Śledź mnie na:

Co ma wisieć nie utonie jak to mówią, w tym przypadku co zostało wrzucone do kopii roboczych nie zostanie tam na zawsze. Pierwszy raz piłem to piwo w czerwcu tego roku. Z tego co pamiętam wrzuciłem Wam nawet na facebooka moje żale, jak to się ciężko robi zdjęcia takim etykietom. Problem okazał się być większy, jakoś nie miałem czasu i chęci robić wpisu bo... szczerze, to już nie pamiętam.

Nadarzyła się jednak okazja do nadrobienia zaległości, w sklepach pojawiła się bowiem kolejna warka tego mleczno-owsiankowego stoutu. Chociaż... nie jestem tak do końca pewien. Może są to resztki z pierwszej? Warto nadmienić, że jest to kolejne piwo polskich rzemieślników warzone we współpracy z zespołem muzycznym (jak np. wcześniejszy Behemoth od Peruna). Czy coś się zmieniło? Czy moje zapiski będą potrzebowały korekty?


Z chęcią rzuciłbym czymś ciężkim w osobę, która zaprojektowała tę etykietę. Do samego logo nie mam nic, jest to w końcu znak rozpoznawczy zespołu. Chodzi mi o rodzaj papieru z jakiego została wykonana etykieta, mój aparat krwawił gdy próbował zrobić jej zdjęcie. Tak lustrzanego materiału dawno nie widziałem. W szkle piwo wygląda całkiem spoko, jeżeli oczywiście nie będziemy brali pod uwagę znikomej piany (koronkę pozostawia za to bardzo ładną). Całość czarna, nieprzejrzysta, lekko zmętniona. Muszę przyznać, że nawet mi się podoba bez tej piany w musztardówce Artezana.


Jak wiecie uwielbiam stouty, każdego rodzaju. Jeżeli chodzi o ten styl nie może być taryfy ulgowej. Jeżeli jest do rzeczywiście nowa warka to muszę napisać, że Kraftwerk potrafi utrzymać stałą jakość swojego produktu... tylko czy to akurat dobrze? Aromat jest cholernie słaby, ledwo co wyczuwalny. Ciemne słody, trochę mlecznej czekolady i... nic więcej w sumie. Nie polecam też jakoś szczególnie doszukiwać się innych rzeczy. Przy intensywnym wąchaniu do głosu dochodzi mokra szmata.

W smaku Oberschlesien jest zgoła inny na szczęście. Początek może wydawać się trochę nijaki ale bardzo szybko do głosu dochodzi palona kawa, goddamn... nawet lepiej, całe ziarna palonej kawy, które zaczynają się rozpadać dopiero w ustach. Aż musiałem ponownie sprawdzić etykietę czy to przypadkiem nie jest rasowy coffee stout. Gdzieś dalej pojawia się też delikatna nuta laktozowa (mleko). Coś na miarę mocnego espresso z mlekiem... dziwne, nie? Czekolady raczej nie ma, no chyba, że ją kawa zamordowała. Płatków owsianych nie wyczuwam ale i tak zrobiły robotę. Piwo jest treściwe ale też bardzo aksamitne w odczuciu, średnie wysycenie (idealne wręcz) również pomaga. Goryczka marginalna, mogłaby bardziej zaznaczać swoją obecność ale tragedii nie ma. Finisz niestety nie trzyma poziomu i okazuje się być słaby i nijaki. Smakowo powiedziałbym, że jest "kawowy". Szkoda, stout pokroju pysznego, mocnego espresso przeistoczył nam się w zwykła lurę. Jest potencjał, wydaje mi się, że druga warka jest o ciut lepsza jednak (mniej lurowata).



Kontynuujemy celebrowanie jesieni i po ostatnim, bardzo przyjemnym leżaku z koguciej fermy spojrzymy sobie dzisiaj na coś świeższego dla odmiany. Browar na Jurze ma wiele dobrych piw, dlatego lały mi się łzy rzęsiste gdy nie udało mi się zakupić pierwszej warki opisywanego dzisiaj porteru. Drugiego wypustu nie mogłem odpuścić dlatego zakupiłem dwie sztuki, jedna pójdzie do piwnicy.

Wiele osób polecało jurajski porter twierdząc, że jest on jednym z lepszych w naszym kraju. Szczerze mówiąc jest to jakiś wyczyn bo rzadko zdarza się u nas spieprzony przedstawiciel tego stylu. Nawet Żywiec robi całkiem dobrego, może go w końcu wyciągnę z piwnicy? Co do Jurajskiego, parę butelek pojawiło się w Tesco jakiś czas temu.



Pierwsze co zaskakuje to pojemność, browar postanowił rozlać swoje czarne złoto do butelek 330ml co mnie trochę zdziwiło. Zrozumiałbym gdybyśmy mieli do czynienia z wysokim ekstraktem (brak info na butelce). Po ilości alkoholu można powiedzieć, że jest on raczej w dolnej granicy stylu. Po internetach krąży jednak informacja, że ma on 22% ekstraktu, dziwne. Tak na marginesie to browar mógłby w końcu odświeżyć swoją stronę internetową... Samo piwo wygląd ma dwojaki. Kolor jak najbardziej okej, czarny, bez prześwitów, wydaje się też być klarowne. Problem pojawia się przy pianie, która mimo sporych rozmiarów bardzo szybko pęka i redukuje się do niskiego kożuszka. Na osłodę pozostawia słabą koronkę.


Niestety już przy pierwszym rzucie nosem wychodzi alkohol z lekką nuta rozpuszczalnikową. Ciemne owoce, tutaj głównie śliwka, próbują się przebić i nawet im się to czasami udaje. Szkoda, że tylko czasami. Do tego możemy dodać jeszcze półsłodką czekoladę, która chyba jest najbardziej trwałym punktem całego aromatu. Z intensywnością jest różnie, z początku wydawało się okej ale już po chwili zapachy zaczęły zanikać. Kurde nie tego się spodziewałem, skąd ten beznadziejny alkohol?

22% ekstraktu? No nie wiem, ani nie jest on oblepiający ani wypełniający. Szczerze mówiąc to wydaje się dość lekki jak na porter bałtycki. Nie jest to jeszcze szeroko pojęta wodnistość, ale wolę jednak grubsze. Niestety, pierwsze na co się natykamy to (znowu) ten nieszczęsny, lekko rozpuszczalnikowy alkohol. Na szczęście nie w aż tak mocnym stężeniu jak w aromacie i tylko na samym początku, gdy trunek dotyka języka. Bardzo szybko pałeczkę przejmuje gorzka czekolada wraz z ciemnymi owocami, z dojrzałą wiśnią na czele. Do tego lekka paloność gdzieś z tyłu. Ogólnie słodowość wydaję się być dziwna, niezdecydowana... wystraszona nawet. Goryczki brak, serio. Zamiast niej wszechobecna cierpkość. Finisz, o dziwo, mocno palony, popiołowy wręcz. Niestety, każdy ze smaków jest jakiś taki czerstwy, kłujący a nawet szczypiący. Nic ze sobą nie współpracuje, nie jest to tak fajnie drapieżne jak przy okazji Corneliusa. Tak jak treściwość wydaje mi się za niska tak wysycenie jest o wiele za wysokie. Coś chyba jest nie tak z tą drugą warką. Zaczynam powoli wątpić w słuszność jej leżakowania...


Tak, to już ten okres w roku gdy zaczyna robić się chłodniej i puryści craftowi zaczynają wychodzić ze swoich jaskiń. Najlepszy czas dla tradycyjnych stylów piwnych (i ich craftowych wariacji). O przepraszam… myśleliście, że mam na myśli Oktoberfest? To niby święto picia piwa marcowego kosztującego 10 ojro za kufel litrowy? Za kogo Wy mnie macie?

Chodzi mi oczywiście o okres jesień-zima, czyli najlepszy czas na odstawienie wszelakich orzeźwiająco lekkich piw i zainteresowanie się czymś ciemniejszym i grubszym. Portery idealnie się wpasowują w tę kategorię, szczególnie takie leżakowane w piwnicy. Może się bowiem okazać, że taki gówniany koncerniak przerodzi się w całkiem przyjemne, ogrzewające piwo. Cornelius może i nie jest znienawidzonym molochem pokroju Carlsberga, ale ich produkty pozostawiają wiele do życzenia. Butelka, którą dzisiaj otworzyłem jest 14 miesięcy po terminie ważności. Czy coś to dało?



Jeżeli dobrze kojarzę browar zmienił wygląd swoich etykiety i butelek. Według mnie wyszło im to na dobre. Stare, czyli takie jak widzicie na zdjęciu, były dość wieśniackie i nie wyróżniały się niczym spośród innych regionalnych wyrobów tamtych czasów. Nowe są czytelniejsze i milsze dla oka, o nowoczesności nie wspomnę. Duży plus za dedykowane kapsle, każdy styl ma swój własny. W szkle piwo jest czarne jak węgiel, wydaję się też być klarowne. Zero przebić, dosłownie czarna dziura. Problemem jest piana, której krótko mówiąc nie uświadczyłem. Trzeba wziąć jednak poprawkę na wiek trunku i starać się wybaczyć tę wpadkę.


Spodziewałem się słabszego aromatu a dostałem pięścią po mordzie. Jak to może być tak intensywne po takim czasie? Na pierwszym planie owoce, głównie śliwki, wiśnie i rodzynki oraz aromaty wina, chyba czerwonego. Co najdziwniejsze nie są one okiełznane i kojące lecz drapieżne jak jakiś rozjuszony Polak na niemieckim boisku (red. Piątka Lewego). Dosłownie fetish love story… chcę więcej. Zaraz na drugim planie mamy orzechowo-karmelową słodowość, która próbuje wprowadzić chociaż odrobinę spokoju. Po ogrzaniu wychodzi też trochę czekolady ale wraz z nią pojawia się odrobina rozpuszczalnika niestety.

Wziąłem pierwszy łyk i... znowu mnie biją, tym razem dostałem butem w twarz. W tym leżaku dzieją się naprawdę dziwne rzeczy. Czekolada, śliwki, wiśnie, czerwone wino i czasami nawet porzeczki! W idealnie dobranych proporcjach muszę dodać. Każdy ze smaczków działa z innymi w harmonii tylko, że zamiast koić podniebienie wbija się w nie jak jakaś igła. Najdziwniejsze jest to, że zaczyna mi się to powoli podobać. Wszystko na słodkiej (ale bez przesadyzmów) podbudowie słodowej kojarzącej się z lukrecją. Z pomocą przychodzi na szczęście goryczka, idealna, w punkt wręcz. Zdaje się krzyczeć "Stop!" ... i wszystko cichnie. W końcu pojawia się leniwy finisz pod postacią czarnej kawy z cukrem, takiej umiarkowanej i kojącej w pewnym sensie. Wysycenie bardzo niskie a treściwość na porządnym, wysokim poziomie. Fajnie oblepia całą drogę swojej wędrówki od czubka języka po przełyk. Bardzo dziwny efekt leżakowania muszę przyznać, nie spodziewałem się, że corneliusowy porter stanie się tak drapieżny i przez to ciekawy. Niby oczekiwałem leniwego, ułożonego i złożonego trunku, ale jakoś ta wersja też przypadła mi do gustu. A jak przyjemnie rozgrzewa!


Już na samym początku Albercik trochę mi podpadł. To od niego zaczęła się moja droga przez mękę (czytaj choroba), która ciągnie się po dziś dzień... z małą przerwą na wyrwanie zęba. Dodajmy do tego chodzenie do pracy (bo przecież prawdziwy korpo ludek nie pójdzie do lekarza po L4) i mamy niekończącą się opowieść o bólu gardła i lejącej się wody z nosa.

Wracając do piwa, browar Wąsosz powinien częściej pojawiać się na blogu z wiadomych, wąsatych przyczyn. Niestety ciężko go dostać w moich okolicach (prawie tak jak dobre przystrzyżenie brody). Ku mojemu zdziwieniu Albercik pojawił się jednak w pobliskim InterMarche wraz ze swoim kolegą Stevem, całkiem dobrym american lagerem muszę nadmienić.


Musicie mi wybaczyć wybór szkła, nie piłem u siebie a u kumpla, który nawet dobrą whisky pije z Colą. To była jego jedyna szklanka do piwa. Projekt etykiet piw z wąsem przypadł mi do gustu, jest prosty i wystarczająco unikalny aby się wyróżniać, każdy styl ma inny typ zarostu podnosowego. Średnio podoba mi się użycie odblaskowego materiału ale jakoś to przeboleje. Kolor piwa to trochę wyblakła pomarańcza o lekkim zmętnieniu. Piana praktycznie żadna, ciężko się tworzy (nawet mocno wymuszona) i znika w zastraszającym tempie. Pozostawia coś w rodzaju błony połączonej z cholernie niską koronką. Coś mnie to weizena nie przypomina przez tą pianę...


Aromat, jak na wąsatego przedstawiciela przystało, okazał się być bujny i wyraźny. Mega mocna cytrusowość atakuje za każdym razem aż po ostatni łyk. Soczysta cytryna wspomagana delikatnie przez słodką mandarynkę to według mnie o wiele lepszy zapach niż jakiekolwiek tropiki. Gdzieś w oddali znalazło się nawet lekkie, zbożowe dopełnienie. Ktoś może się czepiać, że za dużo tych chmieli a za mało pszenicy (o goździku nawet nie wspomnę) i musiałbym się z nim zgodzić, ale... Albercik tak cholernie dobrze pachnie, że nie mam serca mu tego wypomnieć po prostu.

Po pierwszym łyku wiedziałem, że zaprzyjaźnię się z tym panem na dłużej. Wyobraźcie sobie piwo pszeniczne, jakiekolwiek. Ważne, żeby było dobre, średnio treściwe i mocno orzeźwiające. Już Wam ślinka cieknie? Dodajcie do tego cytrynowe uderzenie dobroci i wyjdzie wam Albert. Podstawą jest pszenica wraz z dobrze dobranymi proporcjami goździka i banana. Z początku wydaje się dość słodkie ale nie przejmujcie się. Z pomocą przychodzi cytrusowość, która wszystko wyrównuje i pomnaża odczucie orzeźwienia. Goryczka niska, wyczuwalna, na swoim miejscu można rzec. Jej żywiczny profil idealnie pasuje do całości. Finisz to już praktycznie sama cytryna z bardzo delikatnym żywicznym zacięciem. Jest intensywny i krótki co tylko pobudza w człowieku chęć sięgnięcia po kolejny łyk. Mocno wysycone, orzeźwiające i cholernie pijalne piwo, lekko kwaskowate w dodatku. Puryści mogą się przyczepić, że za dużo tych szyszek ale ja już się przyzwyczaiłem do tego, że polski craft nie potrafi się powstrzymać gdy na butelce znajduje się słowo "american".  Szkoda, że okres na ten i podobne mu style powoli się kończy. 

Tak wiem, mój skill photoshopa zadziwia każdego.
Zaczynamy z grubej rury czyli od wpisu Michała na blogu Piwny Garaż. Tak jak dotychczas był to bardziej temat wewnętrzny, dyskutowany głównie w gronie piwnych blogerów tak teraz został on wyciągnięty na światło dziennie jak jakiś bandyta z Saloonu w Colorado. Nie muszę Wam chyba uświadamiać, kto mógł być zapalnikiem do stworzenia tego tekstu? Sam ostatnio się zdobyłem na spróbowanie piwa z browaru zamieszanego poniekąd w tę sprawę i chcąc nie chcąc muszę stanąć po stronie Michała w tym sporze. Nie ważne jak byśmy próbowali zakłamać rzeczywistość pieniądze zawsze będą miały wpływ na ocenę, choćby przez chęć zamaskowania wad czy zwykłych niedociągnięć w produkcie. Gdzieś z tyłu głowy zawsze będzie taki mały chochlik, który będzie nam mówił "No daj spokój! Przecież zapłacili!". Rozwiązanie jest według mnie proste, informacja o płatnej współpracy we wpisie/video powinna wystarczyć. W USA zaczęli z tym walczyć ostatnio. Dobrym przykładem jest kara nałożona na znany kanał youtubowski Machinima, który nie zaznaczył w widoczny dla każdego sposób, że jego recenzje związane z bodajże Xboxem One są sponsorowane przez Microsoft. Acha, nie bójcie się. Jak mi ktoś zapłaci złotóweczki za degustację to nie omieszkam Was o tym poinformować w pierwszym akapicie.

Bardzo dawno nie robiłem degustacji na spokojnie, przed kompem i bez notesu. Uwielbiam zabierać piwo na dwór, chyba muszę mieć jakąś niechęć do picia w domu przez jedne z pierwszych degustacji na blogu. Wtedy, prawie zawsze, tłem do zdjęć było albo okno w kuchni albo fioletowa ściana w pokoju.

Chcąc dziś zabrać Piotrka na zewnątrz zobaczyłem dziwną i złowieszczo wyglądającą chmurę, z której po paru minutach zaczęły wydobywać się grzmoty. Wróciłem do domu jak najszybciej. Załączyłem najnowszą płytę Iron Maiden (ostatni raz słuchałem ich nałogowo chyba w 2000 roku), zapaliłem lampkę na biurku i zacząłem się modlić, aby mój aparat nie odwalił jakiegoś focha z racji tak małej ilości światła.



Pierwsza rzecz, którą warto zanotować to inny nadruk na kapslu. Stary możemy zaobserwować np przy Grodziskim z tej samej serii. Jako, że wolę minimalizm bardziej przypadł mi do gustu ten stary. Nowy... ujdzie. Etykieta ta sama co przy grodziskim tylko, że zielona i bardziej oczojebcza przez pewnego rodzaju metaliczny nadruk. Piwo nalewa się z bujną, zbitą i całkiem przyjemną dla oka pianą. Żywot jej średni ale fajnie zdobi szkło. Kolor trunku to coś pomiędzy złotem a miedzią, lekko zamglone.


Jedno trzeba przyznać zielonemu Piotrkowi, ma cholernie wytrzymały i wystarczająco intensywny aromat. Prym wiodą słody w postaci ciasteczek wraz z nektarem kwiatowym. Całość dopełniają lekkie przyprawy i owoce, głównie pomarańcza. Jedynym minusem jest delikatny rozpuszczalnik ale większość z Was go nawet nie poczuje zapewne bo jest on wręcz marginalny.

W ustach duże zaskoczenie, piwo wydaje się kremowe, lepkie wręcz. Jest jednak lekkie i średnio treściwe. Pije się je całkiem szybko i z przyjemnością. Jest słodowo, herbatniki i delikatne tosty to najbardziej trafne skojarzenia. Zaraz za słodami skrada się pieprz i subtelna (ale zauważalna) owocowść w postaci pomarańczy. Szlachetna goryczka, niska ale wyraźna, dobrze współgra z przyprawami. Bardziej słodkie na początku z lekko wytrawnym finiszem. Ten z początku przypominał mi trochę ziemiste smaczki ale po paru łykach przybrał postać orzechów ze specyficznym posmakiem pozostającym na języku. Nagazowanie średnie, wręcz w punkt można rzec. Piwo cholernie dobrze mi podeszło, może i jest trochę za bardzo słodowe a za mało owocowe ale jakoś mi to nie przeszkadza.


Na pewno większość z Was zna gównoburzę, która trzyma się Doctor Brew już jakiś czas i nie chce ich zostawić w spokoju. Sprawa, zwyczajowo przeze mnie nazwana „Kopyr vs reszta blogerów” obiła się chyba każdemu o uszy. W skrócie chodzi o to, że Tomek ocenia zazwyczaj dość dobrze piwa z w/w browaru a większość pozostałych blogerów jedzie po nich jak po burej… no.

Dodajmy do tego fakt, iż Pan Kopyra degustuje owe piwa we współpracy z browarem i mamy piękny hejt wprost z najczarniejszych zakątków internetu. Ja się wypowiadać nie będę co do owego sponsoringu, a przynajmniej nie na trzeźwo. Biorąc pod uwagę moje wpisy na blogu nie podpadli mi za bardzo a ich premierowa Molly IPA była wręcz wyśmienita... tylko ile to miesięcy temu było. Natrafiłem na parę wpadek ale głównie przy okazji pub crawla, np podczas WFDP. Trzeba jednak dorosnąć i stawić czoło prawdziwym problemom polskiego craftu. Sprawdźmy więc dzisiaj kto tak naprawdę potrzebuje leczenia.


Etykieta jakoś nieszczególnie zachwyca, ale też nie odstrasza. Nie wiem co ma ten malunek oznaczać (zapewne nic), ale Doktorzy już nas zdążyli przyzwyczaić do tego szablonu na ciemnym tle więc powiedzmy, że jest ok. Jeżeli chodzi o sam wygląd piwa mam dość mieszane uczucia. Piana tworzy się skąpa i nie potrafi się utrzymać przy życiu. Kolor też jakiś taki… niby widać czerwonawe refleksy pod światło ale całość jest cholernie mętna i bardziej niż miedź przypomina błoto. Dałem piwu czas na odstanie więc tym bardziej mnie to dziwi.


Zacznijmy jak zwykle od aromatu. Intensywnością nie grzeszy, można mu nawet zarzucić, że jest dość słabo wyczuwalny. Tyle dobrze, że nie znika całkowicie po trzech łykach. Na pierwszym planie... Ameryka, tropiki i to dość słodkawe. Potem mamy długo, długo nic aż w końcu pojawiają się resztki mlecznej czekolady. Tyle z wątpliwych plusów bowiem do wesołej gromadki dołączają lakier do paznokci i cholernie sztuczna słodycz, coś jak obrzydliwe cukierki po taniości. Martwi mnie ten aromat. Pomijając wady jest on zwyczajnie w świecie chmielowy a nie o to chodzi w tym stylu przecie. 

W smaku jest… cholernie płytkie i jednowymiarowe. To coś ma niby 16% ekstraktu? Nie rozśmieszajcie mnie. Uczucie wodnistości pojawia się praktycznie na każdym etapie picia. Jednoznacznie kojarzy mi się z rozwodnioną Colą (przez specyficzną, powiedzmy, że karmelową słodycz) z dodatkiem taniego wyrobu czekoladopodobnego. Co ja piję do cholery?! Goryczka znikoma, pestkowa, mimo słabej intensywności odpychająca. Finisz to już mokra szmata do ścierania podłogi. Całość jest przegazowana i zadziwiająco cierpka… To piwo jest straszne, nudne i obrzydliwe zarazem. Długo się zastanawiałem nad sensem wrzucania go na bloga bo dołączę w ten sposób do całego grona doktorowych hejterów. Większości nie podobało się to, że bardziej przypominało black IPA ale ja bym taki stan rzeczy przyjął w tym momencie z otwartymi ramionami. Na koniec postanowiłem sprawdzić oceny na Ratebeer i jeszcze bardziej się zdziwiłem... może jednak miałem felerną butelkę po prostu?


Kiedyś ktoś mi powiedział, że jeżeli masz lustro (lustrzankę cyfrową) i dobry obiektyw (powiedzmy jakąś Lkę od Canona) to nawet zdjęcie z psimi odchodami na trawie może być uważane za sztukę i jakiś rodzaj wyrażenia siebie przez samozwańczego artystę. Jeżeli dołożymy do tego przesłonę taką, że nam bookeh  (rozmyte tło) wydłubie oczy to może to i nawet być tzw money shot. Coś w tym jest, szczególnie przy dzisiejszej hipsteriadzie dużych miast, gdzie gardzą wszystkimi którzy nie mają lustra, i to koniecznie takiego za parę tysi w złotówkach.


Trzecie picie (leżakowany):

Takie chwile powinny cieszyć każdego piwosza. W końcu może wyjąć z piwnicy piwo, na które czekał półtora roku... i o dziwo nie mam na myśli portera. Jeżeli dobrze pamiętam Komesy z browaru Fortuna były pierwszymi na rynku, które jawnie zalecały leżakowanie swoich trzech specjałów. Portera już sprawdziliśmy, jak wypadnie ich tripel?

Key Largo, tak jak większość piw browaru Raduga ostatnio, wpadł w moje ręce przy okazji odwiedzin Ducha Craftu w Tesco. Dziwna sprawa ogólnie bo gdy do marketu trafiają nowe piwa rzemieślnicze są one zazwyczaj z jednego, konkretnego browaru. Mnie martwi jednak coś innego...

Mianowicie poważny problem logistyczny, i to nie tylko w placówce w moim mieście. Podczas gdy alejka z piwami jest wręcz zalana koncernami (gdzieniegdzie wychylają się piwa regionalne typu Ciechan czy Amber) nie ma w niej miejsca na prawdziwe piwo. Ostatnio widziałem craftowców wystawionych na półki zaraz przy zabawkach dla dzieci... po drugiej stronie marketu. Jakby Tesco kompletnie nie zależało na sprzedaży piw segmentu premium. Wystarczyłoby zmniejszyć o połowę miejsce przeznaczone dla Harnasi i innych, jeszcze gorszych mózgotrzepów i wystawić tam taką Radugę czy Pintę. Uwierzcie mi wcale nie jest im potrzebna taka ilość zapasów. Czasami mam wrażenie, że ustawiają to tak tylko po to, aby uzupełniać je raz na tydzień (ze swoich stanów magazynowych). Nie raz słyszałem od znajomych, że w ich wielkim mieście jakim jest Zielona Góra nie ma craftu w marketach. Kto o zdrowych zmysłach pójdzie sprawdzić półki koło działu zabawek? Get your shit together Tesco.


Skończmy narzekania i porozmawiajmy o piwie. Etykieta trzyma poziom piw Radugi ale czegoś mi na niej brakuje... właśnie! Gdzie jest panna z obrazka? Jakoś bez niej całość wydaje się pusta i smutna. Tak jak piana która nalewa się sporawa ale z dość dużymi bąblami i krótkim żywotem. Na pocieszenie pozostawia słaby kożuch i delikatny lacing. Kolorek z początku wydawał się czarny, nieprzejrzysty. Przy dłuższym zapoznaniu, pod pewnym kątem w dodatku, dało się jednak zauważyć rubinowe refleksy. Jeżeli mnie wzrok nie mylił było też całkiem klarowne.


Aromat jest bardzo dziwny… przyznam się szczerze, że jeszcze się z takim nie spotkałem w stoucie. Chodzi głównie o to, że czuć wyłącznie… owsiankę. Nie ma ani palonych ani czekoladowych nut (że o kawie nie wspomnę). Sama owsianka, świeżo przygotowana. Cynamon może i jest ale blisko granicy autosugestii. Czy jest to zły aromat? Niekoniecznie. Czy przypomina stout? W ogóle. Intensywnością też jakoś nie grzeszy.

W smaku na szczęście jest o wiele lepsze. Na pierwszym planie mocna, gorzka czekolada i wtórująca jej paloność. „Gorzka” jest tu słowem klucz bo jest to jeden z wytrawniejszych stoutów jakie piłem (a już szczególnie ich owsiankowych odpowiedników). W pewnym momencie wchodzi stanowcza i mocna jak na ten styl goryczka ale jej ziemiste harce kończą się dość gwałtownie. Finisz to już kawa zbożowa i delikatna owsianka, które według mnie są idealnym zakończeniem każdego łyku. Cynamon wychodzi dopiero po mocnym ogrzaniu i pojawia się na chwilę w momencie gdy piwo ląduje na języku. Żeby nie było za dobrze wraz z nim pojawia się też lekki, ale kompletnie niepotrzebny alkohol przy finiszu. Dużym minusem jest odczucie w ustach, nagazowane to za mocno i nie ma tej aksamitności, do której przyzwyczaiły mnie inne oatmeal stouty. Mimo tego piło się okej i bez większych grymasów na twarzy.


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com