Śledź mnie na:

Wypij Pan RiSa! - PTP i Beer Blog Day 2016



By  Patryk Piechocki     7.11.16    Tagi:,,,,, 

Poznań... zmienił się. Mam tu oczywiście na myśli Poznańskie Targi Piwne, a nie samo miasto. Chodzi o festiwal, który według wielu (mniej lub bardziej pijanych) gości został okrzyknięty najlepszym w Polsce. Przesadzają? Czy Wrocław i Warszawa mają się czego obawiać? O tym w dzisiejszej relacji.

Pamiętam pierwsze podrygi Poznania, a przynajmniej te, na których byłem osobiście. Krótko mówiąc... nie byłem zachwycony. Wiele się zmieniło, i to na dobre trzeba przyznać. Przystopujmy jednak i spróbujmy to wszystko jakoś ułożyć ładnie... A więc: Beer Blog Day.





Jurek G. w światku piwnym znany jako Jerry Brewery postanowił spiąć poślady i reaktywował zjazd piwnych blogerów (kiedyś było już coś takiego, bodajże pod patronatem Urquella). Muszę przyznać, że całość zorganizowana była bardzo profesjonalnie i z pomyślunkiem. W końcu nie chodziło tylko o wspólne alkoholizowanie się podczas targów. W sali konferencyjnej miały miejsce wykłady (głównie o tym, jak zadbać o wizerunek bloga) oraz pokaz sensoryczny szkieł od Spiegelau. Osobiście przekonałem się do tego, że samo szkło jak i jego wykonanie ma znaczenie, ale może nie w tak wielkim stopniu jak to było przedstawione przez przedstawiciela firmy. Inna sprawa, że dzięki Beer Blog Day do Poznania zjechało się naprawdę dużo blogerów i blogerek co samym targom mogło wyjść tylko na dobre. W końcu każdy z nas pomaga potem organizatorom swoją wiedzą i chęcią dzielenia się doświadczeniami z gośćmi. 




Jeżeli chodzi o ilość miejsca... organizatorzy poszli po rozum do głowy i w tym roku mieliśmy o wiele więcej swobody niż w zeszłym. Jeżeli dobrze kojarzę do dyspozycji były teraz dwie hale targowe (a może była to jedna wielka hala po prostu?) co rozluźniło znacznie ciasnotę i pozwoliło dołożyć więcej miejsc siedzących. Jedyny problem, jaki według mnie pozostał to gastronomia. Pomysł z food truckami na zewnątrz nie jest zły, ale jak pokazał ten weekend wszystko się wali przy kiepskiej pogodzie. Może jakieś zadaszenie łączące wyjścia z samymi food truckami zamiast tych namiotów? Anyway, Porki i Zapieksy były mocno na propsie dlatego szkoda mi się zrobiło ludzi tam pracujących. Poprawić trzeba będzie jednak oznakowanie poszczególnych stref targów. Brak info o Beer Blog Day (na którego wykłady był wstęp wolny) oraz Piwnej Matury to tylko dwa przykłady. Podwieszane szyldy poprawiłyby sytuacje na pewno.




Warto też wspomnieć o konkursie piw rzemieślniczych, który zowie się Kraft Roku. W tej edycji zgłoszonych było 324 piw z 83 browarów. Piwo, które zdobyło główny tytuł (czyli Funky Wild Fruit Wiśnia z browaru Jan Olbracht) kupiłem, więc sobie je sprawdzimy na spokojnie. Mam jednak jeden malutki problem... dlaczego RiS z browaru Fortuna zdobył jakikolwiek medal (srebrny)? To piwo zostało zalane chyba największą falą hejtu w tym roku a tutaj taka niespodzianka... No nic, nie mnie to oceniać jak to mówił klasyk. Pełną listę zwycięzców możecie zobaczyć pod tym linkiem. Gołym okiem widać jednak absencje znanych i lubianych browarów, które zwyczajnie w świecie nie wysłały swoich piw na konkurs. Nie było wymogu, więc kto im zabroni?




Czas na Piwa! Czyli rzecz, dla której jeździ się na takie festiwale. W tym roku nie miałem zbytnio chęci i czasu na zapisywanie notatek do każdego wypitego trunku, ale parę piw zapadło mi w pamięci. Salty Barbara (AleBrowar) to dość lekkie i przyjemne Gose z bardzo delikatnym rabarbarowym zacięciem. The Blogger (Brokreacja) to dość spoko pieprzowe piwo, ale na pierwszy rzut oka mocno ugrzecznione jak na ten... "styl". Mam butelkę to sprawdzimy na spokojnie. Ich podwójnego Nafciarza mógłbym za to pić litrami, na szczęście jednak moja wątroba zawetowała ten pomysł. Lilith (Golem) to chyba najlepszy RiS festiwalu. Bez dodatków i udziwnień. Gęsty, z żytnim zacięciem (też mam buteleczkę). Pozytywnym zaskoczeniem był Venom (Szpunt), który okazał się być dobrze ułożonym ciemnym fruit ale (go też sobie opiszemy w oddzielnym wpisie). Co tam jeszcze... Kwas Eta (Pinta) to taki lekko kwaskowaty Kubuś, idealny na kaca. Oczywiście wszelakiego rodzaju lambici (i tym podobne) też wchodziły jak woda (tutaj chyba Karolina z Piwnej Zwrotnicy spróbowała najwięcej). Na wyróżnienie na pewno zasługuje 2-letni Unblended Oude Lambiek (Boon). Zadziwiająco dobra była też lemoniada chmielowa z browaru Jana, mam butelkę więc zrobimy sobie porównanie z wodą Nepomucena. Więcej grzechów nie pamiętam (albo nie chcę pamiętać...).





Główne tematy omówione, czas na freestyle. Na targach pojawiłem się w sobotę o 10:55. Już przy wejściu spotkałem paru chłopaków z branży i jedną lajfstajlową blogerkę. Jak przystało na jawnych alkoholików, ekhem, blogerów, tupaliśmy nóżkami jeszcze przed otwarciem bram. W końcu pojawił się Jurek i jak rycerz na białym koniu wręczył nam opaski i identyfikatory. Do bodajże 18:00 mieliśmy zaplanowane wykłady, ale w przerwie pomiędzy łaziliśmy sobie po halach. Rzecz do zapamiętania na przyszłość? Zabierać kufel wielkości kieliszka do degustowania np. takich RiSów... Znany i lubiany tekst "ze mną się nie napijesz?!" można było w sobotę zamienić na "naszego RiSa się nie napijesz?!". Pierwszego wypiłem jakoś po 12:00, więc chyba aż tak źle ze mną nie jest... Tak na marginesie RiS lub/i porter z dolanym espresso też spoko rzecz.


No fajnie jest.
Po wykładach szybki trip do hotelu i można wracać. Nawet sobie nie wyobrażacie jak się później cieszyłem, że nocleg miałem jakieś 900m od Targów... Po drodze było widać, że niektórzy skończyli swoją przygodę z craftem dość przedwcześnie... Kto o zdrowych zmysłach rozbiłby na środku chodnika np. takiego chocolate milk stouta z Brokreacji? Wróciwszy na PTP zauważyłem wzmożoną aktywność gości, ale tak jak już pisałem wcześniej nie było ciasnoty ani jakoś specjalnie długich kolejek. Trochę chaotyczne wydawało mi się z początku rozmieszczenie stoisk, ale po godzinie zrozumiałem zamysł. W końcu zawsze lepiej jest się poruszać po zewnętrznej stronie. Większość browarów usytuowana była bowiem wewnątrz hal. Zdziwiło mnie centralne miejsce browaru EDI, ale nie mam zamiaru im więcej tekstu poświęcać.




Oczywiście jak zwykle byłem nieprzygotowany i nie miałem zielonego pojęcia jakich premier się spodziewać. Na szczęście są ludzie bardziej zorganizowani ode mnie, którzy mieli ze sobą oldschoolową kartkę (tak! taki biały papier z tekstem ręcznie pisanym) więc jakoś to szło. Chodziliśmy sobie w małych grupach i zwiedzaliśmy poszczególne stanowiska. Pogadaliśmy trochę z browarami i żodyn o dziwo nie miał z tym problemu. Na chłopski rozum... kto by wytrzymał przy takiej klienteli, która nie dość, że gada jak najęta to jeszcze życzy sobie nalania próbki degustacyjnej?




Nawet Złoty Pies pokusił się o normalniejsze ceny swoich piw.
Odkładając sarkazm i heheszki na bok... klimat Poznańskich Targów Piwnych był po prostu świetny. Nie przypominam sobie jakiegokolwiek incydentu lub zgrzytu w relacji browar - blogger. Wszyscy byli dla siebie mili i pomocni. Nie słyszałem również o jakichś problemach innych gości. Całość nie wyglądała też jak zwyczajna wiejska potupaja, którą powoli zaczyna przypominać wrocławski festiwal. Wszystko co nie było związane z piwem craftowym zostało ograniczone do minimum.



Kto da więcej?
Bawiliśmy się tak do późnych godzin nocnych. W sumie to uciekłem jako jeden z pierwszych. I jak na początku myślałem, że robię się zwyczajnie stary tak w niedzielę rano uświadomiłem sobie, że była to cholernie dobra decyzja. Wymeldowałem się z hotelu i wróciłem na targi, znowu delikatnie po 11:00. Miasto zombie? Blisko. Stoiska, jedno po drugim, budziły się w ociężałym tempie jak niedźwiedzie po zimowym śnie. Skubani trzymali się jednak dzielnie. Taki festiwal to nie są łatwe  i przyjemne rzeczy panie. Kontemplując przyczynę zwichnięcia ręki przez jednego z piwowarów uświadomiłem sobie, że przegapiłem (znowu) Piwną Maturę. Oczywiście nie zabrakło też akcji Movember, która zbierała pieniądze (poprzez strzyżenie brody i włosów) na badania i leczenie raka jąder. Był kącik z grami planszowymi, który cieszył się dość duża popularnością oraz stoisko ze świeżo zaparzaną kawą (to dopiero miało wzięcie w niedziele koło południa). 




Podsumowując, atrakcji (a co najważniejsze także piw) było mnóstwo. Zarówno dla starych craftowych wyjadaczy jak i amatorów, ale też przypadkowych gości. Poznań pokazał, że umie zorganizować festiwal piwny, na który będzie mi się chciało lepiej przygotować za rok (o zgrozo!). Dlatego wielkie dzięki dla organizatorów jak i kolegów i koleżanek po fachu. Browarom też należą się brawa, głównie za ciepłe przyjęcie blogerskiej braci. W skrócie... było po prostu przezajebiście.




A wątroba krzyczy... NIE!
Relacje innych blogierów możecie znaleźć pod tymi linkami:

Patryk Piechocki

Podobał Ci się ten wpis? Podziel się nim ze znajomymi. Dzięki temu uświadomisz innym, że piwo nie kończy się na lagerach a i mi pomożesz w szerzeniu kraftowej kultury. Walczmy z koncernową niewiedzą, każdy z nas może być Rycerzem Ducha Kraftu! Pamiętaj też, że piwo kraftowe zmienia się i każda kolejna warka może inaczej smakować.

5 komentarzy:

  1. fajna relacja :) milo się czyta :)

    jak probowaleś boona 2letniego to nalewak obok byl de molen weer wind- barleywine ktory mial prawie 13% :) trzeba bylo sprobowac ;)


    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. możesz zdradzić miesjcówkę noclegową w Poznaniu?

    OdpowiedzUsuń
  3. Przyjemnie to opisałeś. Dobrze się dowiedzieć jak było, szczególnie jak akurat nie mieliśmy okazji. To pytanie musiało paść: jak kwestia toalet?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm, powiem tak: z początku mieliśmy toalety koło salki konferencyjnej to nawet o tym nie myślałem. O dziwo później byłem może raz w Toi Toiu. Problem na pewno był, bo sama hala targowa miała tyle samo toalet co rok temu przecież. Z wyjątkiem dostawionych Toi Toi na dworze oczywiście (które nie do końca rozwiązały problem).

      Usuń


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com