Śledź mnie na:

Ja to mam dobre podejście do craftu... pić piwa bodajże parę miesięcy po premierze, gdy już większość ludzi o nim zapomniało. W tym przypadku miałem okazję przynajmniej sprawdzić oceny ludu internetowego i muszę Wam powiedzieć, że nie jest kolorowo. Jakieś octy, kiszonki, czy też nawet wylatujące z butelki egzemplarze się trafiały.

Swoją butelkę kupiłem w osiedlowym sklepie, który ciągle mnie zaskakuje wyborem. Teraz niestety jest on bardzo ograniczony przez szeroko pojętą kwarantannę, ale trzy sztuki artezanowego Cerises jeszcze mieli o dziwo. Uświadomiłem sobie też, że sam browar zawitał ostatni raz na bloga prawie 2 lata temu...


Butelka bardzo ładnie się prezentuje, takie trochę premium look można rzec. Całość trochę mi przypomina opakowanie win szczerze mówiąc. Etykieta też, szczególnie, gdy wydrukowana jest na szorstkim papierze (jakby kredowym). Piwo ma oczojebczy, rubinowy kolor i jest lekko zamglone. Piany ni mo żodnej.


Dziwna sprawa z tym zapaszkiem. Na początku czułem tylko wiśnie, i to takie bez wyrazu trochę. Poleżało chwilę w szkle (musiałem zdjęcia zgrać na kompa) i zaczęły wychodzić dodatkowe aromaty. Trochę drewna, trochę winka, momentami nawet delikatnie funky ze skórą w tle. Niestety całość nikła, nawet w szkle jakim jest teku.

Ooo teraz to mnie Artezany zaskoczyły. Tak, że nie wiem co mam myśleć... Od początku może jednak: ciałko średnie, wysycenie też. Mam dziwne wrażenie, że lepiej byłoby, gdyby tego ciała było więcej trochę. Potem w smaku... no właśnie. Niby całkiem spoko wiśnie pojawiają się na początku, ale szybko wypychane są przez cholernie agresywną dzikość, stajnie i pestkowość. Zadziwiające przy tak długim okresie leżakowania. Goryczki praktycznie żadnej, ale za to na finiszu dość ciekawie. Wychodzą bowiem nuty winne i drewniane. To pierwsze nawet delikatnie zalega. Ogólna kwaskowatość na średnim poziomie. Piwo jest naprawdę ciekawe (na swój sposób), ale też trochę negatywnie chaotyczne według mnie. Traktuję je bardziej jako eksperyment. No i jakby nie patrzeć w mojej butelce nie było czuć octu.

----------

Styl: Barrel Aged Mixed-Cultured Ale with Cherries
Alk: 7% Obj.
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), wiśnie, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 30.09.2022


Żarty żartami, ale przez tę całą Koronkę wszyscy staniemy się alkoholikami... albo przynajmniej utwierdzimy się w tym. Człowiek siedzi w domu i myśli od rana, co by sobie wypić przy tak pięknej pogodzie. Z racji dość niskiej temperatury do głowy może przychodzić tylko duży kaliber, jak ten dzisiejszy, w postaci porteru bałtyckiego.

#wspieramypolskikraft, ale i też ten estoński, bo jest to iście międzynarodowa kooperacja Pinty. Ciekawy pomysł na blenda (czyli połączenie dwóch piw). Mamy bowiem świeżutki porter wymieszany z tym leżakowanym w beczkach po bourbonie. Mnie osobiście interesuje, czy był to zamierzony pomysł, czy po prostu mieli gdzieś skitraną końcówkę tego drugiego (tego się jednak nigdy nie dowiemy).



O etykiecie Wam dużo nie napiszę, bo sam nie wiem co mam o niej myśleć. Ot fotki randomowo wrzucone w taki trochę hipsterski kolaż. Bardzo mało informacji jeśli chodzi o skład, daty przydatności też nie ma (przy takiej ilości alko nie muszą podawać). Kapsel firmowy, spoko nawet. Piwo czarne, nieprzejrzyste. Piana ładna, wysoka i dość dobrze zbita. Utrzymuje się średnio i nie pozostawia po sobie kożucha.


Na początku nie mogłem się domyśleć, co mi w tym aromacie odstaje od reszty. Był w nim jakiś owoc, coś cholernie specyficznego... Po bardzo, ale to baaardzo intensywnym wąchaniu wyszło szydło z worka: toż to czarna porzeczka. Bardzo fajnie wkomponowała się w podstawę (która wiedzie prym w aromacie) czyli: kakao z pumperniklem. Mocno w tle ciemne owoce i nuty alkoholowe, te takie przyjemniejsze.

W ustach fajne odczucie pełni i dość gładka tekstura. Nie jest za to jakoś nadzwyczajnie lepkie. Wysycenie niskie. Smakowo zdaje się być jeszcze bardziej intensywne niżeli aromat. Gorzka czekolada atakuje z każdej strony. W dodatku wspomagana jest nutami, tak jakby, palonego słodu. Po drugiej stronie barykady mamy ciemne owoce (tym razem głównie wiśnie), trochę gęstego jak cholera karmelu i nuty orzecha włoskiego. Całość na wyraźnej, pumpernikielowej (heeee) podstawie. Goryczka niska, palona lekko. Na finiszu głównie kakao, trochę melasy i bardzo lakoniczna, ale wysokiej jakości kawa zbożowa. Jak to wszystko jest zgrane ze sobą (mimo dość intensywnych czasami doznań) to aż uwierzyć nie mogę. Beczki jako takiej jednak nie wyczuwam. Alkohol na pograniczu, co przy tym wolumenie jest nie lada wyczynem.

----------

Styl: Porter Bałtycki
Alk: 12,5%
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: b/d w zrozumiałym języku
Do spożycia: 21.01.2022


Co to się porobiło... Nic tylko siedzieć w domu i pozbywać się zapasów z piwnicy. Ja jeszcze dodatkowo chcę wprowadzić do tej niby kwarantanny solo wyjazdy rowerowe czy też bieganie. Ważne, żeby nie spotykać się w grupach. Dziwne, że do pracy (ku chwale korporacji) można normalnie chodzić...

Dzisiejsze piwo na pewno mnie trochę uspokoi. 12% to nie w kij dmuchał. Oby tylko reszta poszła za tym wolumenem. Bawi mnie też trochę to, że nie miałem pojęcia o jego istnieniu. Kupiłem je w osiedlowym sklepie (sic!) i na pierwszy rzut oka nie wiedziałem nawet, że to z Deer Bear.



Dziwicie mi się? Wystarczy spojrzeć na etykietę, która za cholerę nie przypomina tych znanych z browaru. Dziwnie to jakieś takie... nie dla mnie. Kapsel za to fajny. Samo piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Piany praktycznie nie ma, no chyba, że zaliczycie do niej ten mały okrąg.


Nie wiem, czy to wina mojej abstynencji ostatniej czy nie, ale intensywność aromatów aż wywala sufit w tym piwie. Jest tu wszystko: zaczynając od mlecznej czekolady, przez kakao i takie wafelki waniliowe (wiecie które, te co pół paczki na raz się zjada), a kończąc na delikatnej kawie. Chłopaki umieją w te cholerne naturalne aromaty, to im trzeba przyznać. Mógłbym to wąchać cały dzień, istny deser w płynie. Alkoholu nie wyczuwam.

Nie jest to najbardziej gęste i aksamitne piwo jakie piłem, ale muszę przyznać, że utrzyma się w top 5 na pewno. Ciałka dużo, na propsie (chociaż nie podali ile to ma ekstraktu). Wysycenie niskie. Co mnie cholernie zdziwiło, to zamiana ról jeśli chodzi o sam smak. Na pierwszym planie kawa, taka mocna z ciśnieniówki. Dobrej jakości w dodatku. Nie wykręca mordy jednak, bo wraz z nią pojawia się wybornie grubaśna słodycz. Jak to opisać... taki syrop waniliowy i te wafelki nieszczęsne (to już kolejna paczka zjedzona, a brzuch rośnie). Dalej na swój sposób wspomagająca czekolada mleczna i takie zacięcie kakaowe. Jak się ogrzeje mocno to wychodzą też bardzo wyraźne nuty brownie. Co do samej goryczki, to nie wiem co autor miał na myśli pisząc na etykiecie "75". Jest jej tyle co kot napłakał, ale przy piwie deserowym jakoś mi to nie przeszkadza. Na finiszu niespodzianka, bo uwydatniają się ziarna kawy i kakaowca. Tak jakby samo piwo chciało chociaż trochę powalczyć ze słodyczą. Alkohol bardzo dobrze schowany, rozgrzewa od środka. Do tego wszystkiego jeszcze trzeba dodać delikatne nuty beczkowe, drewniane. Tyle rzeczy w jednym piwie? I to jeszcze tak dobrze zgranych? Masakra. Jakbym miał pić takie 12% deserki codziennie to bym nie miał nic przeciwko... gorzej z resztą rodziny.

----------

Styl: Coffee Cocoa Bourbon Barrel Aged Imperial Stout
Alk: 12% Obj.
Ekstrakt: b/d
IBU: 75 czegoś
Skład: zawiera słód jęczmienny i laktozę.
Do spożycia: b/d


Chciałem sobie wypić piwo z sokiem dzisiaj... i nie wyszło. Ja rozumiem, że malinowy sour powinien być kwaśny, ale nie do tego stopnia, że aż sam wychodzi z butelki. Trochę szkoda, ale przynajmniej wymusiło to na mnie otwarcie innego piwa. W tym przypadku Ciacha z browaru w Bojanowie.

O aromatach pisali już chyba wszyscy (np. ostatnio The Beervault). Według mnie są dopuszczalne, póki browar nie używa ich do uzyskania rzeczy dość powszechnych w piwie (czyt. do poprawienia swojej nieudolności). Przy takim stylu, jakim jest pastry stout ciężko jest też uzyskać naturalnie np. masło orzechowe. Tak na marginesie... może aromaty powinny być dozwolone właśnie tylko przy tym stylu? Wtedy by się wszyscy zamknęli i zajęli innymi rzeczami może.



Etykieta z czasów, gdy podniecałem się jeszcze Ciechanem Miodowym. Tutaj nic się w Bojanowie nie zmieniło niestety. Kapsel firmowy, dość szczegółowy. Piwo ciemne, ale nie jest kompletnie czarne. Widać w nim zacięcie brązu, jest też lekko zmętnione. Piany praktycznie żadnej.


Bartek nie mylił się, pachnie to naprawdę po "pastrowemu". Aromaty jak widać zrobiły swoje i człowiek czuję tylko i wyłącznie Pieguski. Te takie podstawowe bez karmelu, czyli samo ciacho i czekolada mleczna. Warto zaznaczyć, że zapaszki utrzymują się praktycznie do ostatniego łyku i są mega intensywne.

Nie spodziewałem się dużo po smaku, wiadomo na co głównie działają aromaty. Nie jest to też imperialny stout i ma... no właśnie, ile ekstraktu? Browar pokusił się tylko o grafikę słodowości: 5/10. Na moje oko ta "liczba" jest odrobinę zawyżona, bo całość momentami robi się delikatnie wodnista (ale bez przesadyzmów). Wysycenie średnie. Po pierwszym łyku myślałem, że znowu wyczuwam Pieguski, ale przy drugim szybko się zreflektowałem. Mamy tutaj bowiem bardziej takie tańsze czekoladki z nadzieniem orzechowym. Niby mleczna czekolada, ale tak nie do końca. Jest też trochę takiej laktozowej słodyczy (której w sumie fizycznie nie dodali) i kakao daleko w tle, które chyba próbuje się postawić wszechobecnej słodyczy (ale sromotnie dostaje w mordę niestety). Goryczka na granicy autosugestii. Na finiszu dużo się nie dzieje, oprócz pojawiającego się znikąd, delikatnego posmaku kawy zbożowej. Ogólnie piwo odzwierciedla cenę, z grilla bym nie wygonił jak to mówią. Jest mega słodkie, jak na pastry stout przystało, ale brakuje mu głębi i złożenia, jak to jest w przypadku tych bardziej craftowych trunków. Muszę jednak przyznać (znowu) rację Bartkowi, piłem o wiele gorsze piwa w tym stylu i niestety o wiele droższe.

----------

Styl: Pastry Stout
Alk: 5% Obj.
Ekstrakt: 5/10
IBU: 2/10
Skład: słód (pilzneński, cookie, monachijski ciemny, czekoladowy jasny, czekoladowy ciemny, pszeniczny), chmiel, aromat, drożdże.
Do spożycia: 06.02.2021


Wiem, że ostatnio pisałem Wam o przesileniu kwasowo-IPowym w zimie, ale z tym piwem jest trochę inaczej. Siedząc w domu (i mając w piwnicy spory wybór) mogę sobie raz na jakiś czas pozwolić na coś... letniego. Tak było tym razem, bo miałem dziwne wrażenie, że nawet jakiś słabszy stout mógłby mnie zapchać.

Cyrulik jest dość dziwacznym tworem, bo jak inaczej nazwać coś kwaśnego i wędzonego zarazem. Nie ma co się dziwić, bo piwo uwarzone było na Beer Geek Madness. Browar Profesja raczej wie co robi, dlatego nie skończę chyba jak kumpel kiedyś... po wypiciu 3 grand championów wędzonych (to już historia na kiedy indziej).


Etykieta typowa dla Profesji, oczywiście z krasnalem. Mimo dużej ilości tekstu podoba mnie się, jak zwykle. Piwo w kolorze jasnego złota, może delikatnie wchodzi w słomkę (ale na moje oko zbyt ciemne na to jest). Piana wysoka, biała i zdawałoby się, że mocno zbita. Dość szybko jednak opada bardzo ładnie chwytając się przy tym ścianki szkła.


Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo była mi potrzebna taka wędzonka w tym stylu. W fajnie intensywnym aromacie delikatnie dominuje bowiem takie połączenie oscypka z szynką wędzoną. Jak się mocno zaciągnie człowiek, to wyczuje też trochę jogurtu, jak to na ten styl przystało. Sama wędzonka nie jest nachalna i czuć, że piwo będzie raczej orzeźwiające i lekkie.

No... i jest fajnie. Lekko i zwiewnie nawet można rzec. Wysycenie wysokie, ale też bez przesadyzmów znacznych. Pierwsze co mi przychodzi na myśl to zabranie Cyrulika do plecaka do lasu, czy to na rower, czy też na zwykłą przechadzkę. Berliner Weisse jest wręcz idealny do tego. Kwaśność, taka w sam raz. Profil czysty, mlekowy. Lekka pszenica w tle i trochę owocowości, taka cytrynka, albo i sam zest z niej. Dopiero po dwóch, trzech łykach czuć też wędzonkę. Ta jednak delikatnie, ale z klasą, komplementuje resztę. Goryczki nie ma, bo nie jest w tym stylu potrzebna. Finisz dość krótki, ale z jogurtowym przytupem bakteryjnym. Nie dość, że jest to bardzo proper berliner, to jeszcze z fajnym twistem. Jak się zrobi cieplej, to będzie idealny na wypady.

----------

Styl: Smoked Berliner Weisse
Alk: 3,6% Obj.
Ekstrakt: 9° Plato.
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny wędzony bukiem, pszeniczny), chmiel, drożdże Grodziskie, bakterie (Lactobacillus Brevis, Lactococcus Lactis, Lactobacillus Plantarum, Lactobacillus Delbrueckii).
Do spożycia: 18.01.2021


Byłem ostatnio we Wrocławiu na weekend i się załamałem. Ci, co obserwują profil na fejsie wiedzą już o tym. W skrócie: na 18 kranów w jednym z multitapów były tylko 2 piwa ciemne. Reszta to ipy-sripy lub kwasy głównie. W lutym. Jak ja mam przeżyć te wiatry halne i chłód na dworze? Z tego co pamiętam to Idiota z Trzech Kumpli ratował jakoś sytuacje.

Przyjechałem do domu i postanowiłem wypić coś innego. Coś, co tym wszystkim kwasom orzeźwiającym mogłoby napluć na brodę, potocznie mówiąc. Dlatego właśnie wyciągnąłem funky kwasa z browaru Piwojad, ich najnowsze piwo. Wiecie dlaczego? Bo to piwo pokazuje, że można zrobić coś w stylu, ale na chłodne dni. Żeby było zabawnie do tego piwa trafiło 9 różnych szczepów dzikich drożdży oraz bakterii.


Buteleczka smukła i unikatowa, browar lubi swoje lepsze piwa wlewać do takich właśnie. Do tego specjalnie szkło z grafiką z etykiety. Chyba nie muszę Wam mówić, że jest to moje ulubione szkiełko od czasu, kiedy je dostałem?  Piwo ma dość specyficzny kolor, taka miedź połączona z wiśnią. Przyciemniona w dodatku i lekko zmętniona (dość dużo syfu zostało na dnie butelki). Piana nieistniejąca.


Czytałem w internetach, że aromat wywala z butów. Może i byłaby to prawda gdyby nie fakt, że troszku temu werwy brakuje (czyt. intensywności). Czuć, że funk pochłonął chłopaków, bo stajni w tym nie brakuje, brudnych koni też. Do tego rodzynki i bliżej nieokreślona nuta rudej z Bowmore. Po ogrzaniu dodatkowo wchodzi beczka, drewno w sensie. Szczerze? Jakby całość była mocniejsza, to bym się za takiego kopa w nos nie obraził. Nie jest to typowy, craftowy miks polski - czyli tona chmielu nowofalowego i tyle.

Chciałem kopa, to mam. Ale dlaczego prosto w zęby? Łojezusie co tutaj się dzieje w tym szkle. Na początku muszę nadmienić, że ciałko jest dość zdradliwe. Niby nic takiego, pije się w miarę szybko i bezproblemowo. Wysycenie średnie, do wysokiego w dodatku. Tylko, że... to ma ponad 11% alko, którego w ogóle nie czuć. Można to pomylić z wyrazistym i mocno funky kwasem (takie uproszczenie). No to tak... znowu funk, ale z przeważającą derką. Do tego rodzynki, melasa i chyba wiśnia. Gdzieś w tle są nawet nuty palonego koźlaka, zadziwiające. Całość kwaśna od bakterii, ale z umiarem (chociaż początkujący beergeek miałby problem). Goryczka taka trochę nieistniejąca, ale przy takim piwie mnie to jakoś nie dziwi. Na finiszu unikat, bo jak inaczej można nazwać kwaśną beczkę/drewno z odrobiną wanilii? Podsumowując... piwo na pewno wyjątkowe. Jest w nim lekki chaos, ale o dziwo przemyślany na swój sposób. To, jak czasami kwas (a raz funk, wymieniają się) wychodzą przed szereg i dominują przez dosłownie pół sekundy jest atutem w tym przypadku. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić to to, że nie wyczuwam w tym torfu z Bowmore.

----------

Styl: Dark Strong Wild Ale Bowmore BA
Alk: 11,5%
Ekstrakt: 21°
IBU: b/d
Skład: słody jęczmienne, chmiel, drożdże, bakterie.
Do spożycia: 15.11.2021


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com