Śledź mnie na:

Pijany Rowerzysta: Noc Kupały (Perun)



By  Patryk Piechocki     11.2.15    Tagi:,,,,, 

Jak większość z Was wie chorowałem sobie ostatnio, leki pomagały na tydzień a ja siedziałem w domu i jak alkoholik na odwyku nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Po wielu godzinach rozmyślania nad problemami pierwszego świata doszedłem do wniosku, że jest jedna rzecz, która może definitywnie powiedzieć stop chorobie. Tak tak, dobrze myślicie, zaczynamy nowy sezon Pijanego Rowerzysty.

(Kliknięcie w mapkę odniesie Was do treningu)
Pierwszy wyjazd od prawie dwóch miesięcy, widać to po czasówkach niestety. A mówili mi żebym sobie w przerwach pochodził na stacjonarkę... Ja jednak jestem uparty (i leniwy w jakimś stopniu). Z nudów bym chyba umarł pedałując na siłowni. Zawsze jest na szczęście tak, że to te pierwsze 10km jest najgorsze po takiej przerwie, potem ciało się przyzwyczaja i można góry przenosić. Co w słuchawkach? Dalej darcie mordy pokroju Violent Bounce, jeszcze nie kupiłem nowego, działającego MP3...


Przejechałem parę metrów i pierwszy raz od jakiegoś czasu zacząłem się zastanawiać nad trasą. Nie wiem w sumie po co, na powroty najlepsze są standardy, jezioro Niesłysz jest najlepszym przykładem. Tylko co ja Wam nowego pokaże z tych okolic? Szaro i buro tam jest teraz... chwila. Obiecywałem kiedyś więcej bunkrów, których jest w moim regionie jak mrówków. Lekka modyfikacja trasy i mogę zahaczyć o jeden, tylko nie pamiętam czy dało się do niego wejść... nie ważne, sprawdzimy.


Zaczniemy jednak od tamy/bunkra w pobliskiej wiosce. Nie jest to fortyfikacja obronna, nie ma w nim nawet otworów na karabiny maszynowe. Chodziło głównie o zabezpieczenie śluzy spiętrzającej wody mojego ukochanego jeziora. Z tym kompleksem wodnym związana jest dość zabawna historia. Dawno temu, gdy PGRy przeżywały lata świetności, pewna grupa młodych z wioski postanowiła zapchać ujście po drugiej stronie. Zalali w ten sposób połowę gospodarstw ale do dzisiaj chyba nikt nie wie kto to zrobił. Wtedy to się młodzież bawiła, nie to co teraz tylko w te kompjutery grajo.



Jedziemy dalej, jakoś na 11 kilometrze usiadłem sobie przy kładce i w spokoju, w towarzystwie łabędzi, wypiłem piwo. Olałem podejście "jeden browar jeden wyjazd" i ponownie wrzuciłem do plecaka trunek z browaru Perun (ostatnio były to Duby Smalone). Od dawna chciałem go spróbować a data ważności zbliżała się ku końcowi.




Niestety bunkier, który chciałem Wam pokazać okazał się zawalony. Z zewnątrz jednak robił wrażenie potężnego. Mimo tego, że znajduje się on praktycznie na obrzeżach wioski jego otoczenie było nad wyraz czyste, butelek po piwie widziałem może dwie sztuki. Korciło mnie, żeby pojechać na inną znaną mi z bunkrów miejscówkę ale zaczęło robić się ciemno. Wracając do domu zrobiłem mały objazd... który wypruł ze mnie resztki energii. Błoto, błoto i jeszcze raz błoto. Buty mam praktycznie do wywalenia a rower czyściłem aż się kompletnie ściemniło. Tego mi było trzeba.

Jak już napisałem wcześniej cholernie byłem ciekaw tego piwa. Gdy wyjąłem je z plecaka, siedząc na powalonym drzewie, poczułem jednak lekką frustracje. Znowu kupiłem butelkę z czarnym kapslem bez logo Peruna, muszę być jakiś szczególny bo chyba tylko ja trafiam na takie. Dodatkowo etykieta była przyklejona krzywo... pedantyczny troll mocno się zaśmiał w tym momencie. Jeżeli człowiek przymknie oko na te niedogodności całość wychodzi bardzo fajnie i estetycznie, jak każda etykieta Peruna z resztą. Dodatkowo cholernie mi się podoba połączenie złota z czarnym. Piwo wygląda zwyczajnie, jest czarne ale rubinowe prześwity też się pojawiają. Piana miała na początku pewne problemy, po nalaniu zaczęła się szybko redukować ale szybko zatrzymała się na poziomie jednego palca i tak została praktycznie do końca. Była zbita i oblepiała ładnie szkło. Nie wiem czego się spodziewałem, fajerwerków w szkle? Nie byłem przygotowany na to co nadeszło po pierwszym łyku.


Najpierw jednak spróbowałem wywąchać coś w tej zimnicy. Jak człowiek jedzie to mu jest ciepło, mimo wiatru. Gdy stajesz, ciało automatycznie się zaczyna pocić po wysiłku i temperatura odczuwalna spada mocno poniżej tej widocznej na termometrze. O dziwo nie miałem najmniejszego problemu z wywąchaniem aromatu. Wyraźny kawowy zapach współgrający idealnie z prażonką a w tle nuty leśne, żywiczne. Koniecznie trzeba wspomnieć też o gorzkiej czekoladzie, może i nie jest przytłaczająca i super intensywna ale za to cholernie przyjemna.

Po pierwszym łyku utwierdziłem się w przekonaniu, że muszę sobie wydziergać jakiś sweterek na butelki. Tak jak w lecie ciężko jest dowieść nieugotowane piwo w plecaku tak w zimie jest ono stanowczo za zimne. Pogody nie zmienisz, trzeba je mocno przytulić i odczekać trochę. W tym momencie podpłynęły dwa łabądki. "Wara od mojego piwa" pomyślałem jak rasowy alkoholik. W końcu nie wytrzymałem i zacząłem pić, zaraz mi tu tyłek odmarznie! Początek wydawał się nijaki, takie jakieś lekko palone coś. Nie była to wina piwa, bardzo szybko kubki smakowe zaczęły działać poprawnie i uderzyła we mnie serenada smaków pod postacią gorzkiej czekolady, coraz to mocniejszej paloności (ale bez niepotrzebnych przepaleń i zgliszczy) i najlepszej rzeczy w tym piwie czyli ładnych paru hektarów sosen. Las i żywica okazały się cholernie silne ale jednocześnie nie przykrywają innych, jak bardzo ważnych aspektów tego stylu. W trakcie picia wychodzi też kawa zbożowa, która delikatnie zalega na finiszu ale według mnie to akurat plus. Paloność też się zmienia, z początku z niczym się nie kojarzy ale w trakcie picia wychodzi z niej prażony słonecznik. Goryczka średnia, wyważona, idealna. Całość lekko kwaskowata, w końcu to stout. Średnio nagazowane. Niby gęste ale aksamitne zarazem, pijalność już na samym początku zrobiła dziurę w suficie, na tak wysokim poziomie jest. Cholernie porządny stout, jeden z lepszych jakie piłem.

Patryk Piechocki

Podobał Ci się ten wpis? Podziel się nim ze znajomymi. Dzięki temu uświadomisz innym, że piwo nie kończy się na lagerach a i mi pomożesz w szerzeniu kraftowej kultury. Walczmy z koncernową niewiedzą, każdy z nas może być Rycerzem Ducha Kraftu! Pamiętaj też, że piwo kraftowe zmienia się i każda kolejna warka może inaczej smakować.

1 komentarz:

  1. Dla mnie to jest Black IPA. Bardzo dobre piwo. Odnośnie roweru, to ja nie wyobrażam sobie stacjonarki na siłowni. Dla mnie rower to tylko i wyłącznie na dworze. Początek nowego sezonu jest zawsze trudny i te parę miesięcy bez roweru też jest trudne, ale nie wyobrażam sobie roweru na siłowni czy spinningu (so gay).

    OdpowiedzUsuń


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com