Śledź mnie na:

Pijany Rowerzysta: Sir Arthur (Wąsosz)



By  Patryk Piechocki     21.11.14    Tagi:,,,, 

Debilizmu na drodze jest pełno, to samo tyczy się ścieżek rowerowych i lasów. Od razu wyprowadzę Was z błędu, nikt mi nie wyskoczył na trasie ani mnie nie potrącił. To ja jestem debilem, który kiedyś wyląduje na wózku jak będzie dalej taki nieostrożny. Zacznijmy może jednak od czegoś milszego, zrobiło się cieplej i słońce wyszło na jeden dzień. Idealna pora na wyjazd, w słuchawkach dalej darcie mordy (trochę lżejsze niż ostatnio) np. takie Epic Rock.

(gdy klikniecie na mapkę przeniesie was do treningu)

Każdy z nas słyszał o tej magicznej złotej polskiej jesieni, czy to w radiu czy w telewizji. Problem jest jednak taki, że zazwyczaj złotych dni jest w naszym kraju może parę na rok a reszta to typowa wyspiarska pogoda i mokre liście pod nogami, na których wywracają się nieszczęsne staruszki. Ta ostatnia... sobota była jednak piękna, nie zastanawiając się spakowałem wąsacza do plecaka i hen w siną dal. Pierwsze co mnie zachwyciło to fakt, że prawie zrobili drogę rowerową w stronę mojego ulubionego jeziora. Co prawda bardziej lubię bezdroża ale jakoś do tych lasów trzeba dojechać. Zawsze lepiej (i bezpieczniej) jest to robić tam, gdzie nie ma pijaczków wiejskich w renówkach z 91 roku. A jakie piękne robią się pobliskie wioski!



Wjeżdżając do lasu wiedziałem, że muszę uważać. Liście może i są ładne ale takie leżące na glebie mogą być zdradliwe. W końcu współpracują złowieszczo z korzeniami. Narobiło się też pełno leśnych turystów. Każdy w końcu musi zobaczyć jak wyglądają liście na jesień.


Jadę więc sobie jak zwykle, depcząc na pedały aż skrzypią momentami. Jestem już w miejscu, gdzie spad do jeziora ma jakieś 2 metry. Ooo wiewiórka po lewej, ooo korzeń przede mną. Wybiło mnie do góry, przeleciałem nad rowerem i lecąc tak te dwa metry w dół idealnie wkomponowałem się pomiędzy drzewa, upadając na plecy z impetem. Zamroczyło mnie jak nigdy, parę minut musiałem tak siedzieć żeby móc wstać. Fuks, że nie trafiłem w żadnego drzewca lub co gorsza w kamień/kłodę na ziemi. Jedyny uszczerbek na zdrowiu to przetarte udo, najwidoczniej lekko musiałem zahaczyć o korę.



Rower! Pamiętam, że przeleciał nade mną. Szybkie oględziny i dzięki Bogu wyszedł cały z tej lotniczej przygody. Plecak! A w nim aparat, na szczęście zsunął mi się z ramienia i nie wylądowałem na nim. "Dureń i psychopata" pomyślałem sobie. Wina była po mojej stronie, nadmierna prędkość i patrzenie się na pierdoły to głupota podczas takiej jazdy. Resztę trasy (w sumie to większość) przejechałem spokojnie, piwo wypiłem dopiero w domu.


Wróciwszy do domu usiadłem sobie w ogrodzie i na spokojnie wyjąłem butelkę z plecaka. Trzeba przyznać, że Browar z Wąsem poszedł po najmniejszej linii oporu i wkleił wektorowe wąsy (różnego rodzaju) na czarne tło. Proste? Proste i sprytne zarazem. Nie wygląda to źle a i pasuje do całej koncepcji. Jak to mówi pierwszy bezrobotny rzeczypospolitej: trzeba tak zrobić żeby się nie narobić. Samo piwo koloru bursztynowego, opalizujące. Piana przyjemna, coś na półtora palca. Zbita ale szybko się redukuje do kożucha, który już zostaje do końca. W dodatku ma bardzo ładny, delikatny lacing.


Piwo buchające aromatem trzeba przyznać. Głównymi aktorami są karmel i pieczywo. Zaraz za nimi lekka, nektarowa słodycz i swoisty powiew ledwo co zroszonej trawy. Całość wydaje się cholernie orzeźwiająca. No tak, ale jak to mówią najważniejsze jest odczucie w ustach. Tutaj mamy pełną pełnie i treściwość. Jest karmel i lekka słodycz kwiatowa ale za długo się nimi nie nacieszymy. Oto na plan wchodzą zioła zmieszane z korą drzewną w postaci goryczki. Mocny strzał w twarz, wyraźny i lekko zalegający niepotrzebnie. Zaraz obok goryczy maszeruje posmak tytoniowy, przyznam się, że jeszcze się z takim czymś w piwie nie spotkałem. Nietypowe i intrygujące zarazem, dziwie się w sumie, że w aromacie nie było tego czuć. Niestety po ogrzaniu finisz zamienia się w mocno zalegającą serenadę pestek. Momentami wyczuwalny alkohol ale mi osobiście nie przeszkadzał. Nagazowanie średnie, pasuje. Ktoś kto lubi goryczkę i wszystko co z nią związane będzie na pewno zadowolony. Ja w sumie jestem ale nie obraziłbym się gdyby słody dały więcej czadu i próbowały dorównać tej goryczy. Mimo pierwszego wrażenia nie czułem się zapchany po ostatnim łyku. 

Patryk Piechocki

Podobał Ci się ten wpis? Podziel się nim ze znajomymi. Dzięki temu uświadomisz innym, że piwo nie kończy się na lagerach a i mi pomożesz w szerzeniu kraftowej kultury. Walczmy z koncernową niewiedzą, każdy z nas może być Rycerzem Ducha Kraftu! Pamiętaj też, że piwo kraftowe zmienia się i każda kolejna warka może inaczej smakować.

2 komentarze:

  1. po linii najmniejszego oporu, a nie po najmniejszej linii oporu :)

    OdpowiedzUsuń


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com