnie butelki). Piana nieistniejąca.


Czytałem w internetach, że aromat wywala z butów. Może i byłaby to prawda gdyby nie fakt, że troszku temu werwy brakuje (czyt. intensywności). Czuć, że funk pochłonął chłopaków, bo stajni w tym nie brakuje, brudnych koni też. Do tego rodzynki i bliżej nieokreślona nuta rudej z Bowmore. Po ogrzaniu dodatkowo wchodzi beczka, drewno w sensie. Szczerze? Jakby całość była mocniejsza, to bym się za takiego kopa w nos nie obraził. Nie jest to typowy, craftowy miks polski - czyli tona chmielu nowofalowego i tyle.

Chciałem kopa, to mam. Ale dlaczego prosto w zęby? Łojezusie co tutaj się dzieje w tym szkle. Na początku muszę nadmienić, że ciałko jest dość zdradliwe. Niby nic takiego, pije się w miarę szybko i bezproblemowo. Wysycenie średnie, do wysokiego w dodatku. Tylko, że... to ma ponad 11% alko, którego w ogóle nie czuć. Można to pomylić z wyrazistym i mocno funky kwasem (takie uproszczenie). No to tak... znowu funk, ale z przeważającą derką. Do tego rodzynki, melasa i chyba wiśnia. Gdzieś w tle są nawet nuty palonego koźlaka, zadziwiające. Całość kwaśna od bakterii, ale z umiarem (chociaż początkujący beergeek miałby problem). Goryczka taka trochę nieistniejąca, ale przy takim piwie mnie to jakoś nie dziwi. Na finiszu unikat, bo jak inaczej można nazwać kwaśną beczkę/drewno z odrobiną wanilii? Podsumowując... piwo na pewno wyjątkowe. Jest w nim lekki chaos, ale o dziwo przemyślany na swój sposób. To, jak czasami kwas (a raz funk, wymieniają się) wychodzą przed szereg i dominują przez dosłownie pół sekundy jest atutem w tym przypadku. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić to to, że nie wyczuwam w tym torfu z Bowmore.

----------

Styl: Dark Strong Wild Ale Bowmore BA
Alk: 11,5%
Ekstrakt: 21°
IBU: b/d
Skład: słody jęczmienne, chmiel, drożdże, bakterie.
Do spożycia: 15.11.2021


Mam taką teorię, że oświetlenie w kuchni powinno się dobierać tak, aby ułatwić sobie blogowanie. Byłem ostatnio u szwagra na jego nowym mieszkaniu i w końcu założył z żoną ledy nad blatem w kuchni. Nie raz robiłem zdjęcia piwa właśnie na blacie kuchennym i doceniam dobre oświetlenie w tym miejscu. Muszę przyznać, że wybrali dobrze.

Delikatnie cieplejszy odcień oświetlenia pasował do piwa, nie wspominając już o wieczorze z planszówkami przy muffinkach. Trochę bałem się o nowe panele, bo wyczytałem gdzieś w necie, że akurat to konkretne piwo ma problem z przegazowaniem... Na szczęście nie w tym przypadku.


Etykieta nie wyróżnia się niczym szczególnym, jak każda z tej serii. Luźno nawiązuje do zabaw/placu zabaw. Dziwi mnie za to to, że browar nie załatwił sobie jeszcze kapsla firmowego. Logo wyglądałoby pięknie na białym tle. Piwo z początku wydawało się czarne, ale jak się dobrze przyjrzy człowiek to zauważy bardzo ciemny, brunatny odcień. Piana bardzo wysoka, trochę dziurawa miejscami. Trzyma się jednak dzielnie fajnie zdobiąc ścianki szkła przy opadaniu.


Po takim piwie spodziewałbym się bardziej kopnięcia w twarz, jeżeli chodzi o aromat oczywiście. Niestety mimo dość fajnych zapaszków całość nie za bardzo miała moc, aby się przebić. A byłoby co wąchać, oj byłoby. Jest czekolada mleczna, karmelowe cukierki i nuta marcepanu. W tle słabnące orzechy. Troszku szkoda...

Po pierwszym łyku gęba zaczęła mi się cieszyć na szczęście. Piwo jest wystarczająco cieliste, ale też gładkie i aksamitne (czy jak kto woli: owsiane). W dodatku ma dość niskie wysycenie. Całość zaskakująco mocno czekoladowa i to już nie tak słodko jak w aromacie. Wtóruje jej paloność, która łączy się trochę z karmelem i muska go swoimi płomieniami (tak, w poprzednim życiu byłem bardem za centa). Są też orzechy, gdzieś daleko, ale za cholerę mi nie przypominają masła orzechowego. Goryczka delikatniutka, lekko palona. W sumie piwo nie jest aż tak słodkie żeby jej tu nie wiadomo ile człowiek potrzebował. Na finiszu dopiero pojawiają się skojarzenia z tytułowym peanut butter i trochę marcepanu (oprócz wszędobylskiej czekolady oczywiście). Tutaj też wchodzi nuta kawy zbożowej. Alkohol całkiem dobrze ukryty, jak na taką jego ilość. Ogólnie dobre piwo, ułożone i na swój sposób przemyślanie. Nie jest jednak nie wiadomo jak oszałamiające jak niektóre trunki z tej serii. To chyba ten brak aromatów, o który tak zawzięcie wszyscy walczą w crafcie.

----------

Styl: Imperial Dark Ale
Alk: 10,8%
Ekstrakt: b/d
IBU: 20
Skład: słód (pale ale, caramel 30, caramel 150, chocolate dark, black), płatki owsiane, laktoza, masło orzechowe, chmiel Simcoe, drożdże S-04.
Do spożycia: b/d


Zabawne są te nagłe zwolnienia lekarskie. Najpierw człowiek się wkurza, bo musi siedzieć w domu nie ze swojej winy, ale potem... uświadamia sobie, że może np. skończyć DLC do Wieśka 3, które leżą na dysku już parę lat. No i znajduje zaległe wpisy na blogu, których nie opublikował.

Tak jest z tym FESem kooperacyjnym właśnie. Już nawet nie pamiętam przy jakiej okazji go wypiłem, ale wiem, że było to u szwagra. Oczywiście możemy polemizować, czy jakiekolwiek leżakowanie (nawet z płatkami drewna) ma sens poniżej 22° ekstraktu, ale po co? W dodatku uświadomiłem sobie, że Recraft jeszcze nie miał swojego debiutu na blogu. No, może oprócz pewnego incydentu sprzed ponad 2 lat...



O butelkach, a tym bardziej etykietach Recrafta nie ma co się rozpisywać. Wszystkie wyglądają praktycznie tak samo, ot taki pasek z podstawowymi danymi i tyle. Kapsel firmowy, ale dlaczego nie z logo? Piwo wyraźnie czarne, bez przebłysków (co mnie zdziwiło muszę przyznać). Piana praktycznie zerowa.


Fajny, ale prosty aromat. Może inaczej napiszę: jest nieprzekombinowany po prostu. Taka wyraźna, słodka czekolada i odrobina drewna w tle. Ta niby beczka nie jest stęchła na szczęście. Poootem gdzieś w oddali wyczuć można też nutę kawową. Zadziwiająco długo utrzymują się te zapaszki w szkle.

Ciałko na poziomie medium, jak to się człowiek z resztą spodziewał po FESie. Wysycenie tak samo, średnie. Całość nawet po tej aksamitnej stronie się wydaje. W smaku czekolada robi się mniej słodka i dochodzi do niej (już wyraźniejsza) nuta kawowa. Słodycz zmienia lekko swój profil przez dodany cukier Muscovado (który mi się trochę kojarzy z przypalanymi cukierkami z patelni). Goryczka niska z większymi zapędami czasami. Ma lekko palony profil. Płatki dębowe pojawiają się na finiszu (podobne jak w aromacie) wraz z delikatnym alkoholem. Na szczęście przyjemnym. Co mnie bardzo zaciekawiło w tym piwie, to kawa. Z początku była taka meh, jak najzwyklejsza rozpuszczalska. Potem jednak przeistoczyła się w lepszą, droższą, świeżo zmieloną. Dziwne, naprawdę dziwne. Ogólnie piwo ładnie ułożone i zwyczajnie przyjemnie, do wypicia przy wieczorze, a już na pewno przy jakimś mięsiwie.

----------

Styl: Foreign Extra Stout
Alk: 7% Obj.
Ekstrakt: 19°
IBU: 2/5
Skład: słód (jęczmienne, pszeniczny), cukier dark muscovado, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 28.10.2020


Pamiętam, jak na którymś festiwalu wypiłem wersję Bowmore tego piwa... nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić. Było tak dziwne. Z jednej strony macie podwójną kwaskowatość (żyto i kwas mlekowy), a z drugiej beczkę po whisky. Z każdym łykiem miałem zmianę nastawienia... z "Jakie to jest pyszne!" na "Nic tu nie gra!".

Wersja z Bordeaux wydaje się bardziej... na miejscu. I to piszę ja, Jarząbek. Człowiek, który nie lubi wina, a wręcz nim gardzi czasami. Muszę się też spieszyć, bo okazało się, że data ważności jest do końca stycznia. Wszyscy dobrze wiemy, że to nie jest styl, który lubi leżakowanie.


Buteleczka na półce wygląda jak towar premium, nie ma to tamto. Etykieta pasuje do niej idealnie, aczkolwiek wolałbym taką z mniejszą ilością tekstu. Loga browarów na kontrę i tyle. Piwo ma piękny miedziany kolor i jest klarowne. Piana dziurawa, niska i z krótki żywotem. Przy takich parametrach i beczce nie dziwi mnie to jednak.


Piwnica chyba wyszła na dobre temu piwu, przynajmniej jeśli chodzi o składowe aromatu. Mamy przyjemnie kwaśne owoce: soczyste wiśnie, trochę czerwonych winogron i nawet truskawki. W tle dorzucili też suszone owoce, głównie śliwkę. Jak się ogrzeje wychodzi też typowa dla żyta nuta słodowa, zakwaszana. Byłoby naprawdę zajebiście gdyby nie fakt, że przez zbliżający się termin przydatności całość straciła na intensywności i trzeba się dobrze zaciągnąć.

Niby ma tylko trochę ponad 16% ekstraktu, a wydaje się naprawdę gęste. Ciałko jest na bardzo fajnym poziomie muszę przyznać i to jeszcze nie takim zapychającym bez przesady. Wysycenie też trochę pomaga w tym odczuciu, bo jest na średnim poziomie. W smaku... miazga, już na samym początku mogę Wam to napisać. Jest kwaśne, naprawdę, ale też ułożyło się całkiem fajnie i człowiek nie czuje się tak, jakby dostał sztachetą od tyłu nagle. Sama kwaśność pochodzi po części od żyta, a po części od kwasu mlekowego. Mamy znowu owoce, głównie wiśnie z winogronem i  delikatne truskawki gdzieś w tle. Momentami pojawiają się też porzeczki czerwone, ale to nie zawsze. Czuć żyto i trochę beczkowego drewna. Skojarzenia z winem są praktycznie cały czas, ale takie subtelne bym powiedział. Goryczka niska, do prawie niewyczuwalnej. To kwasek jest tu głównym bohaterem. Finisz jest bardzo dziwny, ale też intrygujący. Oprócz przeważającej cierpkości czuć też... chlebek. Ładnie się to wszystko połączyło, na serio. Słodycz jest fajnie kontrowana przez kwasek, a i też doznań stricte smakowych nie brakuje.

----------

Styl: Sour Rye Ale Bordeaux BA
Alk: 7% Obj.
Ekstrakt: 16,6% Wag.
IBU: niskie
Skład: słód (pilzneński, karmelowy 150, carafa II, żytni), płatki owsiane, cukier biały, chmiel Warrior, drożdże US-05.
Do spożycia: 31.01.2020


Ostatnie wyczyny Pana Jakubiaka można skomentować tylko w jeden sposób... soczystymi epitetami. Ja wiem, że jak komuś się wali grunt pod nogami to taka osoba zaczyna zazwyczaj atakować swoje środowisko, no ale... szkoda strzępić ryja jak to mówią. Dzisiaj zajmiemy się tym, co najpiękniejsze w tej branży czyli piwem. I to takim już dość leciwym.

Dodatkowo stworzyłem nowego taga "leżak", będziecie mieli pod nim wszystkie degustowane przeze mnie piwa leżakowane. Sam porter z browaru Ciechan opisywaliśmy już sobie (o tutaj), ale jego starszy o prawie 5 lat brat zasługuje na nowy wpis. No i mamy piękne święto dzisiaj: Dzień Porteru Bałtyckiego. Świętujcie i radujcie się!



No co, dużo się nie zmieniło. Etykieta jak za Gierka została (w końcu to ta sama warka chyba). Kapsel firmowy też, choć lekko zardzewiał od spodu. Piwo nadal czarne z bardzo delikatnymi refleksami. Piana mimo upływu lat trzyma się dzielnie. Rośnie wysoka i chwyta się ścianki jak koala bidonu z wodą (przepraszam, już nie będę).


Ojezuschrystus, tego się nie spodziewałem. Aromat nie dość, że utrzymał swoją intensywność, to jeszcze ewoluował. Kojarzycie na pewno czekoladę Milka z solonym krakersem? Taki właśnie zapach dominuje tutaj.  Potem kawa zbożowa, odrobina skórki od chleba i śliwka z wiśnią w tle. Co jest jeszcze bardziej zaskakujące to to, że po ogrzaniu wychodzi marcepan. Skąd? Nie mam pojęcia.

Wziąłem szybko pierwszy łyk, jak nałogowiec na głodzie. Potem szybko drugi, bo coś mi nie pasowało. Niby te 22% ekstraktu, ale jakoś tak trochę brakuje ciała. Nie jest broń Boże wodniste, ale fajnie byłoby, gdyby trochę bardziej wypełniało człowieka. Struktura spoko, piwo jest aksamitne i dość nisko wysycone. W smaku znowu intensywność na najwyższym poziomie. Zaskakuje zgranie poszczególnych smaczków. Tak jak w wersji świeżej mamy tutaj odzwierciedlenie aromatu, no prawie. Czekolada nadal ma w sobie nutę krakersów, ale nie jest już tak słodka. Wiśnia dostaje porządnego kopa i to ona dominuje w owocowej części piwa, suszona śliwka poszła gdzieś na tyły. Kawa zbożowa nadal wyczuwalna, skórka od chleba też, ale zdaje się być jeszcze bardziej delikatna. Goryczka mnie cholernie pozytywnie zaskoczyła, bo... jest. Ostatnio o nią trudno w porterach. Wystarczająca, lekko palona. Dobrze wgryza się w słodycz całości. Finisz wytrawniejszy od reszty, kawa zbożowa uwydatnia się wraz z delikatną nutą paloną. Alkoholu nie czuć praktycznie. No chyba, że mam liczyć to jakże przyjemnie grzanie od środka. Jak to się pięknie ułożyło (choć nie musiało) to ja nie wiem. Szczególnie gdy pomyślę o tym failu, jakim był ciechanowy Porter Świąteczny z limitowanej edycji (z datą do 2014). Tamten był zwyczajnie rzecz ujmując płaski...

----------

Styl: Porter
Alk: 9% Obj.
Ekstrakt: 22% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, karmelowy, monachijski, barwiący), chmiel.
Do spożycia: 02.07.2015


Wielkimi krokami zbliża się Baltic Porter Day, dlatego postanowiłem wyciągnąć coś... innego z piwnicy. Owszem mogłem chwycić jakiś znany i lubiany trunek leżakowany sto lat, ale... po co. Może zrobię to jutro. W przeddzień chciałem sprawdzić jak się ma chyba najmniej hypowane piwo z moich zbiorów.

Oczywiście browar znacie, głównie przez śmiechy hihy w internetach i różne wypowiedzi prezesa (a chyba najbardziej przez jego zdjęcie, które rozsyłane jakiś czas temu było w mailach promocyjnych browaru). Od tego czasu dużo się zmieniło, choćby sama nazwa. Teraz jest to Pilsvar.



Etykieta przypomina mi trochę te stare z czasów tzw "regionalnej rewolucji piwnej", gdy większość z nas (czyli oświeconych) piła piwa regionalne. Już nie będę przytaczał wiadomego porównania z pewnym browarem na W. Kapsel firmowy, chaotyczny, za dużo na nim tekstu. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Przy nalewaniu lekko mętne. Piana z początku wysoka szybko się ulotniła pozostawiając dość ładny kożuch.


Oj uciekło trochę tego aromatu przez te dwa lata. Szkoda, bo jest naprawdę fajnie. Na pierwszym planie czuć słodszą czekoladę, wspomaganą delikatnym, palonym słodem. Jest też trochę skórki od chleba. Dalej nuta czerwonych owoców, głównie rodzynek. Ciekawi mnie, czy świeżak też tak pachniał... Jeśli tak, to zapewne o wiele intensywniej i za to mogę sobie strzelić liścia.

O proszę, jakie miłe zaskoczenie. Leżakowanie nie ukradło ani ciałka, ani smaku. Fajnie wypełniające, gęste nawet na swój sposób. Do tego przyjemna, gładka tekstura i niskie wysycenie. W smaku znowu czekolada, ale z wyraźnie przypieczoną skórką od chleba. Do tego wyraźna słodycz owocowa. Tutaj znowu rodzynki, ale też dobrze wpasowane śliwki i lekko kwaskowate wiśnie. Goryczka niska, mogłaby być zdecydowanie wyższa moim zdaniem. Na finiszu wszystko traci trochę na intensywności, ale za to wchodzi kawa, taka lekko zalegająca. Zdziwiłem się, naprawdę. Spodziewałem się tego, że wyśmieje porter z Grybowa i pójdę sobie dalej, a ten mnie cholernie pozytywnie zaskoczył. Jest wyraźny (przynajmniej w smaku), dobrze ułożony i z prawie, że niewyczuwalnym alkoholem. Nie wiem jednak jak moja leżakowana butelka ma się do wersji świeżej.

----------

Styl: Porter
Alk: 9,5% Obj.
Ekstrakt: 22° BLG
IBU: b/d
Skład: słód (monachijski, pilzneński, karmelowy, palony), chmiel (Marynka, Lubelski), no i pewnie drożdże.
Do spożycia: 28.02.2018


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com