Śledź mnie na:

Pijany Rowerzysta: Kwas Delta (Pinta)



By  Patryk Piechocki     30.12.15    Tagi:,,,,, 

Jezus Maria... jak co roku człowiek ma problem z poświątecznym stanem zwanym potocznie obżarstwem naturalnym. No bo kto o zdrowych zmysłach odmówi kolejnej porcji pierogów, nie wspominając już nawet o karpiu? Może i znalazłyby się takie osoby, ale według mnie patriotyzm w nich za duży nie drzemie.

Jam oczywiście wybitny patriota więc do jakiegokolwiek spalania kalorii zmusiłem się dopiero w sobotę. Łatwo nie było co widać po czasach i odległości przejechanej na rowerze. W dodatku wiało jak cholera, ale plusem na pewno było to, że wykorzystałem ostatni ciepły weekend tej zimy. 3 dni później i mamy mrozy... w dzień. Nie żebym narzekał, w końcu całe zło pod postacią bakterii i robactwa wymrze jak to powinno się dziać co roku. Co tym razem w słuchawkach? Darcie mordy stylizowane na Periphery czyli I Am King - Alpha.


Szczerze mówiąc nie chciałem zabierać ze sobą piwa. W końcu w piwnicy same RiSy, które za sprawą samego woltażu nie nadają się na jazdę rowerową. Przypomniałem sobie jednak, że posiadam zaległą butelkę ostatniego kwasu od browaru Pinta. 3% alkoholu to nie dużo, nawet na taką pogodę. Musiałem tylko znaleźć jakieś spokojne miejsce bez wiatru, który szalał jak mógł i zatrzymywał mnie czasami nawet gdy jechałem z górki.




Zazwyczaj spokojne jezioro Niesłysz nie bardzo radziło sobie z żywiołem wyrzucając wszystko co popadnie na brzeg. Nie pamiętam kiedy ostatni raz widziałem takie fale na tym moim ulubionym bajorku. O spadających gałęziach nawet nie będę wspominał.




Wszelakie ptactwo wodne miało jednak gdzieś warunki pogodowe. Gdy zajechałem na pomost jednego z ośrodków zobaczyłem multum czarnych kaczek i parę łabędzi. Miały w kuprach fakt, że fale miotają nimi jak szatan i spokojnie nurkowały sobie co chwilę, w przerwach pomiędzy czyszczeniem piór.



Pedałowało się bardzo ciężko, możecie mi wierzyć. Żeby nie zrobić nawet 30 kilometrów? Toż to zniewaga dla Ducha Kolarstwa wszelakiego. Niestety po świętach czułem się na siodełku jak nadęta bańka... i jak ta ociężała lokomotywa stękałem przy każdym większym podjeździe. Dlatego zrobiłem sobie mały skrót przez dawną ubojnie i dzięki temu znalazłem to cacko (poniżej). Aż mi się żal zrobiło, że ktoś taką maszynę pozostawił bez opieki...




Piwo otworzyłem jakoś pośrodku lasu. Drzewa trochę ochroniły mnie przed wiatrem a i dość równo wycięty pieniek posłużył za całkiem zacny stolik. W trakcie beztroskiego siorbania piwa minęło mnie 4 rowerzystów, widziałem na ich twarzach zazdrość i chęć skosztowania, ale jakoś żaden nie miał odwagi podjechać i się spytać. No cóż, kolejna samodzielna alkoholizacja za mną.



Już nie wiem jaki efekt Pinta chce uzyskać swoimi etykietami. Raz dają na nich grafikę, która jakoś tam pasuje do danego piwa a innym razem... cholera wie co to ma być. Tyle dobrze, że trzymają się swojego stylu. Samo piwo wygląda za to bardzo fajnie, jest czarne, bez widocznych prześwitów. Klarowności pewien nie jestem, ale wydaje mi się, że było lekko zmętnione. Piana z początku dość wysoka jak na kwas i nawet po części drobnopęcherzykowa. Niestety nie wytrzymała naporu wiatru i bardzo szybko opadła.


Przy pierwszych niuchu poczułem się jakbym znowu pił Kwas Beta. Na szczęście już drugie pociągnięcie nosem zweryfikowało aromat. Kwaśne mleko, kefir, czysty bakteryjny kwas po prostu. Spodziewałem się jakichś nut palonych z racji koloru, ale takowych nie wyczułem. Jak narazie jest tak jak browar chciał, czyli piwo ciemne, które... jest jasne.

W smaku, tak jak przy każdym kwasie pintowskim, od razu wyczuwa się lekkość i orzeźwienie. W tym przypadku pijalność dodatkowo potęguje wysokie wysycenie. Niech mi ktoś jeszcze raz powie, że kwasy nie nadają się na rower jako idealny zamiennik grodziskiego to go zdzielę w nos. Typowy dla bakterii kwasek skaczę po języku aż miło. Co najdziwniejsze zmienia on postać przy każdym łyku, raz jest cytryną wykrzywiającą usta a drugi raz przypomina bardziej zsiadłe mleko. O dziwo pojawia się też jakaś podbudowa słodowa... jakby chlebowa? Bardzo lekka, dopełniająca i według mnie idealnie wkomponowana w całość. Goryczki jako takiej nie wyczuwam, kwas bierze wszystko. Na finiszu chlebowość przybiera delikatnie na sile, ale to cytryna dominuję i pozostawia po sobie lekki posmak w ustach. Cholernie dobre, szczególnie przy wysiłku rowerowym, piwo. Czarny kolor można nazwać zwykłym chwytem marketingowym, ale chyba o to właśnie chodziło panom z Pinty.

----------

Styl: Berliner Schwarze
Alk: 3,0% obj.
Ekstrakt: 9,0°
IBU: 19
Skład: słody jęczmienne i pszeniczne (pilzneński, pszeniczny jasny, ekstrakt słodowy barwiący), chmiele (Hallertauer Mittelfrüh, Saaz), bakterie Lactobacillus Plantarum, drożdże Safale US-05.
Do spożycia: 19.05.2016

Patryk Piechocki

Podobał Ci się ten wpis? Podziel się nim ze znajomymi. Dzięki temu uświadomisz innym, że piwo nie kończy się na lagerach a i mi pomożesz w szerzeniu kraftowej kultury. Walczmy z koncernową niewiedzą, każdy z nas może być Rycerzem Ducha Kraftu! Pamiętaj też, że piwo kraftowe zmienia się i każda kolejna warka może inaczej smakować.

1 komentarz:

  1. Ja jednak uchwyciłem ciemne nuty słodoowe w aromacie. Dało to efekt kwasu chlebowego.

    OdpowiedzUsuń


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com