Śledź mnie na:

Porter Bałtycki (Cornelius) leżakowany



By  Patryk Piechocki     23.9.15    Tagi:,,,, 

Tak, to już ten okres w roku gdy zaczyna robić się chłodniej i puryści craftowi zaczynają wychodzić ze swoich jaskiń. Najlepszy czas dla tradycyjnych stylów piwnych (i ich craftowych wariacji). O przepraszam… myśleliście, że mam na myśli Oktoberfest? To niby święto picia piwa marcowego kosztującego 10 ojro za kufel litrowy? Za kogo Wy mnie macie?

Chodzi mi oczywiście o okres jesień-zima, czyli najlepszy czas na odstawienie wszelakich orzeźwiająco lekkich piw i zainteresowanie się czymś ciemniejszym i grubszym. Portery idealnie się wpasowują w tę kategorię, szczególnie takie leżakowane w piwnicy. Może się bowiem okazać, że taki gówniany koncerniak przerodzi się w całkiem przyjemne, ogrzewające piwo. Cornelius może i nie jest znienawidzonym molochem pokroju Carlsberga, ale ich produkty pozostawiają wiele do życzenia. Butelka, którą dzisiaj otworzyłem jest 14 miesięcy po terminie ważności. Czy coś to dało?



Jeżeli dobrze kojarzę browar zmienił wygląd swoich etykiety i butelek. Według mnie wyszło im to na dobre. Stare, czyli takie jak widzicie na zdjęciu, były dość wieśniackie i nie wyróżniały się niczym spośród innych regionalnych wyrobów tamtych czasów. Nowe są czytelniejsze i milsze dla oka, o nowoczesności nie wspomnę. Duży plus za dedykowane kapsle, każdy styl ma swój własny. W szkle piwo jest czarne jak węgiel, wydaję się też być klarowne. Zero przebić, dosłownie czarna dziura. Problemem jest piana, której krótko mówiąc nie uświadczyłem. Trzeba wziąć jednak poprawkę na wiek trunku i starać się wybaczyć tę wpadkę.


Spodziewałem się słabszego aromatu a dostałem pięścią po mordzie. Jak to może być tak intensywne po takim czasie? Na pierwszym planie owoce, głównie śliwki, wiśnie i rodzynki oraz aromaty wina, chyba czerwonego. Co najdziwniejsze nie są one okiełznane i kojące lecz drapieżne jak jakiś rozjuszony Polak na niemieckim boisku (red. Piątka Lewego). Dosłownie fetish love story… chcę więcej. Zaraz na drugim planie mamy orzechowo-karmelową słodowość, która próbuje wprowadzić chociaż odrobinę spokoju. Po ogrzaniu wychodzi też trochę czekolady ale wraz z nią pojawia się odrobina rozpuszczalnika niestety.

Wziąłem pierwszy łyk i... znowu mnie biją, tym razem dostałem butem w twarz. W tym leżaku dzieją się naprawdę dziwne rzeczy. Czekolada, śliwki, wiśnie, czerwone wino i czasami nawet porzeczki! W idealnie dobranych proporcjach muszę dodać. Każdy ze smaczków działa z innymi w harmonii tylko, że zamiast koić podniebienie wbija się w nie jak jakaś igła. Najdziwniejsze jest to, że zaczyna mi się to powoli podobać. Wszystko na słodkiej (ale bez przesadyzmów) podbudowie słodowej kojarzącej się z lukrecją. Z pomocą przychodzi na szczęście goryczka, idealna, w punkt wręcz. Zdaje się krzyczeć "Stop!" ... i wszystko cichnie. W końcu pojawia się leniwy finisz pod postacią czarnej kawy z cukrem, takiej umiarkowanej i kojącej w pewnym sensie. Wysycenie bardzo niskie a treściwość na porządnym, wysokim poziomie. Fajnie oblepia całą drogę swojej wędrówki od czubka języka po przełyk. Bardzo dziwny efekt leżakowania muszę przyznać, nie spodziewałem się, że corneliusowy porter stanie się tak drapieżny i przez to ciekawy. Niby oczekiwałem leniwego, ułożonego i złożonego trunku, ale jakoś ta wersja też przypadła mi do gustu. A jak przyjemnie rozgrzewa!

Patryk Piechocki

Podobał Ci się ten wpis? Podziel się nim ze znajomymi. Dzięki temu uświadomisz innym, że piwo nie kończy się na lagerach a i mi pomożesz w szerzeniu kraftowej kultury. Walczmy z koncernową niewiedzą, każdy z nas może być Rycerzem Ducha Kraftu! Pamiętaj też, że piwo kraftowe zmienia się i każda kolejna warka może inaczej smakować.

2 komentarze:

  1. Zgadzam się z tym piszesz. Ja w lutym tego roku (w swoje n-te urodziny) otworzyłem wyleżakowanego Corneliusa (ponad 2 lata od rozlewu), ale mnie nie bili - związali mnie i rozjechali czołgiem! ;p
    Dla mnie był to najlepszy porter jaki w życiu piłem! Ever

    OdpowiedzUsuń
  2. Same here.
    Ogólnie Corneliusy zwykle wydawały mi się męcząco słodkie - niezłe na początku, jednak pod koniec flaszki już zamulające. Czasami trafia się warka bardziej wytrawna i palona, ale to nieczęsto. Cornelisua przeleżakowywałem w sumie trzykrotnie (bo czasami w Tesco są na promocji, więc kupuję kilka do piwnicy) i za każdym razem cios w szczękę - w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

    I nie jest to bynajmniej efekt placebo - bo moje ukochane portery (Warmiński, Komes, Łódź) po blisko dwuletnim przeterminowaniu aż tak nie rządziły - a zatem odpada autosugestia "O rany, tyle leżał w piwnicy, że musi mi smakować". Za to Cornelius (i stary Ciechan - co ciekawe - osiemnastka) był rewelacyjny.

    OdpowiedzUsuń


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com