Śledź mnie na:

Pijany Rowerzysta: Saratoga (Spirifer) i ukochane błotko



By  Patryk Piechocki     14.8.14    Tagi:,,,,, 

Są różne teorie na temat największego wroga rowerzysty. Jedni mówią, że to piasek, który wymusza zejście z roweru i noszenie go na własnych barkach. Jak ktoś ma stringi zamiast opon to na pewno może tak uważać. Drugi powie, że to wiatr. W sumie ma trochę racji, sam jestem troszku szeroki i nienawidzę wiatru. Szczególnie gdy człowiek musi pedałować podczas zjeżdżania z górki... jednak to nie jest, według mnie, enemy number one. Można powiedzieć, że sam brak chęci/motywacji do jazdy jest mega wrogiem, tylko że taki człowiek wtedy nie może być zaliczany do grona rowerzystów. Swojego nemesis poznałem przypadkiem, gdy po dwóch dniach ulewnych deszczów pojechałem nad jeziorowe mokradła pojeździć.

(klikając w mapkę odniesie was do treningu)

Trasa skromna, chciałem po prostu na szybko przetestować nowy rower na błocie. Przy samym jeziorze jest ścieżka, powiedzmy rowerowa, która składa się głównie z błota, powalonych drzew i korzeni. Jak już nie raz pisałem, uwielbiam jeździć po takim terenie. Jest coś fajnego w tym, że człowiek wjeżdża w tę gęstwinę czysty a wyjeżdża brudny jak małpa po błotnej zabawie. No i ma się pretekst i chęć żeby rower wyczyścić, bo po normalnej jeździe jest z tym różnie. Co było słuchane? Ano np takie Asking Alexandria.


No ale co z tym wrogiem numer jeden? Ano trasa krótka ale 5 poważnych gleb na twarz było. I to na odcinku sześciu kilometrów zaledwie. Ulewne deszcze ukazały piękne korzenie na niby utwardzonych odcinkach. Każdy z tych gnojków jest inny a i sama droga jest pochyła. Nie powiem, bardzo mi się to podobało mimo lekkich siniaków. Dziękuje bogu, że nie mam SPD. Chyba bym się zabił gdybym nie mógł szybko nogami manewrować podczas upadków. A że człowiek głupi i za bardzo nie zwalnia na zjazdach to... no właśnie. Dodatkowo przekonałem się jak dużą przewagę mają opony 27,5 nad standardowymi 26. Łatwość pokonywania małych konarów jest o wiele większa, o pokonywaniu piasków i błota nie wspomnę. Dużo ludzi twierdzi, że różnicę można odczuć dopiero przy 29 calach, ja mówię bullshit.



Oczywiście nie obyło się bez innych problemów. Nie zauważyłem, że odpadły mi uszczelnienia z pedałów i pod koniec jazdy miałem błoto i liście w nich zamiast łożysk. No ale co z tym piwem? Wypiłem je praktycznie przed błotnistym szlakiem, na pomoście, nad jeziorem.


Z początku cieszyłem się na jakość etykiety. Jest z grubego papieru, taki lekki plastik. Później dopiero kląłem jak próbowałem ją odczepić od butelki co by do klasera włożyć (tak tak, zabrakło mi miejsca na ścianie i od teraz będę zbierał tylko same ety). Malunek każe nam się domyślać, że nazwę ściągnęli od USS Saratoga, czyli amerykańskiego lotniskowca. W sumie to nawet dobry pomysł, nie ma nic bardziej hamerykańskiego niż tona żelastwa z bronią na pokładzie. Piwo złote, lekko wchodzące w pomarańcz, mętne. Piana jest po prostu... brzydka. Wysoka ale duże braki w strukturze aż bolą gdy się na nią patrzy. Na osłodę można wspomnieć, że ma bardzo fajny lejsing.


Mocno to ten trunek nie pachnie. Jest cytrusowo ale też dość słodko. Pojawia się taka wszechobecna guma balonowa. Jak już jednak wspomniałem ciężko jest to wywąchać i dość głupio musiałem wyglądać gdy coraz głębiej w szkło wkładałem nos (na pomoście był jeszcze jakiś jegomość łowiący ryby z rodziną). Smaczek jest jeszcze większym rozczarowaniem. Spodziewałem się słodkiego początku a dostałem... wodę. Dość szybko jednak wchodzi nader cierpki grapefruit z goryczką, która zalega niemiłosiernie. Nut pszenicznych nie uświadczyłem co jest dziwne, bo jak teraz czytam opinie innych to Saratoga dostaje głównie pochlebne oceny. Nagazowanie wysokie ale pasuje do piwa. Jako orzeźwienie po wysiłku jest w sam raz ale specjalnie wyborne smakowo nie jest na pewno. Wręcz jednowymiarowe, jak woda z cytryną. Pod koniec zalegająca goryczka zaczyna męczyć strasznie. Według mnie jest to kolejny przykład niemocy polskiego craftu w podtrzymywaniu jakości poszczególnych warek a nawet butelek.



Patryk Piechocki

Podobał Ci się ten wpis? Podziel się nim ze znajomymi. Dzięki temu uświadomisz innym, że piwo nie kończy się na lagerach a i mi pomożesz w szerzeniu kraftowej kultury. Walczmy z koncernową niewiedzą, każdy z nas może być Rycerzem Ducha Kraftu! Pamiętaj też, że piwo kraftowe zmienia się i każda kolejna warka może inaczej smakować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com