Śledź mnie na:

Deszcz, Słońce, Piwo - VI Wrocławski Festiwal Dobrego Piwa (2015)



By  Patryk Piechocki     5.5.15    Tagi:,,, 

Tak, znowu nadszedł ten okres gdy jako jedyny w robocie biorę urlop dwutygodniowy ku zdziwieniu znajomych z pracy (tych samych, co roku). Mnie osobiście dziwi fakt, że rzadko który Polak rozumie, że urlop nie musi koniecznie wiązać się z okresem wakacyjnym... ale my nie o tym.

Wrocław! Miasto spotkań i tym podobne. Jakoś tak dziwnie upodobałem je sobie wybierając kierunek stricte piwny przez ostatnie lata. Do Warszawy na festiwal za daleko, do Poznania... nigdy nie mogę się wstrzelić z wolnym terminem. A Wrocek? Wpasowuje się idealnie, mimo zmienionej lekko daty. W tym roku był to okres majówkowy. Mając na uwadze rzeczy, które działy się rok temu byłem, lekko mówiąc, zaniepokojony czy organizatorzy podołają. Wiecie co? Podołali, zacznijmy jednak od początku.

Dzień pierwszy, z dużej chmury mały deszcz.



Postanowiłem przyjechać dwa dni wcześniej, wraz z kumplami chcieliśmy wybrać się do Świeradowa na rowery, o całej wyprawie napisałem tutaj. Mimo ogromnego wysiłku pozostawionego w górach czułem się całkiem spoko w piątek, może jednak ma człowiek jakąś tam kondycję. Coś koło południa wskoczyliśmy w komunikacje miejską i mimo deszczu z entuzjazmem przekroczyliśmy bramki stadionu. Czemu? Wiedzieliśmy, że przez tą pogodę na pewno nie będzie dużo ludzi. Miejsc wolnych było dużo, długo nam nie zajęło znalezienie wolnego i co najważniejsze suchego stolika dla paru osób.


Pierwszym browarem, który odwiedziliśmy był Artezan. Bez wahania zakupiłem ich fikuśne szkło i nalałem sobie do niego Ostatni Projekt (o którym później). Siedząc tak i sącząc ten żytni porter stwierdziłem, że ludzie jednak są wytrwali. Nie raz widziałem jegomościa, który stał na deszczu cierpliwie dowiadując się od piwowarów (skrytych w swoich suchych, powiedzmy, stoiskach) informacji o danym piwie.



Niebo zaczęło się przejaśniać, zwiastunem nadchodzącej katastrofy były tramwaje wypchane do granic możliwości. Ubiegłoroczna porażka jednak nie nadeszła... zwiększenie powierzchni, na której mogły wystawiać się browary i sklepy bardzo pomogło, dodanie o wiele większej ilości ławek także. Nie było też tej dziwnej dysproporcji pomiędzy stoiskami z piwem a tymi z jedzeniem. Wszystko wydawało się być na swoim miejscu, płukarek też było dość. Jedyny problem to wieczna kolejka przy bankomacie ale to można bardzo szybko naprawić za rok (dokładając ze dwa). W pewnym momencie poszedłem ze znajomą obejść stoiska, chciała zrobić sobie zapasy piw, których raczej nie kupi w sklepie. Znam jej gust więc poszło zgrabnie i szybko a i sam szukałem upragnionego Hamburga. Może Was to zadziwić ale koło 14:00 nie mieli tego unikatowego szkła na żadnym stoisku. Gdy już zamierzałem się poddać zobaczyłem owego szklanego Grala przy budce z logo... Chmielarium. Kto by się spodziewał? Wypiliśmy jeszcze po dwa (chyba) piwa każdy (w tym bardzo dobre Hard Bride, dzięki Michał!), szybko sprawdziliśmy płytę boiska i hops w drogę powrotną. W końcu na wieczór umówiliśmy się w Browarze Stu Mostów.

Dzień drugi, pub crawl.

No dobra, może nie od razu drugi dzień. Pierwsze piwo to wspomniany już wcześniej Ostatni Projekt Artezana. Uwielbiam portery, kocham żytnie, co może pójść nie tak? Ano nic, bardzo przyjemny i donośny aromat to tylko początek. Jest zbożowo, czekoladowo i kawowo z lekką nutką wanilii. W smaku cholernie pijalne, "muszę koniecznie zajść po dolewkę!" pomyślałem. Treściwość idealna, wydaje się wręcz aksamitne w ustach (ale oleiste zarazem przez żyto). Znowu czekolada, kawa i wanilia ale tym razem z o wiele bardziej wyrazistym żytem i typową dla niego kwaskowatością. Lekko prażone co tylko potęguje skojarzenia ze stoutem. Nie ważne, pije się wyśmienicie i czepiać się nazwy nie zamierzam.

Drugie piwo to Nigredo czyli Chocolate Mint Foreign Extra Stout, tak tak, dobrze przeczytaliście. Jak się tak dobrze zastanowić to mięta rzeczywiście ma szansę zagrać w stoucie. Czy tak się stało? No pewnie! Średnio intensywny ale za to wyraźny aromat czekolady z miętą i aloesem (to już moje prywatne skojarzenia), w dodatku leciuteńko prażony. Szkoda, że nie bucha trochę mocniej. W smaku za to bardziej stanowcze, gorzka czekolada urosła w siłę i zabrała trochę pola mięcie. Prażoność też lekko podskoczyła. Kawa bardziej w domyśle ale całość i tak gra niesamowicie. Dość aksamitne, wytrawne, nisko wysycone. Bardzo dobre.

Na drugi dzień postanowiliśmy, brzydko mówiąc, olać festiwal i oprócz opierniczania się w domu (i grillowania na tarasie) wyskoczyć do multitapów. Pierwszy na naszej drodze pojawił się pub Włodkowica 21 gdzie szczerze mówiąc nie mieliśmy dużego wyboru. Dużo czeskich lagerów, ip-srip (mimo wielkiego szyldu Doctor Brew na ścianie żadnego z ich wyrobów nie było) i jedno piwo dymione, które wybrałem. Górnik z Browaru Miedzianka to bliżej nieokreślone piwo ciemne, dymione. Intensywny aromat, wędzoność, taka szynkowa. Szkoda że nic poza tym. Jak to mój kumpel określił "kanapka z szynką". W smaku z początku myślałem, że może to być jakiś słabszy porter ale po trzecim łyku zwątpiłem. Znowu ta wędzonka, dość przyjemna trzeba jej przyznać ale w akompaniamencie masełka. Goryczki żadnej, finisz dość mocno wodnisty. Zapowiadało się dobrze a skończyło wręcz tragicznie. Żeby było śmiesznie kumpel wziął jakiegoś lagera z Hendrycha, który smakował jak mokra szmata z kanalizą. Uciekamy!

Parę kroków dalej i jesteśmy w ZUPie. Patrząc na krany znowu same ipy-sripy... wziąłem więc tę najbardziej intrygującą czyli Saxy Berry od Doktorków. Wojna była niemiłosierna o to piwo, jedni wychwalali a inni szydzili. Chciałem się sam przekonać i powiem Wam szczerze była to najgorsza decyzja w moim życiu. Aromat likierowy, jakaś taka jagoda w mydle... w smaku jeszcze gorzej. Trochę gumy balonowej, trochę dziwnej chemii łazienkowej. Z początku wydawało się intrygujące ale bardzo szybko zmysły wychwyciły to oszustwo, męczące jak cholera. Najprościej byłoby je nazwać słabą nalewką w plastiku o smaku owoców leśnych. Inne określenie podpowiedział mi kumpel: "likier z tanich czekoladek". Jak się cieszę że postanowiłem dziś zamawiać mniejsze porcje piwa.

Kolejnym i ostatnim już przystankiem była Szynkarnia. Zamówiłem kolaboracyjną nowość od Pracowni Piwa i browaru SzałPiw czyli  nr 5. Fajnie byłoby zakończyć wieczór dobrym stoutem, i to w dodatku pieprzowym. Właśnie... byłoby. Aromat praktycznie nieistniejący, gdzieś walają się nuty stoutowe ale to chyba w granicach autosugestii. W smaku cholernie płytkie, wytrawne, w skrócie zwykły stout bez szału. Trochę popiołu, trochę gorzkiej czekolady, pieprzu praktycznie nie ma. Dopiero po wypiciu całości coś mnie zaczęło drażnić ale to już jest koniec, nie ma już nic.

Zamówiłem sobie podpłomyka co by jakoś poprawić sobie humor i zapiłem całkiem przyjemnym Mandarinem z browaru Kingpin. O nim jednak zrobimy oddzielny wpis (zakupiłem butelkę). Na koniec wszyscy byliśmy zgodni, Amerykanie (ze swoim chmielem) dalej trzymają w ryzach polskie multitapy a takim ludziom jak my ciężko jest wypić z kranu cokolwiek innego, no bo przecież ile można pić te ipy-sripy? Do domu wróciliśmy na piechotę, jakieś 8 kilometrów. Zdążyłem kompletnie wytrzeźwieć więc położyłem się spać cholernie niezadowolony z wcześniej wydanych pieniędzy.

Dzień trzeci, wegetacja festiwali... czy oby na pewno?



Jest takie przekonanie, że festiwale piwne, które trwają trzy dni powinny tak naprawdę trwać dwa. Sam się kiedyś przekonałem, że w ostatni dzień nie dość, że piwa brakuje to i sami wystawcy olewają czasami i zamykają się kompletnie przed klientami. Nic takiego się nie stało w tym roku. Gdy wyjeżdżając z Wrocławia postanowiłem zajechać jeszcze raz na stadion ujrzałem tętniący życiem plac (i co najlepsze pełny piwa). Można się kłócić czy to dobrze, w końcu browary mogły nie sprzedać wszystkiego. Jako konsument jednak uważam to za plus.



Było widać zmęczenie na twarzach obsługi/wystawców/kelnerek/piwowarów ale trzymali się dzielnie. Na pewno na ich samopoczucie zadziałała także pogoda, która przez 2/3 całego eventu była wręcz wyśmienita. Tak samo jak stoiska, tanie budki z ziemniakiem za 7zł to był margines. AleBrowar przyjechał ze swoim jakże pięknym monstrum a i inni nie ustępowali, np Perun. Oni rozumieją, że to nie jest już zwykły biesiadny festiwal rodzinny lecz prawdziwy bastion piwnej rewolucji. A ta, jak wiemy, nie tylko smakuje ale także wygląda unikatowo.


Ktoś to biedne, poturbowane szkło zostawił na pastwę losu.

Zakupiłem jeszcze jedno szkło, parę piw (w tym jakże chwalony Porter Bałtycki Wędzony z Gościszewa) i udałem się do domu z wielkim uśmiechem na ustach. Oczywiście mogłem coś Wam napisać o jakże wyśmiewanej strefie "tylko dla blogerów" ale... po co. Nie byłem, nie interesowałem się. Tak samo jak muzyką, której scenę przenieśli na niższy poziom na trawkę (według mnie bardzo dobry pomysł). Scena kulinarno-wykładowa na tym samym miejscu co ostatnio (czyli na uboczu), według mnie powinni ją przenieść na sam środek imprezy. Na pewno byłoby wtedy o wiele większe zainteresowanie. Cały festiwal na pewno należy zaliczyć do udanych, wiele wpadek z zeszłego roku zostało naprawionych i stadion obronił się nawet przez głodnymi piwa Januszami majówkowymi. Piw było dużo, choć można się spierać o to czy browary nie olały przypadkiem WFDP zbytnio (np ilością piwnych premier w porównaniu do Warszawy czy Beer Geek Madness). Niech każdy jednak sam oceni, mi się podobało. Pewnie inaczej bym pisał gdybym spędził tam całe trzy dni ale... Wrocław to nie tylko stadion.

Patryk Piechocki

Podobał Ci się ten wpis? Podziel się nim ze znajomymi. Dzięki temu uświadomisz innym, że piwo nie kończy się na lagerach a i mi pomożesz w szerzeniu kraftowej kultury. Walczmy z koncernową niewiedzą, każdy z nas może być Rycerzem Ducha Kraftu! Pamiętaj też, że piwo kraftowe zmienia się i każda kolejna warka może inaczej smakować.

9 komentarzy:

  1. Patryk dostałes pokal z Grodziskiego od Kopyra?
    A Kubusiowi się dostało...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nah, byłem bardziej jako gość a nie bloger. W sumie to z blogerów widziałem tylko Bartka i to z daleka.

      Usuń
  2. No przeca jak zapraszają blogerów dlaczego omineli Ciebie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ominęli, zapraszali ale z moim grafikiem nie mógłbym zostać nawet na live bloging więc odmówiłem grzecznie ;)

      Usuń
  3. W stolycy ludzi wypompowali się z kasy ,Wrocek termin długi week a birofillia w żywcu padła…?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Padła, ale powstał za to nowy festiwal Hevelka w Gdańsku.

      Usuń
    2. Podczas WFDP nie zauważyłem ludzi wypompowanych z kasy. Wypompowany mógł się czuć bankomat:)

      Usuń
  4. Właśnie czytaliśmy u Ciebie i się wybieramy;)

    OdpowiedzUsuń
  5. To blogowanie na żywo wypadło lipnie.
    Siedziałem 2 rzędy od blogierskich stolików a i tak trudno było wyłapać o czym nawijają.
    Akustyka stadionu nie sprzyja takim akcjom.
    Mała jak na WFDP liczba premier była spowodowana tym że browarom trudno było się przygotować do dwóch wielkich festiwali następujących po sobie w tygodniowym odstępie.

    OdpowiedzUsuń


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com