Śledź mnie na:

Gałgan i Klasztorne (Haust) w butelce



By  Patryk Piechocki     8.4.15    Tagi:,,,,,, 

Jako że mieszkam nader blisko Zielonej Góry dość często bywam w browarze Haust. Większość ich piw piłem z kija i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu nie smakowały one niektórym z Was tak jak mi. Postanowiłem zbadać sprawę i mimo chęci i czasu nie usiadłem wygodnie przy barze tylko poprosiłem o nalanie piw do butelek, większość Waszych narzekań była właśnie przy wersjach na wynos.

Tak się pięknie zdarzyło, że mieli na kranach dwa trunki, których jeszcze nie próbowałem: premierowe Brown IPA i powracające Belgian Dubbel. Do budynku wparowałem wraz z przekręceniem kluczyka w drzwiach więc znowu będą gadać, że się menelstwo od samego otwarcia dobija... co zrobisz, z własnym hobby i nałogiem w jednym się nie walczy.

Gałgan:


Nie lubię gołych kapsli, moja korkowa tablica z resztą też. Ucieszyłem się gdy zobaczyłem, że zielonogórski browar ma w końcu swoje, powiedzmy, że firmowe. Jeżeli dobrze kojarzę są one malowane ręcznie i jest kilka różnych wzorów. Etykieta wydaje mi się jednak trochę... tania. Może i dobrze pasuje do nazwy ale jakoś tak... nie wiem, używanie wizerunku gremlina trochę zajeżdża mi tandetą. Kolor piwa wydaje mi się być czarny z rubinowymi refleksami. Gdybym miał się jednak sugerować nazwą mogłoby mi się przyśnić, że jest ono w kolorze cholernie ciemnego brązu. Piana niczym szczególnym nie zachwyca. Wysoka ale z dość sporymi pęcherzami opada w średnim tempie lekko zdobiąc ścianki szkła.


Gdy po raz pierwszy usłyszałem o Gałganie (przy barze z resztą) pomyślałem sobie: "orzechy w IPA?". Dziwnie to zabrzmiało muszę przyznać ale z błędu (?) wyprowadziła mnie barmanka zdaniem: "Orzechy? Nie nie, po prostu Brown IPA" ... W sumie nie wiem co to miało znaczyć bo dla mnie orzechowość jest oczywistą oczywistością w piwach typu brown. Jak jest tym razem? Dość dziwnie... jeżeli miałbym wywąchać styl w ślepym teście to za cholerę bym nie powiedział, że to IPA. Jest słodowo, dość słodko nawet. Czekolada wymieszana z karmelem to chyba najlepsze określenie. Intensywnością nie grzeszy ale jakoś specjalnie nie trzeba się natrudzić, żeby cokolwiek wyczuć. Na minus na pewno lekka gorzelnia, która pojawia się po ogrzaniu piwa. W smaku robi się jeszcze dziwniej bo po pierwszym łyku skojarzenia miałem bardziej stoutowe niż ipowe. Kawa, czekolada i nawet lekka prażoność rządzą całością i tylko czasami dają dojść do głosu specyficznej, pestkowej goryczce. Owe smaczki są jednak jakieś takie... obce, nieprawdziwe. Po dłuższym obcowaniu skojarzyłem co to za smak, ewidentnie spalony jęczmień po prostu. Wytrawne, kompletne zaprzeczenie aromatu. Na szczęście po gorzelni ani śladu. Finisz dość wodnisty, wysycenie za wysokie. Chaos jak przy jakiejś średniowiecznej bitwie.


Klasztorne:


Dopiero w domu zauważyłem jak krzywo została naklejona etykieta. Toż to obraza najświętszego Ducha Craftu w czystej formie. Sama eta ma swoją historię, wcześniej wyglądała o tak. Takie nerdy jak ja na pewno rozpoznają perfidną kopię Ezio z serii Assassin's Creed. Może dlatego teraz wygląda trochę inaczej i według mnie lepiej. Kolorek piwa to piękne złoto bałtyckie czyli bursztyn. Zmętnione mimo odstania w lodówce przez parę dni. Nie przeszkadza mi to zbytnio. Piana prawie, że nieistniejąca, nawet przy burzliwym nalewaniu. Malutki kożuszek pozostaje jednak do samego końca. 


Aromat jest na pewno słabszy niżeli w Gałganie ale przynajmniej przypomina styl, który ma reprezentować. Lekko toporny alkohol z dodatkiem przypraw, głównie pieprzu z nutami perfum. Na granicy autosugestii wyczuwam (lub nie) też lekką śliwkę. Alkohol może i nie jest odpychający (czyt rozpuszczalnikowy) ale nie jest to ten miękki typ, który przyjemnie ogrzewa przy piwach z większym woltażem. Biorę w końcu pierwszy łyk, drugi... i trzeci. Goddamnit Haust. Zacznijmy może od tego, że ciała w tym nie ma. Gdzie jest te 16 % ekstraktu niby? Wydaje się cholernie płytkie i wodniste. Jest odrobina estrów i fenoli w postaci rodzynek i goździków ale na bardzo niskim poziomie. Najbardziej wyczuwalny jest alkohol, na szczęście miękki i przyjemny. Finisz to już totalna kranówa. Wysycenie niskie, odpowiednie ale nie ratuje to całości. Nic więcej nie napiszę bo po prostu nie ma o czym.

Nie wiem czy to rzeczywiście wina butelkowania piw wprost z kranów ale oba trunki odbiegają drastycznie od tego, do czego mnie Haust przyzwyczaił. Bardzo dziwne bo np taki Quad z butelki smakował wyśmienicie.

Patryk Piechocki

Podobał Ci się ten wpis? Podziel się nim ze znajomymi. Dzięki temu uświadomisz innym, że piwo nie kończy się na lagerach a i mi pomożesz w szerzeniu kraftowej kultury. Walczmy z koncernową niewiedzą, każdy z nas może być Rycerzem Ducha Kraftu! Pamiętaj też, że piwo kraftowe zmienia się i każda kolejna warka może inaczej smakować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com