Śledź mnie na:

Za młodu miałem dziwną tendencję do kupowania książek z ładnymi okładkami. Mówię tu głównie o tych, o których nic nie wiedziałem oczywiście. Później człowiek z tego wyrósł, kupił sobie Kindle i już przestał mieć takie problemy. No, może tak nie do końca...

Etykiety piwne... oh jak ja Was nienawidzę. Zbieram każdą, nawet z butelką jeżeli nie da się jej odkleić. Przyzwyczajenie z młodości przeszło z książek na butelki z piwem. Nie raz złapałem się na tym, że kupuję piwo tylko przez ładną grafikę na szkle. Podobnie było i w tym przypadku, aczkolwiek sprawdziłem szybkie oceny browaru na Untappd. Były zachęcające muszę przyznać.


No jak można przejść obojętnie obok tak fikuśnej i kolorowej etykiety? Styl i kreska kojarzy mi się ze starymi bajkami. Trochę muminków, Bolka i Lolka, Pippi. Tylko mi nie mówcie, że stary jestem. Piwo w szkle nie wyglądało mi za to na wheata, osad przyczepił się mocno do dna butelki. Kolor złoty, przechodzący w pomarańcz. Piana... trochę jak w coli. Bardzo dziurawa i znikająca w zastraszającym tempie niestety.


Ale zabawa, ho ho. W aromacie mamy lekką wędzonkę. Szynkową, czyli "tą lepszą" jak to mawia mój wewnętrzny nie-weganizm. Do tego bardzo delikatna pszenica i... woda po ogórkach. Nie powiem, nie pogardziłbym nią w niedzielny poranek, ale teraz jakoś mi tu ona nie pasuje... No bieda trochę.

Karuzela kręci się dalej, kolejnym ciosem w krocze jest ciało. Cieniutkie, nawet jak na amerykańskiego wheata. Do tego wysycenie, które praktycznie nie istnieje w tym piwie. W smaku czuć pszenicę i dość szorstką, szynkową wędzoność. Nic więcej niestety. Goryczka na bardzo niskim, prawie, że niezauważalnym poziomie. Na finiszu wychodzi też jakaś taka dziwna herbaciana nuta i... to wszystko. Gdzie cytrusowość od chmielu amerykańskiego? Gdzie lekko kokosowe zapaszki? Co równie ważne... gdzie jest pszenica? Gdzie ciało? Widziałem bardzo pozytywne opinie znajomych na Untappd i dziwię się strasznie, może zakupiłem felerną butelkę? 

----------

Styl: Smoked American Wheat
Alk: 5%
Ekstrakt: 13 BLG
IBU: b/d
Skład: słód (pszeniczny, pszenica niesłodowana, pilzner wędzony czereśnią, pale ale), chmiel Sorachi Ace, drożdże US05.
Do spożycia: 10.07.2018

Facebook Browaru




Zawsze gdy sięgam po piwo z browaru Artezan mam nieodparte wrażenie, że robię coś złego. Ich fochy, tok myślenia (zbliżony zazwyczaj do Tomka z wiadomo jakiego bloga) i ogólne podejście do wielu rzemieślniczych spraw można by uznać za, z braku lepszego słowa... samolubne. 

No, ale co ma człowiek zrobić jak większość piw im wychodzi "just right"? W dodatku miałem ostatnio taaaką chęć na browna... a oni wrzucili do sklepów imperialną wersję. No kupiłem, ale schowałem szybko pod kurtkę co by mnie nikt nie zobaczył i broń Boże jeszcze zdjęcia nie zrobił.



Przykro mi to pisać, ale Artezan coraz bardziej w dupie ma konsumenta. Już im się nawet nie chce jakichkolwiek informacji na etykiecie umieszczać. Stylem amerykańskim olali nawet ekstrakt... o braku kodu kreskowego, na który narzekają sprzedawcy nawet nie wspomnę. Ich grafiki jednak... podobają mi się. Ot taki fajny nieład na bardzo dobrym papierze. Piwo ma rubinowo-brązowy kolor i jakby się postarać przy nalewaniu to mogłoby być przejrzyste. Piana wysoka, całkiem ładnie zbita i średnio trwała. Pozostawia bardzo ładny lacing na szkle.


Nooo Paaanie. Jeżeli dobrze kojarzę, to wiewiórki tak ładnie nie pachną. Przypieczona skórka od chleba pierwsza pcha się do nosa. Obok niej turlają się orzechy laskowe, takie bardziej w tle, ale wyczuwalne. Dodajmy do tego jeszcze trochę karmelu i czekolady i mamy całkiem przyjemny obrazek. Szkoda tylko, że całość bardzo szybko zanika.

Wiewiór w ustach to nie jest rzecz, którą można się szczycić... ale w tym przypadku jest to jak najbardziej wskazane. Konsystencja wręcz "piankowa" bardzo fajnie spływa do przełyku, jak jakiś aksamitny balsam. Ciałko czuć, ale broń Boże nie zapycha. Wysycenie nie przeszkadza, jest na średnim, nieinwazyjnym poziomie. W smaku lekka powtórka z aromatu, ale na szczęście bardzo wyraźna i trzymająca fason do ostatniego łyku. Jest czekolada, taka na pół słodka i orzechy. Do tego leciuteńko przypieczona skórka od chleba dopiero co wyciągniętego z pieca. Tak na marginesie to wszystko w tym piwie wydaje się być "świeże". W tle trochę karmelu, co by za wytrawnie nie było. Goryczka niska i krótka. Mogłaby być mocniejsza, ale taka mi też odpowiada. Finisz podobny, z tym że wzrosła delikatnie dominacja gorzkiej czekolady i opiekanych nut. Bardzo przyjemny, słodowy trunek. Alkoholu (a jest go trochę) w ogóle nie czuć.

----------

Styl: Imperial Brown Ale
Alk: 8%
Ekstrakt: b/d (serio?)
IBU: b/d
Skład: słód jęczmienny, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 31.03.2018

www.artezan.pl




Browary regionalne to bardzo specyficzna część naszego piwnego świata. W Polsce można na palcach jednej ręki policzyć te, które rozumieją piwną rewolucję i próbują eksperymentować z nowofalowymi stylami. Większość jednak ma podejście... dość przestarzałe. "Niech sobie Ci śmieszni rzemieślnicy warzą te ich wynalazki, my zostaniemy przy prawdziwych piwach". Mają oczywiście na myśli lagerki, pszeniczne, miodowe/smakowe i ewentualnie stouty.

Kormoran należy do tych bardziej "otwartych", od pewnego czasu towarzyszy mu też Amber ze swoją serią "Po Godzinach". O Fortunie i ich serii "Warzy Śmiało" ciężko jest coś napisać, bo zazwyczaj im nie wychodzi bombastycznie. Dziś obczaimy sobie najnowsze piwo z Ambera. Russian Imperial Stout to według wielu z nas klasyk, ale większe browary regionalne jakoś się go boją według mnie...



Etykiety serii Po Godzinach są proste, ale miłe dla oka. Lubię czyste tła, a i grafika jest niczego sobie. Troszku mi to wyngiel przypomina. Kapsel firmowy z napisami... W sumie to nie mogę się przyczepić, bo browar nie ma swojego logo jako takiego. Niestety podczas nalewania piwa coś mnie zaniepokoiło. Przypominało ono trochę Coca Colę. Niby czarne, nieprzejrzyste, ale syczące jak wunsz na pustyni i z bardzo szybko zanikającą pianą.


Wącham i wącham i wywąchać nie mogę. Strasznie słaby jest ten aromat. Jak ten chłopiec, który zawsze trzymał się na uboczu podczas lekcji WueFu i przy nawet najmniejszym wysiłku fizycznym łamał sobie kończyny. Zaraz po nalaniu dało się wyczuć wątłą czekoladę z karmelem i moooże śliwki gdzieś w oddali. Po dosłownie pięciu sekundach pozostał sam mizerny karmel z nutą alkoholu.

Narzekań ciąg dalszy. Ciałko za cholerę nie jest podobne do RiSa. Przypomina bardziej jakieś 18 BLG, a nie 24. Do tego wysycenie jest, jak na ten styl, z kosmosu dosłownie. Fruwa sobie właśnie pod moim sufitem. Pierwszy raz polecałbym Wam zostawić piwo w szkle, niech się wygazuje trochę. W smaku jest na szczęście trochę lepiej niż w aromacie. Na pierwszym planie słodko-gorzka czekolada wspomagana nutą kawową. Do tego trochę śliwek i ogólnych skojarzeń z porterem. Lekko palona, ale za to wyraźna goryczka okazała się być bardzo krótka. Owa paloność pozostaje na finiszu i zyskuje dość mocno na sile. Oprócz niej mamy jeszcze alkohol, neutralny. Nie jest on ani przyjemny, ani wstrętny. Niestety po mocnym ogrzaniu zaczyna zalatywać spirytusem. Powiem tak... nie mam w zwyczaju wrzucać słabych piw na bloga, a już szczególnie tych podarowanych przez browar. Niestety RiS z Ambera wygrał w ankiecie na facebooku. Byłem też przekonany, że będzie zwyczajnie w świecie poprawny. Myliłem się, jest słaby. Jak najtańsza bombonierka alkoholowa z biedry.

----------

Styl: Russian Imperial Stout
Alk: 10% Obj.
Ekstrakt: 24% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (jasny pilzneński, karmelowy, jęczmień prażony), chmiel (Marynka, Sybilla), drożdże.
Do spożycia: 11.07.2019

www.browar-amber.pl




Czy na polskim rynku rzemieślniczym mamy już do czynienia z przysłowiową klęską urodzaju? Chyba jeszcze nie, a przynajmniej nie według mua. Nowe browary (głównie kontraktowe) otwierają się co jakiś czas i jakoś udaje im się sprzedawać te piwa. Jednym z najmłodszych (bo z grudnia 2017) jest właśnie Hoppy Beaver.

Trochę się zdziwiłem widząc ich dwa premierowe piwa: szkockie i belgijski tripel. W czasach gdy każdy próbuje zachmielić swoje trunki jak największą ilością nowofalowych przypraw chłopaki z Bobra postawili na klasykę. Jest to zaskakujące, szczególnie jak popatrzymy na nazwę browaru. Osobiście muszę jednak przyznać, że spodobało mi się takie podejście.


Chyba się domyślacie, co sądzę o takich etykietach. Stali czytelnicy wiedzą, że nie przepadam zbytnio za jajowatym kształtem papieru. Jakoś za bardzo kojarzy mi się on z Witnicą... Grafika bez szału, chociaż brzydka też nie jest. Samo piwo ma kolor miedziany i jest lekko zmętnione. Piany, a bardziej jej brak widoczny od samego początku. Kożuch też jakoś nieszczególnie długo się utrzymał.


Aromat może i nie jest super duper intensywny i ekscytujący, ale za to jest zwyczajnie w świecie przyjemny. Głównie słodowy, biszkopty przychodzą mi na myśl już po pierwszym niuchu. Do tego lekki karmel i nuta chmielowa, przypominająca ziemię. Wyspy jak nic.

Oj tak, już po pierwszym łyku czuć, że to dziesiątka. Nie mylcie tego z wodnistością, to szkockie ale jest po prostu lekkie i chrupiące. Do tego średnie do wysokiego nagazowanie i mamy bardzo przyjemne piwko do grilla, czy też innej posiadówy. Fajna podbudowa słodowa w postaci biszkoptu polanego karmelem. Do tego nuta przyjemnej zbożowości. Goryczka niska, ale wyraźna. Wydaje się być jakaś taka nieokiełznana, czy też szorstka. Finisz podobny do reszty z tym, że wychodzi ziemistość dodatkowo. Dzięki temu całość nie wydaje się być aż tak słodka. Szczerze mówiąc piwo jest tak na granicy jeżeli chodzi o wytrawność. Naprawdę przyjemny i prosty trunek. Jak tak się dobrze zastanowić, to brakuje takich na naszym rynku.

----------

Styl: Scottish Ale
Alk: 4,1% Obj.
Ekstrakt: 10°
IBU: b/d 
Skład: słód (pale ale, red crystal), chmiel EKG, drożdże S-04.
Do spożycia: 10.05.2018

www.hoppybeaver.pl




Ja rozumiem, że mamy okres walentynkowy, ale... ile można mieć tych "narzeczonych"?! W kinach jacyś faceci na niby, męże czy nie męże, a w butelkach kryją się pożyczeni. Jak szpiedzy z krainy deszczowców. Środa Popielcowa, a nie jakieś walentynki, Boga w sercu nie macie?

A tak na serio... szukam ostatnio w sklepach piw, które pozwolą mi zapełnić moją kapslową mapę Polski. Zdziwiłem się widząc firmowy kapsel na piwach z browaru Hoplala. Wziąłem butelkę, bo co mi szkodzi. Pamiętam jednak jakiś tam hejt w zeszłym roku na ten browar, np. na blogu Chmielokracja. Nie wiem, nie znam się, nie interesuje mnie to (no może trochę), zarobiony jestem.



Etykieta jakoś szczególnie się nie wyróżnia. Ot taki minimalizm, ale mam nieodparte wrażenie, że walnięty na szybko. Kapsel za to pierwsza klasa, logo browaru idealnie do niego pasuje i dzięki Bogu nikt na nim tekstu nie dał. Piwo ma jasny, złoty kolor i trzeba nim nieźle zabełtać w butelce, aby uzyskać choć delikatne zmętnienie. To ma być NE IPA? Piana wysoka ze średnim żywotem. Czepia się ścianek i pozostawia po sobie bardzo trwały kożuch.


Zapaszek bardzo słabiutki, w sensie ledwo co wyczuwalny. Pałętają się cytrusy, jest też trochę lasu iglastego. Do tego, na równi, karmel i cebulka prażona. Tak tak, dobrze przeczytaliście. Jeżeli mnie pamięć nie myli to taki zapach wnosi do piwa (czasami) chmiel Mosaic. No jak narazie jest średniawo...

Ooo, w ustach już jest lepiej, chociaż... Albo nie, zacznijmy od początku, czyli od ciałka. Jest średnie, niezapychające, ale też nie jest wodniste. Rześkim bym go też nie nazwał. Jak na moje oko NE IPA powinna mieć trochę więcej ciała. Nagazowanie średnie, jak to mówią "na bezpiecznym poziomie". W smaku pierwsze co się rzuca na język to sosna, żywica i delikatna cebulka. Do tego kwaskowata pszenica i coś, co mi osobiście przeszkadzało podczas degustowania tego piwa... nafta. Nie wiem skąd ona tutaj. Goryczka średnia, żywiczna, lekko zalegająca. Finisz gryzący, ale dość krótki. Tak jakby składał się z pozostałości goryczki. Całość... średnia, bez szału. No piwo na amerykańskich chmielach ze średniej półki. NE IPA/Vermontem bym tego nie nazwał jednak, bardziej jakieś APA.

----------

Styl: New England IPA
Alk: 6,3% Obj.
Ekstrakt: 15% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pilzneński, pszeniczny), płatki owsiane, chmiel (Simcoe, Mosaic, El Dorado), drożdże.
Do spożycia: 26.10.2018

www.hoplala.pl




Nieźle nam się ten rok zaczął. Mamy kolejną kooperację blogerską z browarem rzemieślniczym (zaraz po Tomku z Piwnych Podróży i Browarniku). Kacper i Karolina z Piwnej Zwrotnicy uwarzyli sobie piwko z Absztyfikantem... w browarze Czarna Owca. Tak wiem, czasami można się pogubić w tych zawiłościach kontraktowych.

Jeżeli dobrze pamiętam oboje wolą lżejsze trunki, dlatego widać to po wyborze stylu. Postawili też na mniej znany dodatek typu "wow". Chodzi o Cascarę, czyli skórkę z pestki kawowca. Zaparzyłem sobie to ustrojstwo i muszę przyznać, że naprawdę dobra z tego jest herbata... kawowa. 


Tak jak lubię etykiety Absztyfikanta, tak z tą mam mały problem. Grafika i umiejscowienie nazwy naprawdę spoko, ale logotypy psują mi jakoś całą kompozycję. Są też na kontrze i według mnie tam by wystarczyły w zupełności. Piwo ma ładny złoty kolor, ale w rzeczywistości jest trochę jaśniejsze niż na zdjęciach. Dało się je nalać prawie, że bez jakiegokolwiek zmętnienia. Niestety musiałbym zostawić jakieś półtora centymetra piwa w butelce, a tego nie zniosę. Z resztą... przecież to jest hazy ale. Piana niska, ale trwała mimo paru sporawych bąbli. Lacing też zacny, co widać poniżej.


Z początku pachniało to naprawdę ładnie i wyraziście. Po jakimś czasie aromat niestety ulotnił się, a szkoda, bo było co wąchać. Bomba owocowa w postaci miąższu z mandarynek, pomelo, marakui i odrobiny słodkiego liczi. W oddali delikatne pszeniczne zacięcie. Zwiewne i przyjemne jak kobiece sukienki w upalne letnie dni. 

Ooo tak, o takie orzeźwienie nic nie robiłem. Niby ma to 13° BLG, ale gdybym miał zgadywać to bym powiedział, że z 10-11 maks. Lekkie, ale z odpowiednio zaznaczonym ciałkiem, co jest chyba zasługą płatków owsianych i pszennych. Do tego średnie, dobrze działające nagazowanie. W smaku lekkie zdziwienie, bo... nie jest tak słodko. Wszystko za sprawą tej całej cascary, która dodaje takiej jakiejś kwaskowatości herbacianej, dość przyjemnej muszę nadmienić. A tak to podobnie jak w aromacie. Cytrusy, trochę tropików. Wybija się pomelo i grapefruit, który kontynuuje swoja podróż za sprawą goryczki. Ta średnia, punktowa i dość przyjemna. Na finiszu robi się wytrawniej. Grapefruit przejmuje władze i pojawia się też trochę żywicy. Nie wiem czy to tylko moje widzimisię, ale wyczuwam tam też lekką nutę kawową. Całość na bardzo przyjemnej, ale stonowanej zbożowości. Naprawdę fajne piwko. Cieszy mnie to, że blogowa kooperacja się udała.

----------

Styl: American Hazy Ale with Cascara
Alk: 5%
Ekstrakt: 13°
IBU: 31
Skład: słód jęczmienny lagerowy, płatki owsiane, płatki pszenne, chmiel (Simcoe, Citra), Cascara Honduras, drożdże lallemand danstar windsor, kwas mlekowy.
Do spożycia: 17.07.2018

www.absztyfikant.beer




Nadejszła wiekopomna chwila... Na moim podwórku, na zimnym jak serce waszych ex bruku rozlałem piwo, które jak język łaciński uważane było za martwe. No dobra, może nie tak do końca. Piwowarzy domowi (i może ze trzy zagraniczne browary) uwarzyli coś tam w zaciszu swoich garnków. To jednak browar Olimp jako pierwszy w kraju wypuścił jopejskie hurtem na rynek.

Mieliśmy w tym roku dużo okazji do wydania niepojętych sum na 1 (słownie: jedną) butelkę sztosa. Kormoran jakoś się z tego wywinął, ale Artezan brnie w zaparte i tak np. dzisiaj widziałem ich Samca Alfa za 67zł... No sorry, ale wolę wydać taką kasę (coś ponad 40zł) na piwo, które jest unikatowe, a właśnie z takim mamy dzisiaj do czynienia. Plus swoim zakupem chciałem dać prztyczka w nos pewnemu Niemcowi z Trójmiasta.



Co jak co, ale jak Olimp odwali unikatowe opakowanie to nie ma ch... we wsi. Sama butelka to pewnego rodzaju dzieło sztuki, nie mówiąc już o kartonie i zawieszce z morskimi opowieściami. Co mnie jeszcze pozytywnie zaskoczyło to lak na korku. Bardzo łatwo się go pozbyć. Z tego co pamiętam w ich Hadesie czy też Zeusie był z tym wielki problem. Samo piwo jest czarne, dosłownie. Już przy nalewaniu widać też, jak bardzo gęste będzie. Piany nie ma, ale to nie wada w tym stylu. 



Dałem się Jopejskiemu ogrzać. Grzechem byłoby pić je w temperaturze zbliżonej do tej na dworze. Naprawdę, nie róbcie tego. Ciepło uwalnia moc w tym syropie słodowym... i to jaką! Intensywny aromat składa się z tylu rzeczy, że pozostaje mi je tylko wymienić po kolei: miks suszonych owoców  w tym głównie śliwki i moreli. Do tego świeża wiśnia i przyjemne nuty winne. W tle skórka od chleba, a na samym końcu sos sojowy. Po mocniejszych ogrzaniu wychodzi też czekolada, która z wiśnią przypomina trochę drogie bombonierki. W dodatku aromat nie należy do ulotnych i trzyma się szkła jak może.

Nalałem sobie bardzo mało, z resztą widzicie po zdjęciu (butelka ma 100ml). Taka ilość w zupełności wystarczy, bo piwo jest gęste jak syrop i bardzo powoli spływa do przełyku. Jak łatwo się domyślić nagazowania to też praktycznie nie ma. Chociaż w sumie... jeżeli dobrze pamiętam, to Kamilowe jopejskie było jeszcze gęściejsze. Co w smaku? To samo co w aromacie, no prawie. Do wiśni dołączyła czereśnia i droczy się z tą pierwszą swoją słodyczą. Wszechobecna śliwka próbuje uspokoić całe to towarzystwo i muszę przyznać, że jej się to udaje bardzo ładnie. Z ukrycia przygląda im się pigwa i bardzo, ale to bardzo delikatne zioła. W tle wyraźna, spieczona skórka od chleba i czekolada. No i te winne nuty... Pięknie tu zagrały. Jak nie lubię zbytnio wina tak tutaj pasuje mi idealnie. Goryczki nie ma, bo po co ona komu. Finisz podobny do reszty z tym, że trochę bardziej wybija się czekolada. Alkohol praktycznie niewyczuwalny, przyjemnie rozgrzewa z ukrycia. Właśnie za takie doznania jestem w stanie zapłacić większą sumkę. Coś unikatowego, pradawnego, odtworzonego z dawno zapomnianych kart historii.

----------

Styl: Jopejskie
Alk: 8,5% Obj.
Ekstrakt: 45% Wag.
IBU: b/d
Skład: słody jęczmienne, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 12.2020






Sam się zdziwiłem gdy browar wBrew wysłał do mnie #darylosu. Nie dlatego, że to zrobił, ale przez to, że wcześniej ich w ogóle nie piłem. Bądźmy szczerzy, koło takich butelek nie przechodzi się obojętnie. Ja jakimś dziwnym trafem to zrobiłem...

No ale... jak się jest blogerem z jakąś tam większą liczba lajków to się ma pewne profity. Uwierzcie mi nie jest to takie kolorowe jak się Wam może wydawać. Nie raz dostawałem paczki z piwem, które było... grzecznie to ujmując: nie do wypicia. W tym przypadku tak na szczęście nie było, ale o tym za chwilę. Browar lubi robić piwa tematyczne i tak "wbrew grawitacji" to piwa lekkie, które mają walczyć z zimową aurą. Jako miłośnik RiSów itp. nie rozumiem takiego podejścia, no ale zobaczymy jak to będzie.


Kurde, nie kojarzę innego browaru w Polsce, który miałby takie samo podejście do oklejania butelek. Owszem mają etykiety, ale zajmują one całą powierzchnie opakowania. Wygląda to całkiem spoko muszę przyznać, ale widziałem w sklepie bardzo niechlujnie oklejone sztuki (to jednak bardziej margines). Piwo też niczego sobie, ma ładny złoty (może trochę jaśniejszy niż zwykle) kolor i jest zmętnione lekko. Piana bielutka, niska. Na szczęście pozostawia bardzo ładny lacing na szkle.


Zastanawialiście się jak pachnie rześkość? Właśnie tak. Wiele bym dał, aby napić się tego piwa zaraz po treningu rowerowym w lecie. W aromacie czuć świeżość i kwaśność cytryny, moreli i skórki pomelo. Do tego delikatna pszenica w tle. No pięknie panie, pięknie. Już czuję to orzeźwienie w ustach.

Pierwszy łyk i BAM! Uderza nas lekkość typowego berlinera i człowiek zaczyna się zastanawiać... dlaczego tego naprawdę nie wypuścili na lato? Mam nadzieję, że nie zaprzestaną produkcji, bo z chęcią wrzuciłbym butelkę w koszyk od bidonu. Nagazowanie dość wysokie, pasuje idealnie do całości. W smaku mamy kwasek, owocowy i soczysty. Głównie cytrusy, w tym cytryna i momentami limonka. Co zaskakujące w tle czuć też maliny, ale takie delikatnie niedojrzałe jeszcze i poziomki. No i ta niezapychająca podbudowa pszeniczna. Goryczki jako takiej nie ma, kwasek ją zastępuje. Na finiszu zyskuje on na sile, tak jakby chciał nas orzeźwić najmocniej jak potrafi. Tutaj limonka robi się bardzo wyraźna. Pyszności!

----------

Styl: Berliner Weisse
Alk: 3%
Ekstrakt:
IBU: 10
Skład: słód (pilzneński, pszeniczny), płatki owsiane, chmiel Enigma, drożdże (Brettanomyces bruxellensis trois), mieszanka bakterii (lactobacillus brevis, lactobacillus lactis, lactobacillus plantarum, lactobacillus delbreueckii).
Do spożycia: 01.05.2018

Facebook Browaru




Aż dziw, że Stone Brewing nie pojawił się jeszcze na blogu. Jakby nie patrzeć jest to jeden z najbardziej rozpoznawanych browarów ze Stanów Zjednoczonych. Inna sprawa, że wielkością nie przypominają naszych rodzimych rzemieślników... No bo jaki browar craftowy może się pochwalić filią np. w Berlinie?

Tak się akurat złożyło, że kumpel był w delegacji za naszą zachodnią granicą i kupił mi puszki produkowane w Niemczech. Klasyczne Stone IPA pojawi się kiedy indziej, dzisiaj sprawdzimy sobie owiane tajemnicą Arrogant Bastard Ale. Browar podzielił się tylko ilością alkoholu. Reszta, nawet sam styl piwa, owiany jest tajemnicą... 


Bardzo prosty wygląd puszki, z typowym dla browaru wizerunkiem diabła. Z tego co widziałem najnowsza warka ma nawet spód i wieko czarne. Jak już wcześniej wspomniałem składu nie ma, nawet alergenów. Ciekawe jak się do tego ma polskie prawo, bo z tego co wiem można je kupić w Carrefourze. Piwo ma kolor ciemnej miedzi i jest lekko zmętnione. Szczerze mówiąc trochę mi przypomina nasze karmelkowe AIPA (tutaj wpisz jakiś browar). Piana bardzo wysoka, średnio zbita, ale utrzymująca się całkiem długo.


Nie wiedzieć czemu spodziewałem się dość mocnego karmelu, a tutaj taka niespodzianka... Owszem czuć mocną podbudowę słodową pod postacią wcześniej wymienionego karmelu i chlebka, ale amerykańskie chmiele też są całkiem wyraźne. Taka bliżej nieokreślona mieszanka cytrusów i iglaków. Jak na zwyczajne strong ale całkiem przyjemnie to pachnie.

W ustach średnio treściwe, z tak samo średnim do wysokiego nagazowaniem. Coś jak pierwsza lepsza IPA, Rowing Jack np. W smaku niby dominuje słodowość, znowu pojawia się karmel, tosty i odrobina rodzynek. Jest jednak, a przynajmniej według mnie, całkiem pokaźna kontra chmielowa. Zioła, iglaki i trochę cytrusów. Goryczka też niczego sobie, jak już się pojawi to może sponiewierać. Ma ziołowo-iglakowy profil (lub jak to ja lubię mawiać "o smaku kory drzewnej") i delikatnie zalega niepotrzebnie. Przy każdym kolejnym łyku wzrasta jej moc o dziwo. Finisz gorzki i ziołowy. Jak mocna herbata bez cukru. Jak na piwo niespodziankę z dużą ilością alkoholu jest naprawdę dobre. Co do tego ostatniego, jest naprawdę dobrze ukryty. Z drugiej strony... ja wolę wytrawniejsze trunki. Do typowego BBQ po amerykańsku jak znalazł.

----------

Styl: American Strong Ale (?)
Alk: 7,2% Obj.
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: b/d
Do spożycia: 17.08.2018

www.arrogantbrewing.com




Pod koniec zeszłego roku mieliśmy pewnego rodzaju wojenkę z aromatami w piwach. Pojawiały się w internetach śmieszki z Omnipollo, który znany jest z dodawania sztucznych aromatów. Mają swoich zwolenników i przeciwników. Tych drugi chyba głównie w Polsce...

Piszę o tym, bo browar Piwojad postanowił pokazać, że da się pewne rzeczy zrobić bez pomocy laboratoriów chemicznych. Orzeszki ziemne? W piwie? Spoko, jak najbardziej jestem za. Tylko, że... mój wewnętrzny sceptycyzm nie dawał mi spokoju, jak nigdy dotąd szczerze mówiąc. Dodatkowo przez chorobę nie wypiłem tego piwa od razu i czekając na zdrowie przeczytałem pare recenzji... W dużym skrócie: nie były one zbyt pochlebne. No, ale po to tu jesteśmy, aby sprawdzić na własne... kubki smakowe?


Lubię, gdy na przezroczystych etykietach Piwojada pojawia się jakiś dodatkowy akcent graficzny. Tak samo jest i w tym przypadku, no popatrzcie na tą słodką muffinkę. Jak można jej nie lubić? Piwo wygląda trochę gorzej, głównie przez pianę. Ta nie chciała się w ogóle utworzyć. Sam trunek czarny... no może bardziej ciemnobrązowy, ale to głównie przy nalewaniu.


Halo, policja? Proszę przyjechać w internety. Ktoś bawi się moimi emocjami! Jak Boga kocham dawno nie byłem aż tak zaskoczony aromatem naszego ulubionego napoju. Chłopakom z Piwojada udało się uzyskać wyraźne masło orzechowe w piwie bez sztucznych aromatów (ekhem, Omnipollo, ekhem). Uwielbiam to masło, na promocji w Lidlu biorę cały karton i potem zjadam słoik dziennie. Muffinowy zapach bucha fistaszkami aż miło. Do tego lekka czekolada mleczna w tle. Pięknie to pachnie i dość długo się utrzymuje.

Mmm, jakie to jest gładkie i aksamitne. Czuć, że płatki owsiane dały radę w tej kwestii. Do tego średnie do niskiego wysycenie. Za takie odczucie w ustach wielu piwowarów dałoby sobie rękę uciąć. Na pierwszym planie bardzo ciekawy miks czekolady (a może bardziej kakao) i orzeszków ziemnych. Nadal mam wyraźne skojarzenia z masłem orzechowym, ale ta mocno wtopiona w całość czekolada dodaje pewnego rodzaju świeżości. Odzywa się też laktoza i związana z nią słodycz. Nie jest ona jednak przytłaczająca, co mi się bardzo podoba. Całość jest słodka, ale też bez przesadyzmów. Goryczka bardzo niska, delikatnie palona. Jakoś mi to nie przeszkadza. W końcu piję orzechowe brownie w płynie. Na finiszu dochodzi jeszcze delikatna kawowa nuta. Bardzo przyjemne i zadziwiające piwo, kolejne takie ze stajni Piwojada. Wersja imperialna wyrwałaby z butów każdego według mnie.

----------

Styl: Chocolate Peanut Milk Stout
Alk: 5,1% Obj.
Ekstrakt: 16°
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienne, żytni), płatki owsiane, laktoza, orzeszki ziemne odtłuszczone, prażone ziarna kakaowca, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 20.08.2018

Facebook Browaru




Trzy tygodnie... tyle czasu nie miałem naszego ulubionego trunku w ustach. Wirus z Kanady chwycił mnie mocno i nie chciał puścić. Potem jakieś zaliczenia i inne egzaminy... A półeczki w piwnicy pękają w szwach. Oprócz darów losu wpadły w moje ręce też piwa, których byłem bardzo ciekawy. Od jednego z nich zaczniemy sobie powrót do życia brodatego alko... degustatora.

Browar Rockmill zadebiutował na początku zeszłego roku. Wielu ludzi z branży uważa ich za jeden z najciekawszych młodych browarów ostatniego czasu. Musiałem zatem kupić jakieś ich piwo. Widząc laktozę w składzie stoutów mam już lekki tik nerwowy. Nie wiedzieć czemu, ale nasi rzemieślnicy przesadzają z nią zazwyczaj i piwa, które miały być kawowe wychodzą słodkie jak jakieś wymysły dla nastolatek ze Starbunia


Etykiety Rockmilla są... nietypowe. Fajne, ale dziwne. Coś mi przypominają, ale za cholerę nie mogę skojarzyć co. W sumie to te ich rysunki nadawałyby się idealnie na tatuaż. Piwo jest ciemnobrązowe, w szkle czarne i nieprzejrzyste. Piana wysoka i ładnie zbita z początku. Po chwili zaczyna pękać, ale ładnie czepia się ścianki i opada bardzo powoli. 


Nie wiem czy to wina wyostrzonych zmysłów po chorobie, ale stoucik rockmillowski pachnie bardzo intensywnie. Gdybym bym prywaciarzem na swoim to na pewno mógłbym nim zastąpić poranną kawę. Zapach palonych ziaren wyrywa się ze szkła jak szalony. Do tego przyjemne tło czekoladowe, średnio słodkie. Bałem się trochę tej laktozy w coffee stoucie, ale jak narazie jest ona, na szczęście, minimalna. 

Nie gorzej jest po przełknięciu pierwszego łyku. Piwo wyraziste i z pazurem, ale też bardzo fajnie ułożone. Aksamitne, z wyraźnym ciałem i średnim wysyceniem, wpasowanym można rzec idealnie. Już na samym początku atakuje nas wyraźna mieszanka kawy i paloności. Kojarzy mi się to trochę z coldbrew z Etno Café, które pijałem zazwyczaj przed startem maratonów rowerowych. W tle uzupełniająca czekolada, taka delikatnie mleczna i wanilia. Goryczka na średnim poziomie, według mnie wyższa popsułaby profil piwa. Finisz jeszcze bardziej kawowy z przyjemnym kwaskiem towarzyszącym prawie każdej "małej czarnej". Całość zdecydowanie bardziej po tej wytrawnej/palonej stronie. Słodycz laktozowa nie przytłacza tak jak w wielu innych przedstawicielach tego (i podobnych) stylu. Pyszne, nieprzekombinowane piwo. Udał się Rockmillowi debiut na blogu.

----------

Styl: Oatmeal Coffee Stout
Alk: 6,5% Obj.
Ekstrakt: 18% Wag.
IBU: 3/6
Skład: słód jęczmienny, płatki owsiane, kawa, laktoza, wanilia, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 11.10.2018

www.rockmill.pl




Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com