Śledź mnie na:

No i stało się. Cykl Pijany Rowerzysta przechodzi restrukturyzację... po części. Ostatni raz widzieliśmy się 10 miesięcy temu. Długo szukałem powodów, a miałem je przed nosem: jestem leniwy po prostu. Nie chciało mi się wozić plecaka z butelką i aparatem. Jakoś tak nie lubię mieć nic na plecach podczas jazdy...

Na dobre rzeczy warto czekać, ale co z takimi, które są zagadką? Istnym hazardem wręcz? Można powiedzieć, że craftopijcy to tacy hazardziści, nałogowi w dodatku. Nie żebym ja taki był, o co to to nie. Akurat to piwo dostałem od browaru, jeżeli mnie pamięć nie myli. Wiem jednak, że zabutelkowane było w bardzo wczesnym stadium jak na ten styl.

Sam Majkel (Chmielobrody), który uwarzył je w kooperacji z browarem Dwóch Braci tak stwierdził, jak je degustował z innymi blogierami chyba jakoś pod koniec stycznia. Do mnie trafiła jakiś czas temu, ale postanowiłem dać mu jeszcze trochę czasu, portery to lubią. Czy te 4 miesiące z hakiem starczyły? Sprawdźmy.



Etykieta prezentuje się mega dobrze, aczkolwiek zawsze się denerwuję, gdy nie mogę całości uchwycić na jednym zdjęciu (popatrzcie na napis). Piwo, jak grafika, ciemne i raczej nieprzejrzyste. Piana na max dwa palce szybko redukuje się do moooże jednego i tak pozostaje przez dłuższy czas. Nawet ładnie wygląda, lekko beżowa i zbita. No i chwyta się ścianek jak należy.


Na pierwszym planie mamy bardzo przyjemną czekoladę, Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że gorzką na swój sposób. Może to przez tę delikatną nutę paloną gdzieś w tle. Dalej trochę owoców dopełniających: porzeczka z bliżej nieokreślonymi, czerwonymi braćmi. Naprawdę przyjemnie to pachnie, niby klasycznie, ale rzadko napotykam w polskich porterach akurat taki miks owoców.

Piękny jest to porter, nie zapomnę go nigdy. Naprawdę. Nie spodziewałem się, że coś tak podstawowego będzie mi wchodzić tak dobrze dzisiaj. Przemiłe ciałko, gęste, nisko wysycone. Przy tak chłodnym wieczorze (w maju) nic lepszego nie mogło mi się przytrafić w szkle. Na początku klasycznie czekolada (taka lepsiejsza), może troszeczkę słodsza niż w aromacie, ale nadal z wyczuwalną palonością. Ta jest bardziej kawowa, niż taka "typowo" słodowa. Owoce, nadal czerwone, pozamieniały się trochę miejscami i na czele mamy rasowe wiśnie, delikatnie wspomagane wcześniejszą porzeczką. Gdy się ogrzeje wychodzi też żurawina. O dziwo same wiśnie nie kojarzą mi się z tymi alkoholowymi w czekoladzie (za którymi zbytnio nie przepadam), co na swój sposób jest godne uwagi. Goryczka punktowa, wyczuwalna, moooże delikatnie palona. Na finiszu wchodzi wyższa wytrawność, kakaowo-kawowa, która przepięknie wręcz zamyka całość. W dobie pastry-wszystkiego porter Dwóch Braci jest jak bohater, którego bardzo potrzebujemy, ale na którego zwyczajnie w świecie nie zasługujemy. Matko bosko jak to się fajnie ułożyło przez te 4 miesiące. Dlaczego miałem tylko jedną butelkę?!

----------

Styl: Imperial Baltic Porter
Alk: 9,6% Obj.
Ekstrakt: 24% Wag.
IBU: 3/5
Skład: słód (monachijski, pilzneński, wiedeński, Caraaroma, Carafa II, jęczmienny wędzony bukiem), jęczmień palony, chmiel Columbus, drożdże.
Do spożycia: 2022.01.20


Nowe mieszkanie to masa nowych możliwości, głównie tych do focenia w moim przypadku. Mam większe okna, od lepszej strony w dodatku i już raczej nie będę się musiał martwić o brak doświetlenia zdjęć (co widać na tych fotach). Zmiany to dobra rzecz jak widać.

Dzisiejsze piwo wybrałem podobnie jak ostatnio, kierowałem się stopniem schłodzenia butelki. Na razie mam dość mało miejsca w lodówce i muszę jakoś kombinować (niedługo to się zmieni na szczęście). Dodatkowo słyszałem gdzieś, że dodatek (mahleb), którego użyli, ma podobne wartości smakowe co tonka. Lubię tonkę, nie to co 75% craftopijców. Wracając do dodanych nasion wiśni, mahlab to przyprawa wytwarzana z wcześniej wymienionych, używana głównie na Bliskim Wschodzie i w Turcji. Mahlep to same nasiona, patrząc na etykietę nie jestem pewien czego dokładnie dodali.



Etykieta, jak przystało na Brokreacje, rysunkowa. Przyjemne pociągnięcia ostrym pędzlem (albo i nawet rysikiem) tworzą naprawdę zajebiste obrazy. Aż trochę szkoda to wszystko przykrywać tekstem. Kapsel firmowy, o wiele lepiej by się prezentował z samym logo. Piwo jest czarne z bardzo delikatnymi przebłyskami brązowymi. Piana niska i zbita, ale za to szybko ulatniająca się niestety.


Zgłupiałem jak tylko zacząłem wąchać to piwo. "To przecież tonka jak nic" - pomyślałem sobie. O dziwo nie ma jej w składzie, dlatego zacząłem się mocno drapać po świeżo ogolonej głowie. Czy nasiona wiśni mogą tak pachnieć? Cholera wie. Ważne, że całość jest wręcz przezajebista. Oprócz wcześniej wymienionego, tonkowego marcepanu mamy też czerwone owoce (wiśnie, czereśnie) i dość przyjemne nuty winne (co dla mnie jest szokiem, bo wiecie jak bardzo "lubię" wino). Mocno w tle trochę gorzkiej czekolady się nawet przewija. Całość wystarczająco intensywna.

Ahm, interesujące... Spodziewałem się grubszego ciałka po 25° Plato, a już na pewno mniejszego wysycenia (to jest na średnim poziomie). Dziwne trochę, ale to nie pierwszy raz takie rzeczy odczuwam przy piwach leżakowanych w beczkach po winie. W tym przypadku nie uznałbym tego za wadę, bo trunek broni się sam. W smaku mamy bowiem bombę, ale taką złożoną z głową. Za co by się tu zabrać najpierw... może za gorzką czekoladę, która na początku chowa się bardziej z tyłu, aby potem zaatakować na finiszu? Przed nią płaszczą się wiśnie, trochę czereśni słodkich i odrobina rodzynek. Marcepan też jest wyczuwalny, ale bardziej jako drugoplanowa postać. Jest też trochę wanilii (raczej od beczki) i ogólnych przypraw. Winność (jak dla mnie) na wystarczającym poziomie. Samej dębiny jak na lekarstwo, ale jak się człowiek skupi to ją też wyczuje. Goryczka... no może coś tam jest, ale nie ma to znaczenia zbytnio przy takim piwie. Na finiszu, oprócz wcześniej wymienionej czekolady, pojawiają się (i zaskakują nie wiedzieć czemu) nuty palone, może i nawet lekko kawowe. Alkohol praktycznie niewyczuwalny To chyba najbardziej "winne" (i przyjemnie kwaskowate przez to) piwo z tych, które udało mi się w życiu wypić. W dodatku prawdopodobnie też najlepsze z nich, bo balans jest utrzymany w ryzach mimo tego.

----------

Styl: Imperial Mediterranean Porter with mahleb
Alk: 10,5% Obj.
Ekstrakt: 25°
IBU: 50
Skład: słód (Pale Ale, Wiedeński, Special W, Caraamber, Simpsons DRC), chmiel (Lubelski, Marynka), mahleb, drożdże W-34/70.
Data rozlewu: 18.03.2020



Najgorsze w przeprowadzkach jest to, że potrafią się ciągnąć w nieskończoność. Weźcie mój przykład: pyk pyk ślub, myślę sobie dwa tygodnie max i można wracać do normalności. Niestety tak nie jest... Dopiero co przewiozłem całe szkło do piwa, a w starej piewni zostały jeszcze leżakowane portery i RiSy. Na opisywanie piwa też nie ma czasu, bo przecież ściany się same nie pomalowały, a łóżko nie skręciło. 

Na szczęście mam już więcej czasu, podstawowe rzeczy w nowym domu też. Wybór pierwszego piwa do degustacji w nowym miejscu był dość łatwy, bo... tylko Into The Void stał w lodówce. Reszta była stanowczo za ciepła. Oczywiście samą przeprowadzkę opiłem czymś bardziej sztosowym na spokojnie, ale tego mogliście się dowiedzieć z fejsa. No to co? Wychylylybymy tę kooperację Nepomucena z Golemem?



Etykieta nepomucenowa, z charakterystycznym wycięciem u góry. Spoko grafika, taka komiksowa, nawiązująca do nazwy piwa. Kapsel firmowy też spoko. Piwo ciemnobrązowe, w shakerze pewnie wydawałoby się czarne. Mętne jest też dość wyraźnie. Piany praktycznie żadnej, trochę mnie to zmartwiło przy tym stylu.


Aromacik pierwsza klasa, to chłopakom trzeba przyznać. Jest wszystko, jak w nazwie stylu. Na początku (i też lekko w dominacji) kawusia. Taka lepsza, ale "parzona" na zimno, czyli coldbrew. Jakby nie patrzeć dodali dużo kawy z aeropressu przecie. W tle trochę żytnich, kwaskowatych nut zbożowych. Dodatkowo wyczuwam też bliżej nieokreślone nuty koźlakowe, co niektórzy mogą uznać za szaleństwo. Mi to pasuje. Szczególnie, że po ogrzaniu wchodzi jeszcze trochę przypieczonego pieczywa.

Już po pierwszym łyku czuć efekt żyta. Treściwość jest wyśmienita i zdaje się być wyższa jak na to BLG. Piwo jest gęste (ale nie klejące), średnio do niskiego wysycone i naprawdę przyjemnie sobie hula po przełyku (to pewnie też po części zasługa płatków owsianych). Smakowo znowu kawa, czuć krzyk zmielonych ziaren przy wyciskaniu. Do tego przyjemnie gładka podstawa z palonych słodów i żyta, delikatnie kwaskowata. Koźlakowe skojarzenia znikły, ale leciuteńka nuta skórki od chleba pozostała. Goryczka krótka, punktowa, ale na swój sposób wyczuwalna. Ma taki trochę palony profil. Na finiszu to już praktycznie sam coldbrew z nutą ziemistości. Może i nie ma w tym piwie nie wiadomo ile rzeczy, ale wszystko gra tak pięknie ze sobą, że starczy to co jest. Piłbym codziennie.

----------

Styl: Coffee Rye Stout
Alk: 6,5% Obj.
Ekstrakt: 16,5°
IBU: 2/6
Skład: słód (jęczmienny, żytni), płatki owsiane i jęczmienne, palony jęczmień, kawa, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 30.01.2021


Każdy kojarzy Piwotekę. To taki swoisty moloch craftowy: sklep, pub i browar w jednym. Przez to właśnie ich właścicieli dość mocno poturbowała koronka, dlatego robią zrzutkę na przetrwanie. Link macie tutaj. Możecie też pomóc tak jak ja dzisiaj, kupując ich piwo w sklepie lub internecie.

Nie powiem, miałem chrapkę na wersję podstawową tego piwa, ale jakoś nie udało mi się go ustrzelić. Najwyraźniej Duch Craftu chciał, abym przeżył ekstremalną podróż organoleptyczną z wersją wzmocnioną, czyli z wasabi. Lubię ten chrzan, głównie jako dodatek do sushi. Czy w piwie mi podpasuje? Zobaczmy.



Etykieta piwotekowa, czyli z fajną "płaską" grafiką i tekstem na froncie, który nie kłuje w oczy. Kapsel firmowy, ale też specjalnie zrobiony pod tę edycję. Piwo złotawe, zamglone. Może trochę przyciemnione. Nie wiem czemu, ale spodziewałem się innego koloru... Piana bardzo niska i szybko znikająca ze szkła. Nie dziwi mnie to przy takich dodatkach szczerze mówiąc.


Łomatkobosko, cofnęło mnie o jakiś tydzień. Aż do Wielkanocy. Zapach chrzanu jest tak ostry i dominujący, że brakuje mi tu tylko jeszcze białej kiełbasy i moooże trochę bigosiku. Jak łatwo się domyśleć, uwielbiam chrzan, a ćwikłę to już szczególnie. Musi wykręcać nos, a Końska dawka właśnie to robi. Miałem też lekkie skojarzenia z jedzeniem sushi, ale to głównie chyba przez imbir w składzie (nie bójcie się, ryb w tym nie czuć).

Po pierwszym zachwycie przyszło zmartwienie, bo jeśli całe piwo będzie tak jednowymiarowe... no to będziemy mieli problem. Na szczęście okazało się, że tak nie jest (po części). Piwo jest nisko wysycone, co pasuje do średniej pełni. Na początku myślałem, że trochę za mało tego ciałka, ale po paru łykach dziękowałem piwowarowi za to. Całą uwagę bowiem człowiek musi skupić na tym, aby przetrwać tę smakową rewolucję. Chrzan, a raczej już wyraźne wasabi nadal dominuje. Po każdym łyku oczyszcza lepiej niż niejedna inhalacja. Co ciekawe w tle czuć też lekko saisonowe owoce, głównie pomarańcze i brzoskwinie. Nie mają one jakichkolwiek szans z chrzanem, ale miło, że próbują. Całość na fajnej, słodowej podstawie. Goryczka? No proszę Was. Nawet jakby była to by nikt jej nie wyczuł w tej kompozycji. Na finiszu wychodzi trochę imbiru i co zaskakujące: lekka przyprawowość. Czyli w sumie jest to saison, przykryty toną chrzanu, ale zawsze saison. Naprawdę mocno się zdziwiłem (i to pozytywnie), że czuć cokolwiek innego. Tak bez niczego ciężko będzie Wam je wypić. Polecam kiełbaskę, albo i nawet grilla jakiegokolwiek. Ja akurat miałem gołąbki, które też dobrze weszły z tym piwem. W skrócie: trzeba je czymś zagryźć, jak wódeczkę.

----------

Styl: Wheat Wasabi Saison
Alk: 6,2% Obj.
Ekstrakt: 12,5% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pszeniczny, pale ale), wasabi w proszku, imbir marynowany, chmiel Magnum, drożdże Danstar Belle Saison.
Do spożycia: 06.09.2020


Wiecie, że nigdy nie piłem piwa z cyklu #pintamiesiąca? Najbliższy multitap otworzył się stosunkowo niedawno w oddalonej o 50km Zielonej Górze, a w innych bywam sporadycznie (przy okazji wizyt we Wrocku czy Wawie). Taki los i szczęście, bo jak już byłem np. we Wrocławiu, to akurat piwa z tej serii już nie mieli...

Aż tu nagle, szczęście w nieszczęściu. Pinta postanowiła wlać swoje ostatnie piwo na kwiecień do butelek. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: puby są teraz zamknięte przez pandemię, a leżakowanie go w tankach raczej by chmieleniu nie pomogło. Inna sprawa, że sam browar postanowił włączyć się w akcję #wspieramypolskikraft i dochód ze sprzedaży Golden April poleci do zaprzyjaźnionych przybytków, jak tylko się ponownie otworzą.



Etykieta prosta. Jest po prostu kopią grafik, które promują poszczególne piwa z tego cyklu w social mediach. Piwo jasne, złociste, momentami słomkowe nawet. Bardzo delikatnie zamglone. Piana skromna, na jeden palec. Utrzymuje się jednak dość długo i pozostawia zadziwiająco mocny lacing na szkle.


Takiego aromatu można było ze świecą szukać w gorące, wiosenno-letnie wieczory. Fajny, orzeźwiający, lagerowy z dobrą dawką chmieli. Jest żywica, są iglaki, a nawet zroszona, poranna trawa na wiosnę i trochę cytrusów. W dodatku po lekkim (oby nie za dużym) ogrzaniu pojawia się też ciekawy miks mango i grapefruita. Jest tego na tyle dużo, że można to piwo spokojnie zaliczyć do stylu.

Można się sprzeczać, czy #pintamiesiąca to miejsce dla piw tak... prostych? Może inaczej napiszę... Mało sztosowych? Już lepiej, wiecie na pewno o co mi chodzi. Problem w tym, że nawet gdybym tak myślał, to nie mógłbym złego słowa napisać o Golden April. Jest najzwyczajniej w świecie... zajebiste. Chrupkie, do granic pilsowych możliwości. Orzeźwiające, z trafionym w punkt ciałkiem jak przy dobrym, czeskim pilsie (tak, są takie rzeczy). Już po paru łykach nie chce mi się szukać tego dobrego (mitycznego) pilsa za trzy złote. Wysycenie też w punkt, średnie do wysokiego. Jest podstawa słodowa, wyraźna, ale też lekko przykryta przez chmiel (i momentami taka nawet chlebowa). Tutaj znowu cytrusy, dużo "białego shitu" z grapefruita (czyt. albedo) i skórki pomarańczy. Combo jak dla mnie idealne. W tle też specyficzna ziemistość. Goryczka mocna, ale punktowa. No prawidłowo pilsowa po prostu. Profil ma według mnie rzadko spotykany w dzisiejszych czasach, bo taki trawiasto-ziołowy. Na finiszu dochodzi żywica, która dominuje dość wyraźnie. Cholernie dobry pils. Nic więcej nie muszę pisać. Może tylko żal mi dupę ściska, że nie jest to regularny wypust Pinty.

----------

Styl: American Pilsner
Alk: 4,8% Obj.
Ekstrakt: 12°
IBU: b/d
Skład: słód (pilzneński, wiedeński), chmiel (Columbus, Citra, Amarillo, Falconer's Flight), drożdże SafLager W 34/70.
Do spożycia: 30.09.2020


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com