Śledź mnie na:

Poleciałem sobie ostatnio wybyczyć się trochę. I to nie jak zwykle do pobliskiego lasu, a trochę bardziej na południowy zachód... Wywiało mnie aż do Porto w Portugalii. Dziwne to miasto, bo wygląda jak jedna wielka łazienka. Wszędzie kafelki. Najśmieszniejsze było jednak to, że gdy u nas pogoda smaliła ludzi na skwarki tam... było coś koło 20'C. Dla nas nawet spoko, łatwo było poznać turystę po krótkim rękawku. Portugalczycy (I shit you not) chodzili w kurtkach puchowych. 

Taka pogoda pomogła mi w wyborze piwa craftowego, którego tam i tak za dużo nie było. RiS z browaru Post Scriptum okazał się być naprawdę przyjemny i rozgrzewający. Inna sprawa, że trochę mało tego mieli w samym Porto... Jak na tablicy wisi Paulaner jako "craft z zagranicy" to wiedz, że coś się dzieje. No, ale tam się pije wino, więc jakoś przeżyłem. Po powrocie do domu nabrałem ochotę na nasze rodzime RiSy i tak się ostatnio złożyło, że ten od Absztyfikanta wygrał ankietę na fejsie. No to co, hop do szkła.


Etykieta bardzo prosta i przyjemna. No czorny kwadrat, czego się spodziewaliście? Piwo też czarne jak węgiel, chociaż jakby się uprzeć można wypatrzeć jakieś ciemnobrunatne odcienie. Beżowa piana wysoka i całkiem zgrabna z początku. Jak już jednak zacznie opadać to w dość szybkim tempie. Pozostawia po sobie jakiś tam ślad na szkle i bardzo trwały kożuch.


Say whaaaaat? Co tu się wyprawia? Ależ to pięknie daje marcepanem. Pewnie jeszcze Wam o tym nie pisałem, ale uwielbiam go. Rzadko kiedy kupuję batony marcepanowe, bo zwyczajnie w świecie pożarłbym je w parę sekund. Tak z cały karton. Podobnie byłoby, gdybym kupił więcej butelek tego piwa. Oprócz marcepanu wychodzą też wyraźne migdały i, o dziwo, gorzka czekolada. Spodziewałem się mlecznej, słodszej. Bardzo daleko w tle lekka paloność i... słodka wanilia? Chyba tak. Całość wyraźna i utrzymująca się do samego końca.

Po przełknięciu pierwszego łyku pojawia się lekki zgrzyt, ale w sumie taki naprawdę malutki. Ciałko owszem jest, ale na moje oko piwo mogłoby być bardziej wypełniające. Pasowałoby to do profilu smakowego. Wysycenie też zdaje się być czasami za wysokie. Smakowo jednak... nadrabia zaległości, oj nadrabia. Jest słodko, tak naprawdę słodko. Nie jest to jednak odpychająca, czy też sztuczna słodycz, a po prostu miks marcepanu, zadziwiająco wyraźnej wanilii i czekolady. Wróć... w sumie to bardziej kakao z delikatnym zacięciem mlecznym od dodanej laktozy. Marcepan momentami nawet szczypie w język co mi się osobiście podoba, ale może parę osób zniechęcić. Goryczka wchodzi jak na zawołanie, stanowczo i w kawowej poświacie (z początku myślałem, że jest po prostu palona, ale już przy drugim łyku zweryfikowałem swoje domysły). Finisz pokazuje idealnie, jak wielowymiarowy jest Black Square. Do głosu dochodzi kawa zbożowa, która wraz ze swoistą palonością walczy jak równy z równym z poprzedzającą je słodyczą. Do samego końca nie wiadomo tak naprawdę kto wygrał. Cholernie ciekawe piwo, ale też nie dla każdego. Ja daję dużą okejkę

----------

Styl: Imperial Stout with Cocoa & Tonka Beans
Alk: 9,5%
Ekstrakt: 24 BLG
IBU: 70
Skład: słód (pale ale, monachijski II, abbey, płatki owsiane, słód biscuit, special b, caraaroma, płatki pszenne, jęczmień palony, carafa II special), ziarno kakaowca, fasola tonka, chmiel Iunga, drożdże fermentis safale us-05.
Do spożycia: 21.03.2019


Tak, tak. Dobrze widzicie. Znienawidzony przez wielu, niezrozumiany i biedny rowerzysta powraca do lasu. Mam nowy notesik, dobry aparat w telefonie i przekonanie, że jedno piwo do lasu to nie grzech. Czego więcej chcieć? No może nowego sprzętu...

Panie, co? Gdy Michał Kopik (Piwny Garaż, Browar Kingpin) wrzucił zdjęcie z warzelni w Kamionce nikt nie chciał tego faktu wziąć na poważnie. Że niby na tym sprzęcie się uczył fachu? Ok, ale jeden z najbardziej rozpoznawalnych piwowarów craftowych w browarze regionalnym, z którego... no nie oszukujmy się śmieje się większość craftopijców? Piekło zamarzło!

A może... ma to sens? Jak ten rycerz na białym koniu weźmie za rękę i sprowadzi na właściwą drogę. Do Michała i jego "mechanicznego rumaka" to nawet pasuje. Inna sprawa, że sam browar musiał się na to zgodzić i mieć zwyczajnie w świecie chęci... może wszystko naprawdę zmierza ku lepszemu?



No dobra, sama etykieta nie zachęciłaby mnie do kupna. Papier dość niechlujnie naklejony i słabej jakości. Co do samej grafiki... no jest mi obojętna. Nic we mnie nie rusza, że się tak wyrażę. Kapsel firmowy przywołujący wspomnienia zamkniętego już browaru w Konstancinie. Piwo za to prezentuje się wyśmienicie. Ładny złoty kolor, mocno zmętnione, jak na ten styl przystało. Piana trochę niska, ale kożuch pozostaje na długo.


Już po otwarciu butelki zdziwiłem się niezmiernie. Nie poczułem żadnego masła, czy też gotowanych warzyw. Buchnęła we mnie Citra i to bynajmniej nie delikatnie. Akurat stałem na wiadukcie kolejowym, mogło się to skończyć tragicznie. Na pierwszym planie tropiki, te bardziej lepkie. Marakuja, mango itp. Do tego wyraźne, ale pochowane momentami iglaki, które okazały się być bardzo pozytywnym zaskoczeniem. 

Po wypiciu pierwszego łyku nabrałem trochę więcej szacunku dla browaru z Chodzieży. Co jak co, ale łatwo u blogerów nie mieli. Oczywiście Michał zadziałał swoje, ale przecież samego go na warzelni nie zostawili. Zbaczam trochę z kursu... A więc: ciałko trafione w punkt. Czuć je, ale nie doszło jeszcze do poziomu zapychania (co jest dość łatwe do uzyskania przy spieprzonym, ekhem, karmelowym IPA). Pewna kremowość wyszukiwana w tym stylu też się pojawia. Wysycenie na średnim, dobrym według mnie poziomie. Smakowo znowu tropiki i miks gęstego miąższu mango i marakui. Dodatkowo wspomaganego grapefruitem i tymi zaskakującymi iglakami gdzieś w tle. Całość na przyjemnej, lekko pszenicznej podbudowie. Goryczka wyraźna, średnia (na pewno nie niska jak to napisali na etykiecie), ale dość krótka. Robi robotę po prostu swoim cytrusowym profilem. Finisz wyróżnia się dość wyraźnym ziemisto-żywicznym akcentem. To chyba Mosaic pokazuje rogi w tym momencie. Zadziwiająco smaczne, orzeźwiające piwo. W dodatku bez wad. Jako wprowadzenie do craftu idealne, nie jest nachalne jak jakiś pijany bloger scenie. 

----------

Styl: New England IPA
Alk: 6% Obj.
Ekstrakt: 14,1% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny, owsiany), płatki owsiane, chmiel (Citra, Mosaic, Citrulicious), drożdże.
Do spożycia: 11.2018


Opinie w internecie mogą pomagać, ale mogą też uprzykrzyć życie. Wiem, że może się Wam wydawać to dziwne z ust kogoś, kto uczynił z tego swoiste hobby, no ale cóż. Najlepszym przykładem będzie dzisiejsze piwo. Dlaczego? Już tłumaczę.

Kupiłem je jeszcze grubo przed terminem spożycia. Pierwszej warki nie udało mi się zdobyć, a opinie miała miażdżąco pozytywne. Dopisałem sobie więc Satanislava do tzw. bucket-list i czekałem w ukryciu. Bodajże 2 lata od premiery w końcu mi się udało. Problem w tym, że po przeczytaniu paru hejtowych recenzji mina mi zbledła. A to, że nie ułożony, że trąci alkoholem na kilometr itp. Wrzuciłem więc do piwnicy i tym świętym-nieświętym zapomniałem. Do dziś.


Etykieta rozpoznawalna przez chyba większą część braci piwnej. Nadruk ręcznego rysunku, jakby długopisem lub rysikiem. Detal niesamowity muszę przyznać. Ładnie prezentuje się na butelce, chociaż całość jest dość krzywo naklejona. Piwo wygląda na czarne, nieprzejrzyste. Przy nalewaniu widać jednak wyraźnie brązowy odcień. Piana niska, szybko redukująca się do trwałego kożucha.


Po takiej etykiecie (i nazwie) spodziewałem się (przynajmniej) wypalenia nozdrzy, ale nic takiego się nie stało. Szatan jakoś mnie nie nawiedził. Zamiast niego pojawił się bardzo przyjemny, ale jak na RiSa trochę za bardzo stonowany aromat, głównie torfowy. Wędzonka, delikatne nuty asfaltu i średnio gorzka czekolada tworzą dość fajną kompozycję. Czasami wychodzą też wanilia i bardzo, ale to bardzo delikatne ciemne owoce. Gdyby całość była wyraźniejsza (i utrzymywała się dłużej) to byłaby tzw. dyszka za aromat jak nic.

Hola hola, co tu się odwala? Ekstrakt 22 BLG, a ciałko jak i odczucie w ustach bije na głowę parę znanych mi już imperialnych stoutów. I to w dodatku z większymi cyferkami w tabeli. Jest naprawdę przyjemnie. Grubo, ale gładko zarazem. Taka jedwabista aksamitność można rzec. Wysycenie bardzo niskie, idealne. W smaku na pierwszym planie gorzka czekolada, do której bardzo szybko dołączają wanilia i torf. Ten ostatni traci na wędzoności, a zyskuje na asfalcie i spalonych kablach. Wszystko w granicach, bez przesadyzmu. To czekolada i wanilia kierują tym towarzystwem i co chwilę o tym przypominają reszcie. Dawno nie spotkałem się z tak przyjemnie zadziorną gorzką czekoladą, naprawdę. Gdzieś w tle czuć ciemne owoce, ale to tak bardziej w domyśle. Ooo i pralinki też są, albo bardziej skojarzenia z nimi. Goryczka średnia, wystarczająca. Taka trochę palona. Finisz trochę pusty, niewyraźny i kompletnie niepasujący do reszty tym całym brakiem doznań. Taki ni to czekoladowy, ni to owocowy... Nie zmienia to jednak faktu, że ogólnie jest to bardzo dobry RiS. Złożony, ułożony i bez jakichkolwiek oznak alkoholu.

----------

Styl: Russian Imperial Stout
Alk: 8% Obj.
Ekstrakt: 22 BLG
IBU: b/d
Skład: słód, chmiel, laktoza, drożdże.
Do spożycia: 4.11.2017


Nie lubię agrestu, chociaż lubię kwaśne rzeczy. Jakoś tak od dziecka mam, że nienawidzę wręcz tego jakże ukochanego przez wielu działkowców owocu. Może to przez to, że wciskano mi go za każdym razem? No, bo zdrowe owocki, jedz jedz Patryś. Brrr. Inna sprawa, że uwielbiam kwaśne piwa... i co ja teraz biedny mam zrobić?

No jak to co, spróbować. Szczególnie jeśli Browar Jana wysyła butelki przedpremierowo. Trochę szkoda, że piwo będzie głównie dostępne w kegach. Mam jednak cichą nadzieję, że Duch Craftu zstąpi na piwowara (i marketingowców) i browar postanowi wypuścić większą partię na lato. Dlaczego tak? Bo zmieniło ono moje podejście do agrestu, ale o tym więcej poniżej. Wspomnę tylko jeszcze, że nie jest to typowy sour ale, nie mamy tutaj bowiem żadnych bakterii i polegamy głównie na kwaśności owocowej.



Etykieta czysta, z dobrze dobraną kolorystyką i bez zbędnych pierdół. Nawet podpasowało mi to, że nie ma na niej samego owocu. Kapsel firmowy, aczkolwiek nie jest to ten typowy, którym browar zamyka zazwyczaj swoje butelki. Logo wygląda trochę jakby należało do jakiejś zorganizowanej akcji browarów rzemieślniczych. Samo piwo ma jasnozłoty kolor i jest lekko zmętnione. Piana bardzo niska, ale do tego już się przyzwyczaiłem jeżeli chodzi o piwa kwaśne. 


Tak jak nie przepadam za samym agrestem tak aromat tego piwa mi cholernie podszedł. Czuć ten owoc wyraźnie i nie są to jakieś sztuczne aromaty. Świeży i orzeźwiający miks agrestu z delikatną słodowością naprawdę przyjemnie się wącha przy okazji każdego łyku. Są też delikatne porzeczki, ale to może być moja wyobraźnia akurat.

Przy pierwszym łyku czuć delikatne ciałko i wysokie nagazowanie, lekko zahaczające o grodziskie klimaty trzeba przyznać. O wodnistości nie ma mowy, całość jest wysoce pijalna i orzeźwiająca. W smaku kwaśność na pierwszym planie, ale nie pochodzi ona od bakterii. O skojarzeniach z kefirem nie może być mowy, bardziej jest to swoiste serce dodanego owocu. Dziwne, bo w tej formie smakuje mi niezmiernie... Tutaj mój wewnętrzny skrzat "Alkoholik" zaczyna chichotać, ale patrzę na niego z politowaniem, bo to piwo ma przecież tylko 3,8%. Goryczka naprawdę niska. Już bardziej czuć kwaśność, która wzbija się na wyżyny, aby potem opaść na finiszu pozostawiając po sobie już tylko posmak czysto owocowy, porzeczkowy wręcz. Nie mogę się nadziwić jak ta owocowość może być tak wyraźna i świeża. Wszystko na bardzo delikatnej, ale jednak wyczuwalnej podstawie słodowej. Nie będę ukrywał, jest to dość jednowymiarowe piwo... ale jakże smaczne i dobrze uwarzone. Jak widać takie trunki też mogą być ciekawe. Szkoda, że z jego dostępnością ma być podobno kiepsko.

----------

Styl: Sour Ale
Alk: 3,8%
Ekstrakt: 10,5 BLG
IBU: 15
Skład: słód (pilzneński, special B), chmiel East Kent Goldings, drożdże, agrest.
Do spożycia: 25.11.2018


Kto powiedział, że majówka musi przelecieć pod znakiem lagerów lub/i innych lekkich piw, tudzież ajp-srajp? No nie musi, mówię Wam. Może i zacząłem od zapuszkowanych IPA z Browaru Jana, ale dzisiaj mam dla Was coś mocniejszego, i nie chodzi mi tak do końca o ilość alko.

Browar Golem, bo o nich mowa, umie w beczki i wszelakie mocniejsze piwa (głównie ciemne). Nie raz to pokazali i widząc w sklepie ich beczkowego Dybuka nie zastanawiałem się zbyt długo. Co prawda pierwsza warka (i chyba ich pierwsze piwo) oceniłem dość... średnio, no ale przecież nie możemy żyć przeszłością. No i Panowie użyli beczek po single malcie, na którego mam ochotę już od dawna.


Prosta jak budowa cepa etykieta podoba mi się niezmiernie. Wersja z bourbonem ma czarne tło. Nie wiem dlaczego browar zmienił ten design na inny w wersji double tego trunku. Brak pełnego składu trochę boli, ale co im zrobisz Panie. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Piana wysoka jak na tak mały kieliszek z ładnym lacingiem. Żywot ma średni, ale przy beczkach tak to zazwyczaj bywa.


Mały zawód spotkał mnie już na samym początku. Spodziewałem się naprawdę intensywnych doznań nosowych, a tu taka lekka lipa wyszła. Owszem, czuć beczkę w postaci lekko przypalonych kabli, asfaltu i ogólnego torfu, ale trzeba się nieźle nawąchać, aby to wyczuć. W tle majaczy też bardzo słabe kakao. Szkoda trochę, no ale może w smaku będzie lepiej.

I jest. Ciałko na poziomie angielskiego portera, czyli "za lekkie" jak na nasze polskie, bałtyckie kubki smakowe. Trzeba się do tego przyzwyczaić niestety. Ogólnie jest fajnie, aksamitnie i gładko. Wysycenie na średnim poziomie zdaje się być dobrze dopasowane. Z intensywnością smaków nie ma problemu na szczęście. Podstawa to dość gorzka czekolada, kakao i kawa w dopełnieniu. Na tym hula sobie torf, wędzony, smolisty. Momentami zdarza mu się dominować nawet, ale zazwyczaj trzyma się na równi z resztą. Czuć przez to wszechobecną whisky, ale ta też nie przykrywa reszty. Jest też swoista ziemistość, jeżeli dobrze kojarzę to jedna z cech single malt Laphroaig. Goryczka bardzo słaba, palona lekko. To już bardziej sam torf i kakao rządzą, a już na pewno na finiszu. Ten wytrawny, lekko kwaskowaty, z wyraźniejszą kawą i czarną jak węgiel ziemią. Ogólnie bardzo fajny i smaczny porter. Jak zwykle w takim przypadku mam jednak małe "ale" w głowie, bo suszonych owoców nie wyczuwam w ogóle. Dlatego bardziej mi to pod stout podchodzi. Wersja double musi być znakomita, jeżeli oczywiście całość jest tak samo dobrze ułożona co tutaj. Niestety nie udało mi się jej dorwać.

----------

Styl: Rye Porter Laphroaig Barrel Aged
Alk: 6,5%
Ekstrakt: 16 BLG
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, żytni), chmiel, drożdże, sól, łuska kakaowca.
Do spożycia: 31.08.2018


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com