Śledź mnie na:

Może Was to zdziwić, ale nawet tak niespotykanie spokojny człowiek jak ja może być czasami dość... natrętny. Wiem, wiem, sam tego nie mogę pojąć. Od samego początku działalności rodzimego browaru Świebodzin męczyłem chłopaków o coś naturalnie ciemnego. Niby uwarzyli black IPA na start, ale to jednak nie to samo co klasyka.

W końcu nadszedł ten dzień, ku mojemu zdziwieniu w pięknie sobotnie popołudnie. Siedząc w miejskiej restauracji zaproponowano mi "nowe ciemne piwo ze Świebodzina". Z początku myślałem, że chodzi o Sekala, ale kelnerka wyprowadziła mnie z błędu ukazując jakże piękną butelczynę z płynem o prawilnej ilości alkoholu w środku. Wtedy właśnie sobie przypomniałem, że chłopaki rzeczywiście mieli portera w tankach, ale byli dotychczas przekonani, że cały czas był "za młody". Przez to całe oczekiwanie zapomniałem już o nim kompletnie.


Etykieta nawiązuje do nazwy, chociaż znając ilości rynkowe tego trunku raczej nie zawojuje całego świata (HE HE). Na serio, jest go naprawdę mało. Niestety należy się karny penis za brak pełnego składu. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Nawet pod ostre słońce ciężko jest coś dostrzec. Piany za to jak na lekarstwo, nawet przy burzliwym nalewaniu. Coś mnie się wydaje, że nagazowane zbytnio nie jest... a to dobrze przy porterze.


Nie będę się zbytnio rozwodził nad aromatem, bo nie w nim drzemie siła tego piwa. Zapaszek może i jest przyjemny, bo jak inaczej można nazwać delikatnie wędzoną śliwkę (nie mam pojęcia skąd ta wędzoność) zalaną czekoladą? W dodatku fajnie otuloną nutą pieczonej skórki od chleba. Całość jednak jest też niestety średnio intensywna... Momentami trzeba się naprawdę mocno zaciągnąć, aby coś poczuć. Szkoda, bo człowiek mógłby się upić samym zapachem.

Gdy jednak bierzesz pierwszy łyk... ojezusfakinkrajst. Zanurzasz się w teku (czy z czego tam akurat degustujesz) i czujesz jak Ci się ten węgiel w płynie przykleja do języka. Jestem na 99,9% pewny, że nie piłem jeszcze tak gęstego porteru, klasycznie imperialnego. RiSy-srisy owszem, ale piwowarskiego skarbu Polski nie. Ciałko też czuć i to tak mocno (jak zresztą przystało na taki ekstrakt). Wysycenie na niskim poziomie, co można było zauważyć już przy nalewaniu. Pierwsze uderzenie smakowe wydało mi się cholernie mocne, jak jakiś pierun z jasnego nieba. Przy kolejnych łyczkach (tak moi drodzy, to jest piwo deserowe i pije się je powoooli) zrozumiałem jednak, że to było złudzenie. Importer jest po prostu cholernie wyraźny i intensywny w smaku. Na pierwszym planie oczywiście czekolada i słodycz słodowa, z delikatnie zaznaczonym toffi. Ciekawe połączenie z racji tego, że sama czekolada ma takie lekko gorzkawe zacięcie. Cholera... przy ogrzaniu nawet orzechy wychodzą z ukrycia. Po drugiej stronie barykady ustawiły się ciemne owoce z dojrzałą śliwką na czele. Taką przyjemną, likierową (tutaj też wchodzi do gry fajny, ale też dobrze ukryty alkohol). Pomaga jej trochę wiśnia, która uwydatnia się wraz z rosnącą temperaturą trunku. Zdawałoby się, że zaraz skoczą sobie do gardeł, ale wbrew temu zaczynają się ściskać jak Kargul z Pawlakiem, niszcząc płot dzielący ich posesje. Goryczka, o dziwo, dobrze zaznaczona. Profil ma taki delikatnie palony. Nie wpycha się niepotrzebnie i tylko zaznacza swoją obecność. Na finiszu słodycz zdaje się już stanowczo wygrywać, ale w ostatniej chwili pojawia się mur nie do przejścia. To kawusia przyszła z odsieczą, aby nas tutaj nie zacukrzyło na śmierć. Goddamn... zapewne wydaje się Wam, że jestem zwyczajnym fanboyem browaru z mojego rodzinnego miasta, ale... nic nie poradzę. Chłopaki idealnie wpasowali się tym porterem w moje gusta.

----------

Styl: Imperial Baltic Porter
Alk: 10,5% Obj.
Ekstrakt: 27°
IBU: 7/12
Skład: słody jęczmienne, chmiele, drożdże.
Do spożycia: 31.12.2019


"Życie, życie jest nobelom" jak to mawiał klasyk gatunku. Raz pijesz beznadziejne, niskoalkoholowe "cuda" z Doctor Brew (z tej, odważę się nawet napisać, gównianej serii San Escobeer), a z drugiej masz znanego i lubianego Koczkodana z 1 na 100. Tak na marginesie... na serio unikajcie tej serii od Doktorów. Większego shitu w polskim crafcie nie widziałem chyba od ładnych paru lat.

Kormoran za to ma dość stabilną pozycję w top 3 piw niskoalkoholowych w kraju. Jakoś na początku sierpnia na półki sklepowe trafiło ich najnowsze dzieło z pigwowcem i miodem. Oryginał (o którym przeczytacie tutaj) zawojował nasz rynek i ludzie byli delikatnie rzecz ujmując... sceptyczni. Dużo osób bało się po prostu, że tymi dodatkami browar zepsuje rześkość i lekkość poprzednika. Czy tak się stało? Sprawdźmy, na plaży, po bardzo delikatnym pedałowaniu.



Etykieta zbytnio się nie wyróżnia. Owszem mamy podmiankę koloru tła na pomarańczowy, ale na tym się zmiany kończą. Kapsel firmowy jest nowy i przyznam się szczerze, że bardziej mi przypadł do gustu niż ten poprzedni. Samo piwo razi słońcem aż miło. Piękny pomarańczowy kolor, zmętnione, z dość niską pianą. Na swój sposób naprawdę uroczo wygląda, szczególnie w tych warunkach.


Już w aromacie czuć zmiany, ale chyba nie takie, których się spodziewałem niestety. Całość nie ma już tego efektu "boom" i jak się łatwo domyśleć można nie jest jakoś super intensywne. Z początku aromaty wydają się być podobne, z przewagą zbożowości (w tym żyta) i lekkiej cytrusowości. Pigwa może i jest, ale ginie w bliżej nieokreślonym miksie żółtych owoców. Miód pojawia się, ale tylko na chwilę gdzieś pod koniec, gdy piwo się już ogrzeje.

Co się jednak okazało, już po pierwszym łyku banan wrócił mi na twarz. To jest to co pamiętam: dość wyraźne ciałko jak na ten ekstrakt, ale też mega wysokie orzeźwienie i lekkość na swój sposób. Do tego zadziwiająca i w ogóle nie muląca lepkość w ustach, zapewne przez miód. Wysycenie średnie, idealne wręcz, wchodzi jak złoto. Smakowo znowu wyraźna zbożowość z żytem w roli głównej. Do tego pigwa, tutaj już mocniejsza i specyficznie kwaskowata. Miód zlepia to wszystko bardzo przyjemnie, ale też nie doprowadza do zasłodzenia piwa. Całość jest tak mniej więcej na granicy wytrawności. Sam miód, na moje oko, jest wielokwiatowy. Jakoś tak zalatuje miksem kwiatów polnych. Goryczka średnia, ujdzie w tłumie. Nic jej nie brakuje i ma lekko cytrusowy (grapefruitowy?) profil. Na finiszu trochę więcej żółtych owoców, w tym zdecydowanie wyraźniejsza pigwa. Wprowadza na końcu konkretną kwaskowatość owocową. Tutaj już nie może być mowy o zbożowym kwasku. A właśnie, trochę mi jednak brakuje tej minimalnej dominacji żyta z oryginału. Mimo tego piwo naprawdę dobre, według mnie zaraz po pierwowzorze w klasyfikacji piw niskoalkoholowych.
----------

Styl: Lite Ale / Niskoalkoholowe
Alk: 1% Obj.
Ekstrakt: 8,5% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (jasne, ciemne, żytnie, pszeniczny), naturalny miód (3%), naturalny sok z pigwowca (2,4%), chmiel, drożdże.
Do spożycia: 01.11.2018


Z niektórymi browarami już tak mam, że koniecznie chcę, aby wypadły dobrze (albo przynajmniej przyzwoicie). Z Ursą mam bardzo duży problem... głównie przez ich brak powtarzalności w butelkach, bo z kranu to zazwyczaj jest wszystko OK. Ostatnio pity przeze mnie Dziki Kot (Boże jak to zdanie dziwne brzmi) nie wypadł za dobrze...

Dwa Winne Miśki mogą to nadrobić, chociaż uczucia mam mieszane szczerze mówiąc. Flandersa łatwo jest spieprzyć i zrobić z niego siuśki octowe. Nie ma co jednak wróżyć z fusów, lejemy całość do szkła i sprawdzamy organoleptycznie



Dwa WINNE Misie... ahaaa. Dopiero jak zobaczyłem etykietę zrozumiałem, że sama nazwa piwa miała drugie dno. Sama grafika ładna (jak zwykle zresztą), a papier miły w dotyku i trwały. Kapsel firmowy też jest, ale... znowu... po co te napisy? O wiele ładniej by się prezentował bez nich. Piwo czerwone, można nawet rzec, że krwiste. Bardzo delikatnie zmętnione w dodatku. Piany żadnej, nawet przy intensywnym nalewaniu. 


Można powiedzieć, że jakiś tam aromat wydobywa się ze szkła. Intensywnością jednak on nie grzeszy dlatego przygotujcie nozdrza. Jest owocowo, głównie po tej czerwonej stronie. Przeważają porzeczki, ale momentami wyczuwalne są też wiśnie. Nie wiem czy przypadkiem tylko mi się tak wydaję, ale wyczuwam też w tle delikatną chlebowość. Całość bardzo łagodnie zapowiada kwaśne odczucia w ustach.

Już na starcie czuć, że trochę treściwości jednak tutaj brakuje. Może i nie jest wodniste per say, ale zdawało mi się, że przy takim ekstrakcie powinno go być trochę więcej, nawet jak na sour'a. Wysycenie średnie, tutaj się wszystko zgadza. W smaku znowu owoce. Bardzo fajny miks składający się z czerwonych porzeczek, wiśni, skórki pomarańczy i delikatnych śliwek, dodających odrobinę słodyczy do tego dość kwaśnego towarzystwa. W tle słodowość, ale taka bardzo nieśmiała. Goryczka niska, pestkowa (ale w dobrym stylu). Do tego momentu było naprawdę przyjemnie, niestety finisz trochę zawodzi. Zaczyna się fajnie, przeważającą śliwka przy akompaniamencie wiśni. W mgnieniu oka jednak całość zanika i pozostaje pustka... Aż zatęskniłem za tym flandersowym miksem z początku. Podsumowując piwo smaczne i nawet po części udane. Nadrabia zaległości po poprzedniku, bo jest zwyczajnie w świecie przyzwoite. Nie spodziewajcie się jednak fajerwerków.

----------

Styl: Belgian Style Sour Ale
Alk: 4,5% Obj.
Ekstrakt: 15,4% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód jęczmienny, chmiel, drożdże, bakterie kwasu mlekowego, dzikie drożdże Wyeast Brettanomyces bruxellensis.
Do spożycia: 31.12.2018


Jakoś mi ostatnio całkiem dobrze wchodzą "winopodobne produkty"... Jeszcze trochę i wyrobię sobie jakiś tam gust smakowy. O co to to nie! - pomyślał mój wewnętrzny piwosz Janusz. Walczę z nim ostatnio i Wy mi w tym pomagacie w pewnym sensie...

W ankiecie na fejsie aż 70% z Was wybrało Lódolfa, na niekorzyść Preparatu z Artezana. Dziwne... byłem przekonany, że mają oni więcej fanboi w internetach. Czynnik sztosowy był jednak po stronie tego pierwszego. Nie dość, że jest to wymrażane piwo to jeszcze leżakowane w beczkach po białym winie. Dodatkowo jest to kooperacja z browarem Harpagan, a Ci słyną z bardzo smacznych piw.


Haftowanych etykiet z tej konkretnej, diamentowej serii Spółdzielczego nie muszę chyba przedstawiać? Marzy mi się jeszcze kapsel firmowy z diamentem (takim samym jak na grafice) i całość można wysyłać na wszelakie konkursy "Best of Opakowania" czy cuś. Tak na marginesie to trochę śmieszki z browaru, bo jeżeli mnie pamięć nie myli poprawna nazwa wina to Sauvignon Blanc (a nie Blanck, bo tak jest na etykiecie). Co się później okazało, naklejka została przyklejona przypadkiem. Beczki są po czerwonym winie Rioja. Samo piwo jest dość ciemne. Ma głęboki, rubinowy kolor, który na pewien sposób hipnotyzuje. Nawet brak piany mi nie przeszkadza. W sumie... to przy takich parametrach i metodzie wytwarzania ciężko by ją było utrzymać.


Nie przeklinam na ramach bloga, ale tym razem jestem bardzo bliski... Jak to k%$^# wspaniale pachnie chciałoby się rzec. Wyraźny aromat śliwkowy (w postaci powideł, konfitur czyli 3x bardziej intensywny) zmieszany z rodzynkami, melasą i delikatnym miodem gryczanym. Do tego chlebek w tle i lekko szumiąca beczka. Potężnie się to zapowiada, czuć to w nozdrzach. 

Jest... gruuubooo, żeby nie napisać thick (bo za bardzo mi się to sformułowanie kojarzy z teledyskami czarnoskórych raperów). Wymrażanie zrobiło swoje i to "piwo" ma konsystencje niemalże syropu. Lepi się każdego zakątka języka, podniebienia, plomb w zębach... no wszystkiego. Wysycenie bardzo niskie, chyba tylko po to, aby chociaż trochę kojarzyło się z naszym ulubionym trunkiem. Jeżeli chodzi o smak... to ciężko tak po dwóch, trzech łykach coś napisać. Tyle tego jest. Może na początek... owoce. Jak z karabinu strzelają do nas śliwki, rodzynki, daktyle i winogrona. Te ostatnie bardzo ładnie podkreślają winne korzenie piwa co idzie idealnie w parze z wszechobecną beczką (jeszcze bardziej uwydatniającą konkretne wino, czyli wcześniej wspomniane Rioja). Szeroko pojęte bakalie też się znajdą. Wszystko na chlebowej podbudowie. Goryczka średnia, tak delikatnie wspomagana alkoholem. Ten jest przyjemny, rozgrzewający i zadziwiająco dobrze ukryty jak na taką ilość procentową. Na finiszu wino zaczyna przejmować kontrolę wraz z dębową beczką, jakby człowiek sam wgryzał się w zamoczone drewno. Chyba pierwszy raz mam takie skojarzenia w piwie. Jak dla mnie jest to najlepsza wymrażanka ze stajni Browaru Spółdzielczego, i chyba najlepsza w Polsce... Pokazuje wręcz idealnie, dlaczego warto to robić. Intensywność razy kazylion.

----------

Styl: Iced Dark Strong Ale BA
Alk: 16%
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słody, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 30.09.2019


Szmat czasu to piwo przeleżało u mnie w piwnicy... jak na ten styl oczywiście. Berlinery, jak prawie każde piwa kwaśne, najlepiej pić świeże. Ja wmawiałem sobie, że wezmę je "niedługo" na rower, bo przecież idealnie się nada w te upały. Pierwszą wersję zabrałem do lasu, to dlaczego nie miałbym też drugiej?

Ano dlatego, że ileż można czekać... Jakoś tak ostatnio nie chce mi się brać plecaka na rower. O wiele wygodniej jeździ się bez niego (szczególnie jeśli większość czasu spędzasz na szosie). Zabrałem więc Rzutkowe na działkę do kumpla, gdzie rozegraliśmy partię w Magię i Miecz, przy akompaniamencie karkóweczki z grilla oczywiście.


Etykieta jakoś nieszczególnie się zmieniła. Dalej mamy ten sam knot tyle, że tło nawiązuje do jednego ze składników. Kapsla firmowego dalej nie ma. Piwo trzyma się tych samych zmian kolorystycznych i ma dość szalony, krwisty odcień. Porzeczki najwyraźniej zrobiły swoje. Piana wysoka, taka trochę nadmuchana. Powoli opada od środka pozostawiając po sobie bardzo lekki kożuch.


Jakbym nie czytał składu, to bym w ciemno powiedział, że to książkowy berliner. Jest kwaskowatość, jogurcik i delikatna nuta pszeniczna. Porzeczki wchodzą dopiero po czasie, ale nie jestem pewny czy to efekt ogrzania się piwa czy zwykłej autosugestii. Jak dla mnie zaczyna się fajnie, rześko i z przytupem. 

Po pierwszym łyku zaczynam trochę żałować, że jednak nie zabrałem tego piwa na MTB do lasu. Weszłoby jak złoto w tak upalny, duszny dzień. Jest lekko treściwe, orzeźwiające i mocno wysycone. Takie, jakie powinno być. Kwaskowatość dominuje, znowu jogurcik przychodzi na myśl. Bakterię zrobiły robotę muszę przyznać. Nie jest to jednak uber lambicowy kwas, nie w tym stylu. Jako tło przyjemna pszenica. Porzeczka... no jest, na pewno wyraźniejsza niż w aromacie. Na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się zbytnio, bo bardzo dobrze podkreśla ogólną kwaskowatość piwa. Dopiero po chwili człowiek zaczyna wyczuwać jej subtelną owocowość. Goryczki żadnej, bo nie jest ona wymagana. Na finiszu wyraźny posmak owocowy, jakby same porzeczki próbowały się wybić w ostatniej próbie zdominowania całości. Nie, nie moje drogie. To piwo jest idealnie ułożone i pozostaniecie na swoim miejscu. Piłbym litrami przez całe lato.

----------

Styl: Berliner
Alk: 3,5% Obj.
Ekstrakt: 1/5 Plato (?)
IBU: 0
Skład: słód (jęczmienne, pilzneński, pszeniczny), chmiel HHT, czarna porzeczka, drożdże WB-06.
Do spożycia: 31.12.2018


Na pewno kojarzycie serię piw z browaru Fortuna o nazwie "Miłosław warzy śmiało". Akcję tą rozkręca ostatnimi czasy Marcin Ostajewski, który pracuje tam bodajże od ponad roku. Chłop trochę doświadczenia ma trzeba mu przyznać, wcześniej pracował np. w Olimpie. Musi mieć też jakiś posłuch w branży, bo udało mu się namówić do kooperacji... AleBrowar.

Szczerze? Nigdy bym się takiej kooperacji nie spodziewał. Jeszcze tylko niech Pinta uwarzy coś z EDIm i będę mógł umrzeć w spokoju. A tak na serio... jeżeli Fortuna chce się bardziej wbić w rynek craftowy to dlaczego nie miałaby poprosić o pomoc ojców (żeby nie napisać dziadków) tegoż craftu? Sprawdźmy więc, czy kooperacja dostępna od ręki w Żabojadzie jest warta naszej uwagi.



Nie wiem jak Wy, ale ja mam jakąś awersję do kształtu etykiet Miłosława... Zazwyczaj są też one niechlujnie naklejone. W sklepie wybrałem tę najbardziej reprezentatywną, a i tak kontra nie trzymała się za dobrze butelki. Co do samej oprawy graficznej to pomysł był dobry. Połączenie znanych grafik obu browarów mogło zadziałać, gdyby nie otaczało je mnóstwo niepotrzebnego tekstu. Na kapslu też lepiej wyglądałaby sama facjata. Piwo ma ładny, złoty (wchodzący w pomarańcz) kolor i jest średnio zmętnione, duh. Piana wysoka, z początku trochę dziurawa, ale po paru małych bąblach zaczyna się trzymać całkiem dobrze. No i pozostawia spory lacing na szkle. 


Nie nooo... pachnie to całkiem przyzwoicie. Fajny, dość rześki aromat składający się głównie z cytrusów (pomarańcza, trochę grapefruita) i jaśminu. Bardzo wyraźny jest ten "śmiały składnik" trzeba przyznać. Do tego pszenica w tle i nuty kolendry. Oho, czyżbyśmy mieli idealnego kompana na plażę?

O proszę, w smaku też niczego sobie. Jest fajnie zaznaczone ciałko, ale w takim lekkim, pszenicznym stylu. Wysycenie średnie, tak "w pytkę" można rzec. Orzeźwienie z aromatu ciągnie się dalej, co ostatnimi czasy jest dość trudne we wszelakich pszenicach na naszym rynku. Dużo z nich stało się wręcz... męczące. Ale może wróćmy do "śmiałej kooperacji". W smaku typowy amerykański witbier: cytrusy + tropiki, wspomagane fajną pszenicą i stonowaną kolendrą. Z owoców głównie skórka z pomarańczy i oczywiście grapefruit. Jaśmin trochę zanikł, ale jak się postaracie to go spokojnie wyczujecie. Goryczka średnia, według mnie wystarczająca. Lekko grapefruitowa w smaku. Na finiszu trochę kwasku, dopompowana kolendra (ale bez przesadyzmu) i cytrusy. Całość naprawdę dobrze zgrana i wszystko zdaje się być na swoim miejscu. Smaczne piwko, nie zaprzeczę. Udana kooperacja, w której jaśmin okazał się być fajnym dodatkiem (i dzięki Bogu nie głównym aktorem).

----------

Styl: American Witbier
Alk: 5,6% Wag.
Ekstrakt: 13% Wag.
IBU: 40
Skład: słód (pilzneński, pszenica), płatki owsiane, chmiel (Centennial, Cascade, Mosaic, Hallertauer Blanc), kwiat jaśminu 0,2%, zest z grapefruita, kolendra, drożdże Vermont Ale.
Do spożycia: 21.06.2019


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com