Śledź mnie na:

Miasto/Państwo/Browar Stu Mostów



By  Patryk Piechocki     4.1.15    Tagi:,,,,,, 

Wrocław jest specyficznym miastem. Zawsze uważałem je za to lepsze jeżeli porównać by je miał człowiek do Warszawy czy na przykład takiego Poznania. Mnogość lokali, multitapów, burgerowni (które mi się nigdy nie znudzą mimo przemijającego trendu) czy nawet browarów jest po prostu zadowalająca jak na takiego wieśniaka z zadupca piwnego zwanego Rio de Świebodzineiro. No bo co ja mogę z jednym, małym (ale bardzo dobrym) minibrowarem Haust, do którego mam około 50km rowerem? No i jeszcze trzeba być światowym i w ogóle prowadząc bloga piwnego...

Żarty żartami ale do samego Wrocka też nie mam tak daleko, 220km to zaledwie dwie godziny drogi autem. Niby paliwo drogie mamy ale można przecie zabrać kogoś z BlaBlaCar i się coś tam zwróci. No i jeszcze nadarzyła się okazja zwana potocznie Sylwestrem. Tutaj muszę się Wam przyznać, zmusili mnie do picia wódki. Złamałem swoje zasady i po części czuje się z tym źle... ale wyleczyła mnie ta złowieszcza mikstura z choroby (tutaj podziękowania idą do znachora Krzyśka, który idealnie dopierał proporcje leku). No dobra, może nie tak do końca wyleczyła a bardziej zastąpiła ją inną, tak zwanym kacem. Na to jednak bardzo dobrze zadziałał makaron (o dziwo bezglutenowy, jakoś nie czułem różnicy, i tak mi smakował) ze szpinakiem, indykiem, pomidorami i gorgonzolą (kobieta o imieniu Asia popełniła to danie).


Pełni entuzjazmu w kolejnym dniu (i z wypisanym urlopem na drugiego stycznia) wyruszyliśmy z kumplem (w tej roli Andrzej) na miasto. 5 minut piechotą do przystanku i zaczął padać deszcz... z cukru nie jesteśmy przecie, w końcu idziemy zwiedzać lokale. Pierwszy przystanek to Soczewka, cel jeden: zjeść dobrego burgera. Wystrój lokalu był bardzo podobny do większości na rynku, niczym szczególnym się nie wyróżniał, parter i piętro w stylu antresoli. Burgery zamówiliśmy z bekonem (duh) i kotletem medium rare. Bardzo dobrze panowie na kuchni sobie poradzili i rzeczywiście był w takim stopniu wysmażony. Całość była cholernie smaczna, może sos (domowy, cokolwiek to oznaczało) był trochę za mało wyrazisty. Krążki cebulowe mniejsze niż w większości lokali czyli idealnie dla mnie. Frytki też spoko, bardzo fajnie przyprawione. Bardzo dobry był sos niby to pomidorowy ale w sumie też warzywny, dało się wyczuć seler (lub por) i dużo pietruszki. Bardzo mi smakowało ale sądzę, że cena powinna być niższa o jakieś 5zł. Wtedy byłby to burger nie do pobicia.



Następnie poszliśmy na szybkie piwo do Spiża. Kiedyś uwielbiałem ich piwo pszeniczne, na WFDP przekonałem się jednak o jakimś tam spadku formy. Teraz wziąłem na cel ich miodowe i mogę z czystym sumieniem napisać, że już nigdy tam nie zajdę. Zalatywało sztucznością na odległość, w smaku było drętwe i jakieś takie tynkowe. Nagazowanie do granic możliwości też jakoś nieszczególnie pomogło. Najwidoczniej nastawili się na szybką i łatwą sprzedaż, i to nie tylko własnych wyrobów ale też Tyskiego jeżeli dobrze pamiętam. Aż jestem zły na siebie, że zrobiłem tak ładne zdjęcie tego ohydztwa.


Po tym przykrym doznaniu poszliśmy na nowego Hobbita, trzecią i ostatnią cześć sagi. Wielu ludzi narzeka i ja się trochę z nimi muszę zgodzić. Uwielbiam interpretacje filmową Władcy Pierścionka i tak samo podobały mi się poprzednie części Hobbita, ostatnia jednak była najgorszą z trzech. Piszę to człowiek, który nie przeczytał książek czyt. ignorant czy jak to tam nerdy będą pewnie krzyczeć. Motyw z wielką miłością elfki i krasnoluda jest wciskany widzowi na siłę na każdym kroku, dosłownie można się od tego porzygać w kinie. Miałem też dziwne wrażenie, że całość była mocno naciągana żeby jednak wyszedł z tego pełnowartościowy film. Znajomy (czyli jeden z nerdów) czekał na ostatnią akcję przy której popłakał się czytając książkę ale "spieprzyli" mu piękno sceny przez wrzucenie motywu z, jakże by inaczej, miłością. Ogólny odbiór był jednak pozytywny.


Ostatnim przystankiem tego dnia był Browar Stu Mostów, inicjatywa małżeństwa Grzegorza i Arletty Ziemian. Czemu nie wrocławskie multitapy? Ano dlatego, że już od dawna chciałem się przekonać czy sukces browaru nie jest tylko wielką podnietą wrocławskich hipsterów. Wiecie co? Nie jest.


Umieszczony w budynku po (chyba) dawnym kinie, na ulicy dość mocno na uboczu. Szczerze mówiąc ciężko jest się doszukać jakiejkolwiek informacji o browarze stojąc na chodniku, szczególnie wieczorową porą. Wnętrze wydaje się przestronne, odnowione, taki nowoczesny industrial połączony z całą maszynerią związaną z warzeniem piwa. Pub znajduje się na piętrze, powiedzmy że antresoli, z której widać całą produkcję. Stylowo ma to swoje plusy ale odczuwa się trochę brak miejsca. Na szczęście trochę ludzi uciekło po jakichś 30 minutach, prawdopodobnie szukając wrażeń bliżej centrum. No właśnie, samo położenie jest też mało sprzyjające odwiedzinom, piechotą z rynku wychodzi około 50 minut. Mimo tego lokal był pełny, o czymś to musi świadczyć.


Na pewno dużym plusem jest ich podejście do klientów. Chcesz się dowiedzieć jak tak naprawdę warzy się piwo? Nie ma problemu, wezmą cię i oprowadzą po swoich włościach i wytłumaczą wszystko. Podczas mojej wizyty robił to akurat Bartek (Dziennik Zakrapiany Piwem), który jest tam barmanem. Mnie przypadł zaszczyt przygarnięcia deski piwnej do degustacji, profity blogiera i sława ogólnoświatowa. Żarty na bok, było to cholernie miłe i się w ogóle nie spodziewałem takiego prezentu popijając roggena. No to co, przejdźmy może do esencji tego miejsca czyli piwa?


Zacznijmy od premiery czyli Pale Ale. Aromat cholernie intensywny i to przez cały okres picia. Owocowy ale pierwsza na myśl przychodzi... czarna porzeczka. Żadne tam mango czy brzoskwinie a po prostu mała, granatowa kuleczka. W oddali trochę słodyczy malinowej. W smaku owoce ustępują, pojawiają się zioła i ciągną się aż po niską ale za to wyraźną goryczkę. Wyraźne chmielowe z początku pod koniec robi się trochę wodniste. Dodatkowo odrobinę trochę za wysoko nagazowane jak dla mnie. Kolejny był Pils, którego spokojnie można nazwać domowym. Bardzo fajny aromat chmielowy, taki świeży. Jakby człowiek go sam w domu zrobił. Intensywności mu jednak nie można zazdrościć. W smaku jest o wiele lepiej, opisując jak najprościej czysty, ziołowo-chmielowy sok. Brakuje jednak podstawowego składnika, goryczki. Jest za niska jak na pilsa. Co innego AIPA, aromat bardzo szybko się ulotnił ale w pogoni za nim wyczułem cytrusy, mango i trochę żywicy. W smaku mamy mieszankę owoców, głównie cytrusów. Ciężko jednak jest się doszukać głównych bohaterów. Goryczka (dość średnia jak na polskie standardy amerykańskie) mnie zaintrygowała, niespotykane wcześniej przeze mnie połączenie ziół i lasu iglastego, chodzi mi głównie o proporcje. Do tego żywica działająca jak spoina. Bardzo stonowany ale za to pijalny amerykaniec.


Przejdźmy teraz do dwóch piw, które mnie najbardziej interesowały. Roggenbier czyli potocznie zwane żytnie prezentowało się bardzo przyjemnie. Piana średnio wysoka ale z bardzo ładną koronką i pokaźnym kożuchem. Kolor miedziany, mętny ale nie tak brudny jak w innych mi znanych piwach tego stylu. Mocny, intensywny i utrzymujący się aromat aż wprawia w osłupienie. Zbożowość, żyto, goździki, wyczuwalna kwaskowatość i trochę gumy balonowej. W smaku mamy praktycznie to samo z większym udziałem mojego ulubionego kwasku żytniego. Guma balonowa zeszła gdzieś na granicę autosugestii. Jest też średnio-niska goryczka, wyraźna, bardzo fajnie podkreślająca każdy łyk. Cholernie pijalne, treściwe ale niezapychające. Żytnie które nie zrazi do siebie grup a przyciągnie tłumy. Miazga, tyle w temacie. Drugim wielce oczekiwanym przeze mnie trunkiem był Wheat Porter. Głównie przez aurę na dworze ale też przez pewne plotki, które szerzyły opinie o całkiem innym stylu tego piwa. Ciemny, raczej nieprzejrzysty (ciężko było na miejscu ocenić) z iście angielską pianą czyli pokaźnych rozmiarów kożuchem po prostu. W aromacie, dość intensywnym trzeba dodać, prażony słonecznik, kawa z odrobiną czekolady i lekka zbożowość. Już kapujecie o co mi chodzi? W smaku mamy to samo tylko z większą siłą, Czekolada trochę ustępuję zostawiając miejsce lekkiej kwaskowatości zbożowej. Bardzo gładki, wchodzi jak woda ale broń Boże nie jest wodnisty. Alkoholu brak, ciemnych owoców też. Pyszny oatmeal wheat dry stout jak dla mnie. Dlaczego? Jakoś jestem przyzwyczajony, że porter to jednak większy kaliber pod każdym względem.

Jak oceniam całość? Cholernie wysoko, Ci ludzie wiedzą czego chcą i jak do tego dążyć. Piwo robią dobre i mają duże pole do popisu (i poprawy). Każdy kto odwiedza Wrocław powinien wpaść do nich i w tej przyjaznej i luźnej atmosferze ocenić sam. Ja na pewno postawię tam nogę jeszcze raz... na przykład gdy będę miał w maju dość kolejek na WFDP, ahh te uszczypliwe żarciki.

Patryk Piechocki

Podobał Ci się ten wpis? Podziel się nim ze znajomymi. Dzięki temu uświadomisz innym, że piwo nie kończy się na lagerach a i mi pomożesz w szerzeniu kraftowej kultury. Walczmy z koncernową niewiedzą, każdy z nas może być Rycerzem Ducha Kraftu! Pamiętaj też, że piwo kraftowe zmienia się i każda kolejna warka może inaczej smakować.

7 komentarzy:

  1. My jak tam byliśmy musieliśmy trochę czekać zanim dostaliśmy piwo. Lekko ignorują klientów, jedzenie strasznie drogie i ogólnie panuje tam galimatias. Browar Stu Postów - dużo zadymy medialnej a na miejscu dużo do poprawy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otwarcie pierwszego po latach browaru przyciąga naprawdę wiele osób. Codziennie są godziny newralgiczne, w których pracujemy wszyscy. Mimo prawdziwego szturmu dajemy radę. W powyższej relacji można przeczytać „dużym plusem jest ich podejście do klientów. Chcesz się dowiedzieć jak tak naprawdę warzy się piwo? Nie ma problemu, wezmą cię i oprowadzą i wytłumaczą wszystko”. Zapraszamy, posty nie oddadzą tempa w jakim idziemy. A już na pewno smaku i aromatu warzonych piw.

      Usuń
    2. Właśnie, klient nasz pan, nie robicie nikomu łaski że warzycie drogie piwo. Jeśli poczuje się lekcewazony więcej tu nie wrócę a jakieś wycieczki po browarze nie interesują mnie, nie warze w domu bo kto by to pił w takich ilościach. Z tą edukacją przesadzacie, nie muszę znać procesu by napić się np.dobrego przemysłowego porteru.

      Usuń
  2. Wpadne gdy pojawi się jakiś ekstremalny styl, bo to na razie powijaki.

    OdpowiedzUsuń
  3. Piwo bardzo dobre, jednak podejście do klienta trochę niesympatyczne. Rozumiem, że pytanie się jakie piwa serwują może być wkurzające zwłaszcza dla sprzedających, ale jest na to wyjście: wystarczy krótka karta z opisem jakie jest każde serwowane piwo.
    W końcu ma to być miejsce przyjemne, dla obu stron, i dla konsumenta i dla sprzedających.

    OdpowiedzUsuń
  4. I dodam jeszcze, że zawsze staram się wspierać lokalne inicjatywny, pomysły ludzi z pasją, dlatego przekonałem grupę znajomych, żeby wybrać się tym razem nie do Spiża, a własnie do Browaru Stu Mostów. I przyznam, że trochę głupio się poczułem, gdy zadając grzecznie pytania o rodzaje piw, które jest dobre i z czego, otrzymywałem dosyć uszczypliwe, niechętne odpowiedzi. Proszę Was dajcie sobie szansę i zmieńcie podejście do ludzi. Obiecuję, że wrócę, na bardzo dobre piwo do BSM, ale trochę serca na dłoni musicie dać od siebie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Średnio bardzo, żadnej rewelacji

    OdpowiedzUsuń


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com